Pejzaże Kolejowej Prowincji. Linia 30 (254): Elbląg – Frombork – Braniewo, czyli Kolej Nadzalewowa

  • by

Skoro mamy do dyspozycji cały dzień sierpniowy, pojedziemy krawędzią mapy ku granicy – z czasu teraźniejszego ku historii wodno-lądowej. Linia kolei nadzalewowej  zgasła niepostrzeżenie na początku drugiej dekady XXI wieku. A ku naszemu zdziwieniu, na tej martwej obecnie trasie kursowało aż osiem par pociągów, mimo że 53 kilometry pokonywały w ślimaczym tempie: pod górkę do Braniewa niemal dwie godziny, z górki – półtorej, czyli 24 km/h i 34 km/h.

            Ale nie o szybkość przewozów tutaj szło. Inicjatorami budowy linii HUB (Haffuferbahn) wzdłuż brzegu Zalewu Wiślanego byli właściciele położonych wzdłuż niej zakładów: stoczniowych, alkoholowych, odlewniczych, wyrobów metalowych, emaliowanych, cygar, cegielni, browaru i elektrowni. Ważny był transport towarów. Do dzisiaj można się o tym przekonać, choć po II wojnie światowej zniknęła część rozgałęzionej po całym Elblągu sieci bocznic. A wspomniana na wstępie powolność tej kolei była ściśle związana z walorami krajobrazowymi trasy. Wsiądźmy wiec i podziwiajmy widoki.

            Z mapy pamiętamy: dużo wokół błękitu i różnych odcieni zieleni. W sam raz na letnią wyprawę. Przejazd będzie oczywiście kombinowany.    Wyjeżdżamy 1 sierpnia, w niedzielę, pociągiem osobowym Przewozów Regionalnych z Tczewa do Malborka o 1304. Przed dworcem tczewskim obserwujemy wielki plac budowy – powstaje tu węzeł komunikacyjny, po którym oprócz składów kolejowych krążyć będą miejskie i dalekobieżne autobusy. Znajdzie się miejsce parkingowe dla samochodów (zbyt małe, jak szybko się kierowcy przekonają) i stojaki rowerowe, ale przede wszystkim – wielka galeria handlowa z zegarem na czole.  Gdy pociąg do Malborka ruszy, po raz kolejny podziwiamy zabytkowe  mostów na Wisłą i krajobraz Żuław. Przy malborskim dworcu wspieramy słowem i gestem  kasztanowiec, który, tak jak większość jego braci w Polsce, jest chory. Musząc ruszać dalej, opiekę nad drzewem przekazujemy kocurkowi, pilnującemu placu dworcowego.

            Kolejny etap zaliczymy na pokładzie autobusu szynowego Arrivy, który przybywa z Torunia. Pani kierownik wsiada razem z nami, macha, gwiżdże i – jeedziemy! Pociąg rusza z kopyta. Grzecznie ustawiamy się w kolejce – bilet należy zakupić na pokładzie, bo tego kursu nie ma w rozkładach jazdy na stacjach. Dlatego też w środku jest niewielu pasażerów. Ale zdaniem pani kierownik, więcej osób wsiądzie w Elblągu i w Tolkmicku, jadąc na plaże nad Zalewem Wiślanym. No i od 1515 jedziemy. Na wszelki wypadek (może ktoś kiedyś będzie chciał zbudować makietę?) dokumentujemy: stary żuraw wodny, sztuk raz, Malbork; cegielnia, Stare Pole, sztuk raz;, bocianie gniazda, sztuk dwie,  Gronowo Elbląskie; trasa czysta, pociąg mknie około 100 km/h, o mało co nie wyskakuje poza horyzont;  krowy rasy holenderskiej, sztuk kilka;  rzeka Tuja, sztuk raz;  wieża kościoła, sztuk raz (z lewej).         

    Planowy postój w Elblągu zaczynamy o 1540. Nad Zalew ruszymy za dwadzieścia minut.  W tym czasie w pociągu instaluje się grupka miłośników kolei. Łatwo ich rozpoznać: bo są podobni do nas, a ich znaki rozpoznawcze to aparat przygotowany do focenia i rozbiegany wzrok. Ręczniki na ramionach to z kolei plażowicze. Odjazd nastąpi  z peronu drugiego. Tymczasem korzystając z zawieszenia czasu ktoś bez głowy odbija się w szybie, a pan maszynista spaceruje po peronie.

                  Ruszamy. Po lewej stare domy, następnie charakterystyczne bure trzcinowiska północnej Polski.  Po prawej przesuwają się wiadukt, szosa i rzeka. Skręcamy na prawy tor, pod wiadukt.  Starówka zbliża się, wkrótce po obu stronach pojazdu znajdą się znowu łąki i trzcinowiska, a na nich wierzby rosochate jak w polskich legendach. Stare miasto i obwodnica zostają po prawej.  Przecinamy jeszcze most na rzece Elbląg i pozdrawiamy przystań jachtową. Chciałoby się tak zawsze tak po prostu jechać przed siebie, zapomniawszy o problemach codzienności,  na przykład o tym, że świąteczna wichura znowu zmiotła kawałek dachu ze stodoły.

               Na przystanku Elbląg Zdrój odhaczamy osiem kilometrów i  stajemy twarzą w twarz z gierkowską maszkarą.  Widok jest tym bardziej przykry, że pierwotnie w tym miejscu można było podziwiać Angielski Dwór. Ale przeszłość minęła, zostaje nam czas teraźniejszy. Przez moment dotykamy chodnika peronu po prawej stronie – jest zimny, czyli obojętny. W drogę zatem.  Towarzyszą nam w niej fabryki, grupki starych domów oraz jednostka wojskowa, która wyrasta po prawej. Za kilkanaście lat będziemy mogli oglądać jej zawartość, ale na razie odnotowujemy, że to typowo niemieckie budownictwo militarne z lat 30. ubiegłego wieku. Jej kolejowa rampa kończy się przy granicy miasta. Z lewej szumią swoją pieśń zarośla wierzbowe, łąki po  lewej rozkładają się w słońcu, po prawej szosa toczy się w dal. Tam też mijamy jakąś wieś. Chodnik jakiegoś peronu także obojętnie mijamy, patrząc, jak szosę  otacza rząd topól.

            To już Jagodna (plus siedem kilometrów). Najpierw betonowe płyty peronu, a potem tabliczka archiwalna.  Za przystankiem natychmiast otaczają nas tereny bagienne i zarośla.  Zwalniamy więc, a z prawej kadłub szorują krzaki. Z lewej widać już zalew,  a szosa zbliża się z prawej.

               Wtaczamy się na peron w Kamienicy Elbląskiej. Nie ma dworca, musi nam wystarczyć tylko tabliczka z nazwą. Wieś sterczy po prawej, z lewej widoki na Zalew Wiślany. Jakoś nie mogę zapomnieć o tych, którzy mroźną zimą 1945 roku zniknęli w jego wodach, by pozostać w nich na zawsze. Razem ze zgnitymi Krzyżakami, których kości leżą w głębokim mule od czasów wojny trzynastoletniej jako wieczna pamiątką po pierwszej zwycięskiej bitwie morskiej w dziejach Polski. Na polu tej wiktorii do dzisiaj powiewają proporce Gdańska i Elbląga, a nad zbombardowanymi uciekinierami z Prus Wschodnich zaległa wieczna cisza. Życie jednak trwa, i dlatego z prawej mijamy ogrody, sady, ruiny zabudowań. Z lewej została za nami jakaś bagnista rzeka bez imienia.

               Zbliżamy się do  bramy wjazdowej ośrodka szkoleniowego JW 3209, ale odbijamy się szybko od niej (brak przepustki!), tak jak od   i jego portu. Ale po chwili wita  nas Nadbrzeże pod dębem. Z satysfakcją odnotowujemy, że zrobiliśmy już dokładnie dwadzieściakilometrów w drodze do Braniewa.   Gdy wyjeżdżamy, po lewej łopocze żaglami kolejna przystań. Z prawej cieszą nasze oczy liściaste lasy Wysoczyzny Elbląskiej.

            Stację Suchacz Zamek dwa kilometry dalej uzupełnia rozległa plaża po lewej. Mamy tu dworzec, ale bardziej w oczy rzuca się grupka meneli, siedzących wzdłuż peronu. Wpatrują się w zalew, niczym przerażone ślimaki, niezdolne do ruchu i przekroczenia toru, który dzieli ich od zbawczej wody. A tutaj wystarczy wziąć ręcznik i wyjść na lewą stronę, by wejść na piach i trawę.  Trochę to surrealistyczna sceneria, bo plażowiczów dobrze widać z okien  starych domów, stojących w odległości zaledwie kilku metrów po prawej. Niedaleko też z miejsca plażowania do nowej kaplicy oraz domu z kwadratową basztą.

            Po prawej mignęła wielka ceglana hala, następnie pojawiła się rampa.  Jesteśmy w pobliżu Kadyn, co zapowiada stadnina z prawej. Tutaj kiedyś hodowano słynne trakeny, konie, w genach mające pruskie schweikeny, koniki żmudzkie, krzyżackie oraz arabskie i angielskie.  Prawie przepadły razem z całym wschodniopruskim dziedzictwem, ale ponoć współcześnie rasa odradza się także i w Polsce.  Starej cegielni, której komin sterczy po prawej, raczej nie będzie to dane. Przemysł ceramiczny wyparował już z tego zakątka świata.   Wreszcie mamy peron z tabliczką Kadyny w zaroślach.  Skoro mogliśmy tutaj się zatrzymać i wysiąść, znaczy – cesarza nie ma w jego posiadłości. Inaczej: Streng verboten! Teren prywatny Jego Majestatu!  Elegancka niegdyś droga wiedzie przez las liściasty w prawo. Gdy go powoli przecinamy, w oddali po lewej migną nam jeszcze wody Zatoki Świeżej.

             My tymczasem ciągniemy się przez pola, wbiegające na wzgórza. Wreszcie z prawej pojawiają się domy miasteczka i rampa.  To już Tolkmicko, dwudziesty ósmy kilometr. Tutejszy dworzec przypomina pałacyk myśliwski skrzyżowany z górskim pensjonatem. To chyba Heimatstill, nawiązujący do dziedzictwa krzyżackiego w Prusach Wschodnich „styl, który łączył w architekturze wszystko, co niemieccy mieszczanie wyobrażali sobie na temat życia wsi, którego nigdy nie zakosztowali” (Filip Springer, Mein Gott, jak pięknie, Kraków 2023, s. 179). Stoimy tu dwadzieścia minut, patrząc na kamienne przyziemia, drewniane wykusze i balkony, masywne naroża i wieże, dając jednocześnie szansę tym pasażerom, którzy chcą do Krynicy Morskiej popłynąć statkiem. Maszynista korzysta z okazji i z krawędzi peronowej łapie słońce na twarz. Sporo tu rowerzystów, jeden dumnie paraduje w kasku. Po lewej znajduje się droga do przystani. Wieczorem wyleją się stamtąd tłumy plażowiczów. Ale tak długo czekać nie będziemy oczywiście. Wyjeżdżając zostawiamy po prawej pojedyncze domy na ulicy Morskiej. Po lewej znowu przewija się Zalew, ale w polu widzenia dominują las i zarośla. W pewnym momencie woda znajduje się zaledwie dziesięć (najwyżej!)  metrów od toru. Wystaje z niej wielki, obły kamień, zwany Świętym, starszy od wszystkich nas razem wziętych. Zalew wydaje się tu nieco bagnisty.  Z prawej na stromym zboczu dumnie stoi liściasty las.

            Ceglany dom z lewej to zapowiedź kolejnego przystanku. To wspomniany przed chwilą Święty Kamień, czyli peron i tabliczka w lesie. Trzydziesty piąty kilometr docelowej trasy.  Za nim zalew nieco się oddalił i odsłonił, a z prawej pojawiła się łąka. Z lewej las, a w nim mulista rzeka, niespiesznie niknąca w większym akwenie. Wzdłuż toru po prawej ciągnie  się szereg zabytkowych już drewnianych słupów teletechnicznych.

            Za chwilę wtoczymy się na stację Frombork. Mimo potężnego wzgórza katedralnego jest to absolutne ubocze świata. I zdaniem Wojciecha Orlińskiego, autora nowej biografii uczonego, właśnie dlatego Kopernik wybrał je na miejsce swoich obserwacji astronomicznych, mających potwierdzić kiełkującą w jego umyśle teorię heliocentryczną. Obawiał się rozgłosu, bo jako duchowny musiał brać pod uwagę ziemską władzę Kościoła, który surowo karał heretyków, podważających obowiązujący obraz świata.  Odnalezienie jego szczątków było ważnym wydarzeniem naukowym początków XXI wieku. Ale dotąd nie odnaleziono tzw. skarbu katedralnego, ukrytego przez Niemców pod koniec wojny. Być może na terenie miasteczka spoczywa też część Bursztynowej Komnaty, o czym pisze między innymi Leszek Adamczewski w książce „Łuny nad jeziorami. Agonia Prus Wschodnich” (wyd. Replika 2011).  Współczesny Frombork to nadal w zasadzie dodatek do Wzgórza Katedralnego – skromny  peron i nieładny dworzec po prawej nie są najlepszą wizytówką tego odcinka Szlaku Kopernikańskiego, a samo Wzgórze skutecznie w tym miejscu zasłaniają  domy.  No, ale jest i brama do szerokiego świata –  przystań jachtowa po lewej stronie stacji.  Na łące za nią  mamy przejazd,  trzcinowisko i  las, kończący się polaną. W trakcie powolnej jazdy dotykamy  kratownicy mostu nad zmąconą rzeką, uważnie patrząc na torowisko, przed przejazdem oczyszczone przez Pomorskie Towarzystwo Miłośników Kolei. Tu wjeżdżamy po raz pierwszy na nasyp w lesie. Ale jedziemy tak wysoko tylko przez chwilę, zaraz otaczają nas zbocza.

            Po prawej ktoś namalował sady,  za chwilę także po lewej, przystanek Stępień w szczerym lesie. Za nim przejazd na szosie, z lewej wije się droga pod lipami,  po prawej pola. Z lewej strony szosy pilnuje wielki, szary dom – rogatka. Po prawej ogrodzenie cmentarza wojennego z białym obeliskiem w centralnej alejce.  Przy szosie stoją już szeregiem nowe domy miasta. Lipy nadal wiernie trwają przy asfalcie. Po prawej kilkukrotnie miga nam jednostka wojskową.  Braniewo Brama na pięćdziesiątym kilometrze to tylko niepozorny chodnik peronu z lewej.  Za nim dwa razy przecinamy brukowane przejazdy, jedziemy w mrocznym cieniu nasypów, robiąc spory łuk w lewo. Z lewej podmiejskie łąki,  z prawej ciągnie się rzeka Pasłęk, a za nią mamy kolejny przejazd na szosie. Z lewej pojawia się bocznica, pełna cystern. Zabytkowe miasto zostawiamy także po lewej.

            Docieramy do ostatniej stacji na tej trasie. Braniewo wita nas pięknym dworcem i wyludnionym placem przed nim. Ukończony odcinek, pięćdziesiąt trzy kilometry. Mamy dwadzieścia  minut na spacer i trzeba wsiadać do pociągu w podróż powrotną do Malborka. Byłem tu kilka razy i zawsze czułem się świetnie, jakoś podniesiony na duchu. Tutejszy dworzec popada w zapomnienie, ale dla mnie jest jakby katedrą światła. Wchłania je zapewne o poranku,  a następnie  rozlewa stąd na cały kolejowy świat. Szlak do Braniewa to przecież podróż na Wschód.   Nie zaginął tutaj piękny obyczaj. Wszędzie zaskoczeni i uśmiechnięci ludzie (nie tylko dzieci) machają dłońmi, pozdrawiając pasażerów pociągu, za którym tęskni tak wielu polskich prowincjuszy, nie tylko mieszkańcy Braniewa, odciętego od kolejowej sieci.

            Gdy piszę te słowa, pierwszego dnia 2024 roku, Ukraina wciąż walczy i krwawi. Miasto nad Pasłękiem ma swoją ukraińską mniejszość, żyjącą tu od czasu przesiedlenia w ramach akcji „Wisła”. W Pomocniku Historycznym „Polityki”  z roku 2012 pt. Polacy i Ukraińcy. Dzieje sąsiedztwa znajdziemy taką oto relację z wyludnionego, a teraz na nowo i przymusowo zasiedlanego miasta: „Usiedliśmy na ziemi i rozglądaliśmy się wokół. My, dzieci, zaczęliśmy płakać, potem mama. Tata milczał, był smutny (…) Dom był stary, nie miał drzwi ani okien, jedna ze ścian była pęknięta, sypał się tynk (…) Weszliśmy do środka, a tam żadnych mebli, rozwalone piece, rozbite szkło i pełno śmieci zostawionych przez szabrowników”.

            Wiatr historii w Braniewie wieje zawsze mocno. Do XV wieku było ważnym hanzeatyckim portem, później ośrodkiem kultury, jednak gnębione przez wojny i  dżumę, ostatecznie podupadło po zamuleniu ujścia Pasłęki i budowie linii kolejowej łączącej Malbork z Królewcem. Spokojnie trwało na uboczu świata aż do II wojny światowej, która pochłonęła około 80% zabytkowej zabudowy. Jeszcze dziesięć lat po niej Braniewo użyczało odbudowującej się Warszawie swoich cegieł, stąd tyle w tym mieście pustych, zagadkowych miejsc. Ożyło na krótko przełomie stuleci, gdy przejeżdżał tędy słynny międzynarodowy pospieszny pociąg „Kalinka”, łączący Berlin i Gdynię z Kaliningradem. Podobno tutejsza królowa przemytników jeździła nim w koronie zrobionej z papierosów. Ale to już zupełnie inna historia, stanowiąca epizod w dziejach międzynarodowego przemytu granicznego. Wracamy do siebie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *