Kiedyś słyszałem o tej powieści, gdy jeszcze nie była przetłumaczona. Tytuł powrócił w tym roku. Najpierw była radiowa audycja, w której usłyszałem, że polski przekład Katarzyny Sarek ukazał się dopiero co, na początku 2025 roku. W taki marcowy dzień, gdy zima kąsa śniegiem, wiatrem i mrozem o poranku, a później straszy ponurym niebem, lektura opowieści grozy wydaje się idealnym pomysłem. W pociągu Smętowo – Gdańsk Wrzeszcz dzieło chińskiej pisarki powinno smakować nieźle również dlatego, że ludzie na peronach kurczą się z zimna tak samo jak bohaterowie książki. My jednak, inaczej niż postacie fikcyjne, czekając na opóźnione składy możemy być pewni, że ogrzejemy się w ich wnętrzach i w poczuciu względnego bezpieczeństwa będziemy mogli patrzeć na przesuwający się za oknami pejzaż, który wydaje się wciąż martwy. Wiosna już go odwiedziła dwa tygodnie temu, ale zniknęła, jakby nie mogła znieść nocnych przymrozków. I tylko katedra w Pelplinie pławi się w zimnym słońcu, nic sobie z tego chłodu nie robiąc.
Bohaterowie powieści mają jednak inne, poważniejsze problemy. Jest im bardzo zimno, mają bilet donikąd, jedyny bagaż w postaci traumatycznych wspomnień i złych przeczuć, dojmujące poczucie bezsensu istnienia, męczy ich dezorientacja jako stały element podczas życiowej podróży, dręczy świadomość posiadania nieokreślonego statusu społecznego , druzgocze psychicznie niemożność pojęcia tajemniczego rozkładu jazdy, nęka samotność, doświadczenie życiowej marginalizacji i zarazem uwięzienia w zamkniętej przestrzeni nocnego pociągu. Ot, typowe bolączki współczesnych ludzi, bytujących w licznych nie-miejscach.
Jeszcze przed otwarciem okładki pomyślałem: „Aha, mistrza Grabińskiego znają także w Azji!”. Tytuł kazał mi też myśleć o literackich i filmowych opowieściach grozy, na przykład o klasycznym „The Lost Train”. W powieści Can Xue przenosimy się do współczesnych Chin, które oglądamy jako przestrzeń dystopijną. Nikt nie może się w niej odnaleźć, wszyscy wydają się tam być wykorzenieni. W tym gęsto zaludnionym kraju paradoksalnie w krajobrazie dominuje pustka, jakby wszyscy ludzie jednocześnie byli gdzie indziej. Na peronie w Tczewie w poniedziałek o 926 też ma się takie wrażenie. Jest to więc stały element kolejowej rzeczywistości, czy to na Kociewiu, czy na Dalekim Wschodzie. Ale sprawdzę to jeszcze raz, wsiadając na pokład słynnego „Żelaznego Koguta” razem z Paulem Therouxem.