Pejzaże Kolejowej Prowincji. Linia 45 (219): Olsztyn – Szczytno – Pisz – Ełk, czyli przez krainę jezior, starowierów i tarpanów

To się nie mogło udać. Bo linia przeznaczona była do zamknięcia. Bo za dużo ludzi chciało jechać tym pociągiem. Bo wagon doczepiony w Olsztynie mogli odłączyć gdzieś po drodze, gdyby na przykład brak sprawnego taboru wymusił jego powrót do stacji początkowej. Bo przeciążony silnik spalinowy szynobusa (długa trasa plus upał) mógł zdefektować po drodze. Ale jednak się udało. I była to jedna z piękniejszych kolejowych przygód. W sumie nie powinno  to dziwić, bo przecież w większości wiodła przez urocze Mazury, chociaż doprowadziła mnie akurat na te nazywane Kamienistymi, położone na wschód od wielkiego jeziora Śniardwy.

            A zaczęło się jak zwykle. Dzień świąteczny, bo 1 maja, ale i zwykły, bo czwartek. Lat temu jedenaście, a więc rok 2014. Niby pogodnie, ale z północy ciągnie arktycznym chłodem. Słońce w pełnym blasku sugeruje ciepły dzień, ale to jeno pozór, bo rano na zaokiennym termometrze widziałem tylko siedem albo osiem stopni.

            Pierwszy etap też zwyczajowy: dworzec w Tczewie. Ponieważ właśnie jest przebudowywany, robię mu zdjęcia pamiątkowe. Pojawia się na nich także nowy obiekt, który wkrótce zdominuje kolejowy przystanek: galeria handlowa „Kociewie”. Nie byłbym sobą, gdybym nie udokumentował ruchu pociągów, choćby kończącego bieg „Chojniczanina”. Jak zwykle zwracałem też uwagę na kolejową infrastrukturę, dlatego w albumie z tego dnia znajduję obecnie nieczynny most knybawski i prostą linię szyn za drzwiami ostatniego wagonu, gdy opuszczamy Malbork. Sądzę, że był to przy okazji powrót do czasów dzieciństwa, gdy uwielbiałem to miejsce w składzie pociągu  i taki widok umykającego w przeszłość toru. W tych zbiorach znalazło się również miejsce na ujęcia przyrodnicze w postaci pól rzepaku na Żuławach Malborskich, zaczynające kwitnienie kasztanowce, pagórki, lasy i jeziora Powiśla, Warmii i Mazur. Po drodze zdążyłem także sfotografować dworce i przystanki, które, gdy trzy lata wcześniej pierwszy raz przemierzałem szlak z Elbląga do Olsztyna, ukrył przede mną deszcz.

            Zanim dotarłem do prawdziwego punktu startowego dzisiejszej trasy, uświadomiłem sobie, że w ramach projektu „Pejzaże…” prawdopodobnie ostatni raz będę na dworcu w Olsztynie. Później okazało się, że jednak nie, bo jeszcze miałem do zaliczenia odcinek ze stolicy Warmii do  Działdowa, ale skoro już będę nad Łyną, to muszę pamiętać, by spróbować tam  przeżyć pewne doświadczenie: posmakować strachu i klaustrofobii, jakiej musieli zaznać wepchnięci do wagonu deportowani na Syberię. Będzie to jednak możliwe dopiero za kilka lat, najpierw w Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, a od 2024 roku właśnie w Olsztynie, gdzie w miejscu pamięci stanie Wagon 1945, opatrzony stosowną inskrypcją. Musiałem do niego kiedyś zajrzeć (choćby wirtualnie), bo już wiele dziesięcioleci temu przyśniłem sen, w którym taki środek komunikacji jest mi pisany w przypadku ponownej okupacji Polski przez Rosję. Sporo się o tym mówi, gdy w marcu 2025 roku Donald Trump wykonuje serię umizgów do Putina, a w mediach pojawiają się coraz częściej przepowiednie, że po Ukrainie kolejną ofiarą wschodniego imperium może być Polska. Lubię myśleć, że w takiej sytuacji, gdyby terytorium naszego kraju miało stać się obszarem wojny, a okupant przedostał się za Wisłę, nie dożyłbym zesłania, bo jako nauczyciel zostałbym zastrzelony jako jedna z pierwszych ofiar tego potwora, który mówi językiem rosyjskim. I tyle dobrego. Może jednak wcześniej szlag trafi Putina, czego serdecznie życzą mu Europejczycy, z wyjątkiem Victora Orbana i Roberta Ficy.

            Za parę lat zniknie olsztyński dworzec kolejowy, zastąpiony nowszą konstrukcją. Gdy dotarłem tam wiosną 2014 roku, półgłosem wyrecytowałem fragment wiersza Radosława Wiśniewskiego „Allenstein.dymi”, dedykowanego Kazimierzowi Brakonieckiemu, Wielkiemu Duchowi Nowego Życia pod Starymi Dachami: „(…) wdycham przez szybę klej razem/ z przygodnym romem – prorokiem trędowatego dworca. ściskam w ręce bilet”, żeby pamiętać, że mam tutaj coś ważnego do załatwienia. Właśnie, bilet! Trzeba kupić papierowy wydruk, by mieć pamiątkę z podróży i świadectwo dla potomnych, że też tutaj byłem. Po drodze będą zaś pamiątki niematerialne: widoki zabytkowych dworców, mostów i wiaduktów, przydrożnych alei, pałace z ich parkami, ewangelickie cmentarze, poukrywane przed oczami profanów pruskie baby, cudowne lasy i wspaniałe jeziora. A jeśli zajrzymy w głąb tej krainy, to i kudłate koniki spotkamy. Czyli, mówiąc krótko, czeka nas wiele przyjemnych chwil, a cena za to nie będzie wysoka: poruszać się będziemy niskoemisyjnym środkiem transportu i zapłacimy tylko siedemnaście złotych. I tylko w Olsztynie można umyć ręce, korzystając z jedynej w Polsce peronowej umywalki, i tylko w tej scenerii tak nieziemsko smakują dworcowe zapiekanki, słynne na całej Północy naszego kraju.

            No i znowu będzie można zobaczyć ogromne niebo tej krainy. Nie wiem, skąd się ten przepastny przestwór bierze: czy to dlatego, że jeziora odbijają i podwajają rozmiar tego, co mamy nad głowami, czy to brak wielkich miast, rozległe obszary leśne i puste przestrzenie rolnicze potęgują wrażenie ogromu, czy sprawia to mniejsza gęstość zaludnienia niż na zachodzie, bo przecież liczby nie kłamią: w warmińsko-mazurskim mamy tylko pięćdziesiąt dziewięć osób na kilometr kwadratowy, w zachodniopomorskim siedemdziesiąt pięć, w kujawsko-pomorskim już sto szesnaście, a w pomorskim aż sto dwadzieścia siedem? A może to wrażenie jest śladem pamięciowym mocnego dziecięcego przekonania, że cały kraj składa się wyłącznie z takich dużych miast jak moje i tylko miejskie pejzaże są jego częściami składowymi? Pamiętam, że pierwsze prowincjonalne doznania mentalne były dla mnie jako kilkulatka swoistym szokiem kulturowym, gdy odwiedziłem Łobżenicę, Więcbork, Tucholę czy krainę wielkich mazurskich jezior już jako młody nastolatek. Tak, to pewnie coś z tego dziecinnego złudzenia wciąż tkwi w moim umyśle. Chociaż wskaźniki urbanizacji potwierdzają regułę, że na zachodzie dominuje cywilizacja miast, na wschodzie – wsi: w województwie zachodniopomorskim ludność miejska stanowi 69,2%, w pomorskim 67,3%, w kujawsko-pomorskim 61,5%, a w warmińsko-mazurskim 60%.

            Ale porzućmy te rozważania, bo pociągi czekają. Najpierw jednak, przed kluczowym etapem wyprawy,  trzeba będzie wysiąść w Olsztynie. Będzie to możliwe dzięki budowniczym z 1883, którzy położyli tory z Bogaczewa do warmińskiej stolicy. Już dwa lata później przedłużono trasę przez Szczytno i Pisz do Ełku, do którego właśnie zamierzam się wybrać. Gdybym żył w XIX wieku, mógłbym dotrzeć do niemiecko-rosyjskiej granicy w Prostkach, a stamtąd wsiąść do pociągu kolei Warszawsko-Petersburskiej,  ale w sumie nie wiem, czego miałbym tam szukać? Przecież rację mieli Finowie, niedawno ustawiając na granicy z Federacją Rosyjską tablicę o treści: „Rosja. Koniec cywilizacji”.

            Olsztyński dworzec, który podczas kolejowych wypraw odwiedziłem kilkukrotnie, tkwi w  miejscu mocno naznaczonym przez historię. Miasto widziało Mikołaja Kopernika broniącego go przed Krzyżakami (dlatego nowy obiekt ma ponoć nosić imię tego uczonego), było przedmiotem walk pomiędzy Prusakami a Francuzami, w 1945 roku „wyzwolone” przez Armię Czerwoną stało się ofiarą gwałtów i symbolicznej przemocy.  W PRL-u znacząco zmieniło oblicze. Dworzec pod koniec wojny nie uległ zniszczeniu, ale ponieważ wyraziście świadczył o niekoniecznie polskiej przeszłości miasta (tak jak odnaleziona w 2017 roku w pobliskim Wipsowie tablica z nazwą ALLENSTEIN), a wchodził przecież w skład „Ziem Odzyskanych”, został rozebrany. Na początku lat siedemdziesiątych XX wieku oddano do użytku nowy obiekt, bardzo nowoczesny. Biuro Projektów Kolejowych z Poznania obdarowało olsztynian i przejezdnych widnym, przeszklonym gmachem, w którym obsługiwano pasażerów pociągów i autobusów. Tutaj zawieszono też kultowe klapki, miłośnikom kolei znane jako pragotron, czyli według czeskiej Wikipedii: „český výrobní podnik v oboru časoměrné techniky a vizuálních informačních systémů pro cestující”.  Chyba przez niedopatrzenie pozostawiono naprzeciwko dworca przedwojenną kamienicę, ale na początku XXI stulecia nie pozostał po ślad, chyba że jako taki potraktujemy wymowną pustkę na placu przed dworcem, zagospodarowaną prowizorycznie przez samochody i autobusy. Do naszego przyjazdu zachowały się natomiast zabytkowe zadaszenia peronów, wsparte na żeliwnych słupach w charakterystycznym dla warmińskich jezior kolorze niebieskim.

            I tutaj właśnie, na peronie pierwszym, jak w ukropie kłębi się tłum desperados, wśród których szczególną nerwowością wyróżniają się cykliści. Nic dziwnego, bo ledwo szynobus SA133-018 podjechał, natychmiast płynnym ruchem wlała się do niego stłoczona ciżba ludzka tak gęsta, że nawet automatyczne drzwi nie mogły się domknąć. Mniej więcej jedna trzecia pasażerów, łącznie ze mną, pozostała bezradnie na peronie. Pomyślałem, że widocznie po raz pierwszy w historii tego projektu nie uda mi się zrobić żadnego zdjęcia, nic nie zanotuję ani nawet nie zobaczę, o ile w ogóle uda mi się wepchnąć do pojazdu i odbyć tę podróż. Rowerzyści nie mogli mieć żadnych złudzeń – pociąg na pewno odjedzie na majówkę bez nich. I właśnie wtedy stał się kolejowy cud. Za szynobusem pojawił się samotny, pusty wagon i zaczął się zbliżać do naszego składu. Okazało się, że jakiś dobry wujek z Przewozów Regionalnych podesłał nam przedziałowy 112Az drugiej klasy w radosnych barwach kremowo-zielonej wiosny. Czyli pojedziemy wszyscy, a przy odrobinie wysiłku w długim, choć wąskim korytarzu, zmieszczą się nawet rowery!

             A pomiędzy nimi zainstaluję się ja, mając dogodną pozycję do fotografowania i notowania. Byłem gotowy do pracy, gdy ruszyliśmy przed siebie na południe z dziesięciominutowym opóźnieniem (planowo miała to być 1055). Nic to, im dłużej, tym lepiej. Mijając zabytkową rampę i równie długi jak ona sznur wagonów towarowych odbijamy w prawo, mogąc się przejrzeć w stojącej wodzie basenu elektrociepłowni. Zaraz za blokami miasta czekają na nas warmińskie pola w takich samych  symbolicznych barwach, które w tym okresie ubierają także tutejsi księża katoliccy, to znaczy  w złocie i zieleni. W takich kolorach objawia się sacrum, a profanum reprezentują dwaj nieco podchmieleni studenci z Łodzi, którzy dodają sobie kurażu przed wyzwaniem, jakim będzie dla nich spływ Krutynią. Chwalą się przede mną namiotem, który ponoć sam się rozkłada. Myślę, że dobrze się zaopatrzyli, bo za kilka godzin mogą mieć problem, by samemu wykonać te skomplikowane czynności, ale czy namiot również sam się składa, sprawdzając wcześniej, że nie ma w nim nikogo śpiącego, już nie zapytałem. Nie chciałem im psuć humoru. Chłopacy z fascynacją w oczach rozmawiają o powstaniu warszawskim – nic dziwnego, wszak w tym roku będzie premiera filmu „Miasto’44”  w konwencji rozbudowanego, krwawego teledysku, który na pewno spodoba się młodej widowni, zwłaszcza tej mieszkającej w bohaterskim mieście.

            A tymczasem pociąg robi, co do niego należy i przez siedem minut pokonujemy jedenaście kilometrów, klucząc między jeziorami. Przez otwarte okno wieje od wody silny wiatr, ale nikomu z pasażerów to nie przeszkadza. I tak, tuż przed celem wykonując zakręt,  dojeżdżamy do przystanku w miejscowości Klewki. Kiedyś specyficzną sławę przyniosła tej wsi informacja, rozpowszechniona przez szefa  partii Samoobrona, że za pomór miejscowego bydła odpowiadają afgańscy talibowie, którzy przywieźli ze sobą groźne dla tych zwierząt bakterie wąglika. Tę bzdurę wymyślił rzeczywisty winowajca – zootechnik, niewłaściwie obchodzący się z nieszczęsnymi krowami. Żeby było jeszcze dziwniej, kilkanaście lat później człowiek ten przeszedł na islam. Więcej szczegółów można znaleźć w książce Marii Wiernikowskiej „Zwariowałam”. Z rzeczy nieistniejących trzeba też odnotować w tym miejscu brak  dworca, bowiem za peronem w dawnej lokalizacji zobaczyć w można w Klewkach tylko budynek mieszkalny, oddzielony od toru niskimi metalowym płotkiem, foliowym namiotem ogrodniczym i zagonem koperku. Wydaje mi się, że na przystanku funkcjonowała kiedyś rampa, po której pozostał gruntowy plac, stanowiący doraźny parking dla kilku aut.

            Granicę przystanku opuszczamy łagodnie wchodząc w zakręt pod szarym wiaduktem i jadąc niespiesznie przez liściasty las, nazywany Purdzkim. Pośród tej świeżej zieleni pozostaniemy przez kilka minut, mijając głównie drzewa oraz jedną wieś, kiedyś będącą chyba kombinatem rolnym. Zbliżamy się do stacji. Ostrożnie mijamy więc wagony wypełnione kopalniakami, wypatrując dworca. Ale nadaremno, musi nam w Marcinkowie wystarczyć obraz budynku mieszkalnego, bo poza tym widać tu schemat kryzysu: betonowy zarys przewianej wiatrem rampy, pustka, samotny kolejowy dom. Nie ma też sensu czekanie na mijankę z pociągiem jadącym w drugą stronę. Nawet w czasach, które niektórzy nazywają „złotymi’, to znaczy w epoce, w której sieciowe rozkłady jazdy były opasłymi księgami tajemnic, krzyżowanie się składów następowało tylko trzy razy dziennie; o siódmej rano,  w południe i około szesnastej. Ale muszę przyznać, że pożegnanie ze stacją wypadło sympatycznie: pozdrowił nas pracownik z żółto-niebieskiej nastawni, tylko przez chwilę zatrzymał nas czerwonym światłem semafora, a na koniec dano nam ujrzeć czerwone dachy wioski, tak przyjemnie kojarzące się z klasycznym krajobrazem kulturowym tego regionu.

            Gdy czerwień architektury zamieni się w błękit wody, trzeba wytężyć wzrok, bo wielkie jezioro Kośno (w jego pobliżu rozlokowała się właśnie zabytkowa leśniczówka) i stara wieś Purda stanowią historyczną granicę Warmii. Nie spodziewam się ujrzeć murowanych kapliczek, znaczących tę linię, ale mogę sobie wyobrazić, jak przebiegał rytuał powitania władców tego kraiku, powracających z Warszawy. Jak to mogło wyglądać? Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba albo przejrzeć źródła, albo pojechać do kościoła w niedalekich Butrynach, gdzie odbywają się historyczne inscenizacje. Nie dowiemy się podczas nich, że kiedyś nazywano ten obszar w języku pruskim „krajem położonym na krańcu świata” (Galindią), że w średniowieczu był przez kilkadziesiąt lat osadniczą pustką, że wymieszały się tutaj wpływy krzyżackie, północnoeuropejskie i mazowieckie. Ale być może poznamy dwa dokumenty z odległych wieków: ten z 1341 roku, w którym Krzyżacy i kapituła fromborska wytyczyli linię graniczną między państwem zakonnym a domeną biskupią oraz ten z 1466 roku, zwany II traktatem toruńskim, w którym polski król Kazimierz Jagiellończyk obiecywał „pana elektora warmińskiego”, jego duchownych i poddanych w prawach, przywilejach i obyczajach zachować oraz jako władca bronić. Po 1525 roku, kiedy państwo zakonne w Prusach przestało istnieć, aby dostać się na Warmię, podróżny musiał się przygotować do przekroczenia dwóch granic: polsko-pruskiej i prusko-warmińskiej. Administracyjnie przetrwała do I rozbioru w 1772 roku, ale w wymiarze kulturowym znacznie dłużej, bo podział na katolicką Warmię i ewangelickie Mazury zniknął dopiero po II wojnie światowej.

            Jeśli podróżnikiem jadącym z Polski na północ był fromborski biskup, na polu zwanym Przykopskim bito w dzwony, śpiewano pobożne pieśni, na „kiermasach” odbywał się handel, a w kościele odpustowa msza. Gdy  książę biskup wjeżdżał pięknie przystrojonym sześciokonnym zaprzęgiem, słuchał pozdrowień w dwóch urzędowych językach (niemieckim i polskim), czasem łacińskich oracji, przerywanych armatnimi salwami,  błogosławił, rozpoczynał wesołą ucztę dla reprezentacji poddanych, ale przedtem jeszcze podczas uroczystej mszy w kościele w Butrynach intonował „Te Deum” i odbierał hołd lenny od swojego  duchowieństwa oraz symboliczne klucze do miasta, w którym rezydował (czyli Lidzbarka Warmińskiego), oczywiście o ile poruszał się traktem warszawskim, zwanym także Biskupim.

            Jak się już rzekło, granica religijna stała się państwową oraz regionalną, ale współcześnie luteran już tutaj nie spotkam, gdyż zaczęli znikać z Polski. Ostatnia fala emigracji Mazurów do Niemiec miała ostatecznie miejsce w latach osiemdziesiątych minionego stulecia. A dlaczego masowo wyjeżdżali? Kto nie rozumie, niech obejrzy film Wojciecha Smarzowskiego pt. „Róża” ze świetnymi kreacjami Agaty Kuleszy i Marcina Dorocińskiego, który pokazuje, jak traktowano autochtonów z byłych Prus Wschodnich. Od siebie dodam, że po 1945 roku zniknęli stąd nie tylko ludzie, ale też liczne odcinki kolejowych szlaków. We wstępie do reprintu „Ilustrowanego przewodnika po Mazurach Pruskich i Warmii Mieczysława Orłowicza czytamy, że do II wojny światowej na obszarze późniejszego województwa warmińsko-mazurskiego funkcjonowało 2036 kilometrów linii kolejowych, w tym prawie 400 kilometrów szlaków dwutorowych. Gdy w 1945 Rosjanie oddawali te tereny polskiej administracji, było już tylko 892 kilometrów, a więc zniszczeniu uległo 56% dróg kolejowych, w tym wszystkie dwutorowe.

            Wcześniej tereny, przez które jedziemy, przeorała I wojna światowa, ale o tym powiem w dalszej części trasy. Teraz przed nami uroczy Pasym. Minęło bowiem dziewięć kolejnych minut i po pokonaniu dwudziestu siedmiu kilometrów dotarliśmy na brzeg jeziora Kalwa, które ma bardzo charakterystyczny  kształt wielkie, błękitnej j podkowy, wbitej na sztorc między złotem pola a zielenią lasów. Stacja kolejowa znajduje się przy jej zachodnim ramieniu, a miasto z jego zabytkami przy wschodnim, na przesmyku z jeziorem Leleskim. Inaczej mówiąc, chcąc zwiedzić Pasym, a warto, trzeba przejść ze trzy kilometry, bo tak chcieli kiedyś pasymscy kupcy. Ale na wytrwałych czekają czternastowieczny kościół i bardzo urokliwe miasteczko, kiedyś podobno jedyne takie na Mazurach. A tam z wody wyrastają nie tylko żółte grążele i białe grzybienie, ale i szacowne zabytki. Tylko uważać trzeba, bo tu i ówdzie wyją w nim głodne duchy  tych, którzy zginęli nagłą i niespodziewaną śmiercią: Krzyżaków wyciętych do nogi przez Polaków w 1459, wyrżniętych podczas zdradzieckiej napaści Tatarów z 1656  roku, francuskich dragonów wyciętych w pień przez Rosjan w 1807, spoczywających w masowych grobach ofiar cholery z 1811  i ofiar spalonych w wielkim pożarze roku 1868 oraz duch niemiecki, wysiedlony po II wojnie światowej (uciekając zabrał ze sobą na jakiś czas prawa miejskie). Ale jest i pozytywny akcent: to w Pasymiu kręcono film „Cudownie ocalony”. A zimą warto tutaj zajrzeć po słynne buraki, z których można zrobić wyśmienite carpaccio albo weki z dodatkiem papryki i cebuli na mroźne dni.

            Dachy miasta – nie miasta widzimy po lewej, za morzem trawy i mleczy. Na stację wjechaliśmy powoli, zakręcając, aby nie wpaść do wody. Zanim to zrobiliśmy, pomachała nam uśmiechnięta staruszka, wsparta na kijku, doglądająca warzyw dojrzewających pod folią. Dworzec pasymski jest dla tych, którzy lubią kubizm. Tutaj jest on dominującym stylem. Przedwojenny budynek dworcowy wygląda mi na konstrukcję drewnianą typu barakowego, więc nie dziwię się, że strawił go ogień wojny i dlatego obecnie mamy tutaj zespół geometrycznych kształtów.

            Jadąc dalej, przejeżdżamy pod sosną na skarpie tak konwulsyjnie wygiętą, tak jakby  powiesił się na niej jakiś zrozpaczony  Judym, widząc samotne domy w oddali. Może to z tej ciszy i pustki rodzą się takie smętne skojarzenia? Ale wreszcie opuszczamy pola i odwiedzamy las. Chyba ten sam,  w którym przed wiekami zbrojni z Pasymia przygotowywali się do walki z oddziałami wysłanymi przez konkurujących z nimi mieszczan  ze Szczytna. Po kilku minutach, bodajże siedmiu, pokazuje się wieża, a następnie kolejowy dom. To przystanek Grom na trzydziestym piątym kilometrze. Tutejszy budynek mieszkalny jest niezbyt powabny, bo klockowata konstrukcja z epoki dojrzałego Gierka zachwycić może chyba tylko miłośników geometrii, ale należy cieszyć się z tego, co jest, więc się cieszę, skoro dworzec już stąd wyparował. Podobno stało się to pięć lat temu i po drugie podobno – reprezentował styl modernistyczny, raczej funkcjonalny niż ozdobny.  Nieco dalej stoi jednak ładny obiekt mieszkalny, kwitnie klasyczny kolejarski ogród i cieszą oczy gołębie pocztowe, czyli trzy znaki tradycji związanej z tym ważnym niegdyś zawodem.

            Dalsza droga prowadzi nas w stronę wysokiego lasu. I trwa niecały kwadrans. Przejeżdżamy pod czyimiś oknami i wtaczamy się na stację, z której tory rozjeżdżają się w cztery strony świata, a więc być może tutaj, w Szczytnie, na czterdziestym piątym kilometrze podróży, znajduje się axis mundi? A drogi stąd prowadzą do Olsztyna i Wielbarka, do Biskupca Warmińskiego oraz do Ełku przez wielkie jeziora. Ale nie od razu warto ruszać w dalszą drogę, bo dworzec tutejszy zdecydowanie wart jest uwagi. Wyraźnie widać, że cudownym zbiegiem okoliczności przetrwał do naszych czasów w pierwotnej postaci, a zmiany mają tylko naskórkowy charakter. Przykładem takich nieznacznych przekształceń może być nazwa stacji: obecnie jest to Szczytno, ale na ścianie frontowej wciąż widnieje „Ortelsburg”. Za kilka lat historyczny napis zostanie oficjalnie zaakceptowany i z dumą ponownie odsłonięty. Szczególnie okazale dworzec szczytnieński prezentuje się od strony peronów: wydłużony prostopadłościan o stonowanej kolorystyce, nakryty namiotowym dachem, na parterze optycznie powiększony o zadaszenie pierwszego peronu, wsparte na drewnianych stemplach o prostej, o wdzięcznej snycerce, na piętrze i poddaszu rozświetlony długimi rzędami okien. Po drugiej stronie torów też jest na co popatrzeć, bo stoi tam majestatyczny młyn, którego rangę podkreśla fakt, że miał własną bocznicę i rampę. Duch z niego chyba uleciał, ale wciąż wygląda na dumny pałac lokalnych producentów i spożywców. 

            Gdy po chwili radosnych rozmyślań ruszamy dalej, jadąc wzdłuż ulicy Kolejowej, możemy pozdrowić mieszkańców domów kolejowych, pędzących wygodne życie w zabytkowej architekturze i jerzyki gnieżdżące się pod dachem wieży Intze. Wśród tych standardowych elementów kolejowej stacji nieco zaskoczył mnie budynek nie bardzo pasujący do reszty: szary, wyniosły, jakby w połowie ucięty. Może to była posiadłość jakiegoś kolejowego magnata?  Ale ponieważ szybko zniknął w tyle, a zapytać o niego nie było kogo, muszę go zostawić takim, jakim jest, czyli nierozpoznanym. Tym bardziej, że i miasto już opuszczamy, przeskakując przez góry z węgla, manewrując między blokami i omijając kościół oraz starając się nie przewrócić smukłego komina, nieco chyba już zmęczonego pobytem wciąż w tym samym miejscu. Wyjeżdżając ze Szczytna obiecałem sobie jednak, że muszę odwiedzić tutejszy zamek, na przykład badając trasę z Wielbarka do Biskupca Warmińskiego.

            Zanurzony w lesie, w którym szybko gdzieś uciekła szosa,  i zapatrzony w przeszłość, wróciłem do teraźniejszości dzięki rzekom, łączącym jeziora hojną ręką rozrzucone wokół miasta, które przed chwilą opuściliśmy. Jedziemy w kierunku, z którego pojawia się każdego poranka słońce. Las wydawał mi się niezbyt gęsty, a wrażenie to potęgował obraz pasów Kienitza, którymi teren był regularnie pocięty. A to przecież ważny historyczny obszar Grosse Wildnis,  początek krzyżackiej „wielkiej puszczy”, która stanowiła ówczesną „Tarczę Wschód”, bardzo w dodatku tanią: należało tylko zostawić w spokoju las, bagna, jeziora i rzeki, a barbarzyńcy ze Wschodu i najeźdźcy z Południa zgrzytali zębami. Żeby pokonać ten obszar, napastnicy musieli o głodzie i chłodzie pokonywać pozbawione siedzib ludzkich pustkowia, z każdym kilometrem tracą szansę na zaskakujący atak,  poza tym nie mając kogo porywać do niewoli, gwałcić i rabować. Mądrzy byli ci Krzyżacy! A i nazwa Mazury narodziła się właśnie tutaj, bo powstała jako skrót od „pruskiego Mazowsza”, gdy bezludzie zaczęli zasiedlać osadnicy z terenów, którymi władali wówczas piastowscy książęta.

Ku ogromnemu zaskoczeniu widzę, że po nieistniejącym torze drugim w tym lesie mija nas duch przeszłości, czyli dziwny pociąg z kart opowiadań Grabińskiego, „stonka” z czterema wagonami, na pokładzie których ktoś melduje: „Pięć, jeden, trzy, dwa, jeden!”. Ale tak szybko znika gdzieś po stronie, w której leżą wielkie jeziora, że nie zdążyłem się upewnić, że ktoś poza mną go widział. A może to był opóźniony duch Polski Ludowej, pokutujący za to, że ten odcinek po II wojnie światowej uruchomiono dopiero w 1947 roku?

            Pośród tych tajemnic, gdy szybujemy przez wielki, ciche łąki, przez które równolegle płynie rzeka,  szybko mija osiem minut przeznaczonych na dojazd do przystanku w Olszynach na pięćdziesiątym trzecim kilometrze szlaku. Witają nas tutaj pojedyncze domy i tablica, bo dworzec kolejowy Ebendorf Ostpreussen najwyraźniej nie przetrwał wojny. Tutaj na peronowy chodnik wysiadają tylko dwie osoby, witane przez brzozy, pilnujące krawędzi przystanku. Przyjemne miejsce. Wieś niespiesznie ciągnie się po lewej za stacją, świecąc w słońcu czerwienią dachów i zamieniając się miejscem z łąkami i szosą. Następnie wykonujemy skok w las. I tutaj przeżywam małą radość, bo po wielu latach nieobecności w krajobrazie widzę samotną wronę siwą. Bądź pozdrowiony, ptaku mądry!

            I jakby na dokładkę po czterech minutach podróż zaoferuje nam wioskę z bocianem i koniem jednocześnie. Znajdujemy się bowiem w Jerutach. Koń okazał się tak uprzejmy, że podbiegł do pociągu, bocian nie, bo musiał siedzieć w gnieździe z wiadomych powodów. Co ciekawe, na starym zdjęciu, eksponowanym niegdyś w podziemnym wyjściu z dworca Bydgoszcz Główna na ulicę Dworcową, znajdował się koń stojący koło toru, którym parowóz mknął w stronę Ełku właśnie. Zadziwiająca koincydencja. Byłżeby to ten sam rumak, z pociągami oswojony, jakimś cudownym sposobem przeniesiony w czasie i na odległość  pięćdziesięciu sześciu kilometrów od Olsztyna? Robi się jeszcze sympatyczniej, gdy do kompletu los podróżny podarował nam krowy stojące na przejeździe. Tak powstał obrazek pod tytułem „Klasyczna mazurska wieś”: cegła, czerwone dachówki, koń, łaciate krowy, bocian, pojedynczy tor. Nie zawsze było tu tak sielankowo, bo w listopadzie 1914 roku rosyjskiej artylerii udało się w Jerutach dopaść niemiecki pociąg i uczynić z niego stertę złomu i potrzaskanego drewna.

            Ale współcześnie na przystanku zaskoczono nas przyjemnie, gdy wręczono nam rzadki okaz: jesion wyniosły, choć czy to na pewno był Fraxinus, a nie Tulia, nie dowiem się nigdy. A tuż za przejazdem dostaliśmy jeszcze tradycyjne pozdrowienia od kobiety z synem: pomachali ręką wszystkim jadącym pociągiem, jak odwieczny kolejowy obyczaj każe. Nic dziwnego, że w wagonie zagościły słońce i dobre nastroje, zwłaszcza że znowu wjechaliśmy w leśne ostępy. Studentom z Łodzi, jadącym nad Krutynię, po kilku kieliszkach wody ognistej drzewa zaczęły się nieco rozmazywać w oczach, więc zapadli w płytki sen. Przedtem dość chaotycznie próbowali ze  mną dyskutować o powstaniu warszawskim, którego niewątpliwie byli spóźnionymi o kilka pokoleń entuzjastami. Ukołysani do snu przez łagodnie bujający się wagon, pozostali w krainie Morfeusza także wtedy, gdy pociąg w lesie odezwał się głębokim buczeniem niczym władca Rohanu. Zwinęli się na siedzeniach jak wielkie ślimaki. Jeden przytulił się do zrolowanej karimaty, drugi do powietrza między nim a oparciem, i tyle z nich było. Po chwili w pojeździe zrobiło się cicho, słonecznie i sennie.

            Ale czuj duch, bo przecież licho nie śpi! No więc nie śpię i rejestruję biedny domek przy torze, przysadzisty kościół niczym krasnolud w spiczastej czapce, zaskakująco wysokie, nawet trzy- i czteropiętrowe, bloki, co jakoś nie przystaje mi do  tradycyjnego wizerunku polskiej wsi, ale pewnie dlatego, że myślę stereotypowo.  Na mapie nad nami wiszą wielkie zielone płachty lasów, ale przy jednotorowym szlaku kolejowym dominują łąki, na których stoją spokojnie obywatelki krowy. Za przejazdem pyszni się okazały budynek mieszkalny, będący świadectwem dawnej potęgi kolei. Za przystankiem zaś mamy szachownicę obsianych pól, na których zboża jeszcze nie wzeszły, oraz regularnych czworokątów pastwisk do wynajęcia, poprzerzynanych ciekami wodnymi. Nad nami na metalowej pięciolinii drutów telefonicznych gra swoją muzykę jakiś skromny ptak z  wróblowatych, mając za tło rzadki okaz: szachulcową stodołę w grupie brzóz. Tak wita nas Świętajno, w którym dołożyliśmy do sześciu dziesiątek jeden jeszcze kilometr. Abyśmy lepiej zapamiętali ten krótki postój, ścianę budynku mieszkalnego wymalowano tu na pistacjowy kolor, a w zasięgu wzroku podróżnych ustawiono ponadto drewniane wiaty, zapraszające fanów grillowania albo po prostu miejscową młodzież żeńską i męską do integrowania się w niezobowiązujący sposób. I grupa takiej właśnie młodzieży postanawia się na tym przystanku zatrzymać na czas jakiś. Może to zresztą mieszkańcy któregoś z domów, które porozsiadały się na okolicznych łąkach? Wcale by mnie to nie zdziwiło, bo ten obszar wygląda pięknie: intensywna zieleń nakrapiana jest żywymi plamami  złotych kwiatów mniszka, i jakkolwiek jest to pospolita roślina polskich poboczy, trawników i nieużytków, ale włączona w ramy krajobrazu mazurskiego, prezentuje się w tym pejzażu bardzo malowniczo. 

            Minęły kolejne minuty, bodajże cztery, i znaleźliśmy się w Kolonii. Nie chodzi oczywiście o duże miasto na północy Niemiec, ale o niewielką osadę nad rzeczką we wschodniej Polsce, o trzy kilometry dalej niż przed chwilą. Dziwnie to brzmi, jednak z geograficznego punktu widzenia, jeśli spojrzeć z Bydgoszczy czy z Pomorza, to jednak wschód, choć do granicy z Białorusią jeszcze daleko. Gdyby tutejszy budynek dworcowy nagle zniknął, krajowa architektura nie poniosłaby jakiejś gigantycznej straty, bo to zaledwie piaskowego koloru budka stojąca pod drzewem obok dość stylowego kolejowego domu z czterospadowym dachem o niedużych naczółkach. Uwagę w tym miejscu przyciąga raczej duży tartak oraz młode towarzystwo, które spektakularnie oznajmia, że postanowiło sobie skrócić życie, pijąc wódkę i paląc papierosy w miejscu publicznym, bo „to, co zakazane, smakuje najlepiej”, jak onegdaj śpiewał wokalista zespołu Róże Europy.

            Za tą miejscowością można jednak łyknąć sporo świeżego powietrza, wytwarzanego przez wiatr nad łąką, w lesie i nad piaszczystą drogą idącą na przestrzał między drzewami, wśród których dominują radosne, młode brzozy. Nie martwię się więc rosnącym nieco zachmurzeniem i daję się ponieść śmiało wzdłuż leśnego szlaku. Wiedzie on do dawnych Pup, czyli obecnego Spychowa. W tym miejscu pokonałem na pokładzie pociągu dokładnie siedemdziesiąt kilometrów i choć sceneria kolejowa jest niebyt ciekawa, bo budynek stacyjny wygląda jak ścięty toporem klocek z ukośnym lotniskiem na dachu, to równocześnie muszę przyznać, że zarejestrowałem tam, na drugim planie, bardzo pobieżnie, również całkiem udatny ceglany dom i takież budynki gospodarcze. Pod tym domem właśnie stanął, opierając się o płot, zadumany kolejarz w charakterystycznym mundurze, odprowadzający wzrokiem nasz pociąg. Mówiąc szczerze, cieszy mnie pobyt tutaj, bo znalazłem się na granicy największego polskiego parku krajobrazowego – Mazurskiego, pieczętującego się znakiem jednego z naszych narodowych ptaków, czyli bociana białego. Tam właśnie, na północ, przez las nad jeziorami, prowadzi szosa, którą, skręcając na południe można dotrzeć do Myszyńca, a wszystko to jest możliwe na obszarze pięknej Puszczy Piskiej. Inaczej mówiąc – jestem pośród żywiołowej zieleni w samym środku turystycznego raju. Pociąg zaś toczy się powoli w dalszą drogę, mijając jakąś zapomnianą bocznicę i wskakując między dorodne sosny oraz świerki. Mając odrobinę czasu na rozmyślania, mógłbym odbyć retrospekcję i wyobrazić sobie, że kilkadziesiąt lat temu postanowiłem spędzić Wielkanoc właśnie tutaj. Ignoruję przy tym poczucie, że jak często w moim wypadku, wszystko potoczyłoby się nie tak, jak bym chciał i wspomnienia byłyby raczej smętne a nie przyjemne. Przyjeżdżam zatem ostatnim pociągiem od strony Szczytna, czyli o 2218, wysiadam na pustym peronie. I co dalej? Księżyc już świeci złotą obręczą, powietrze pachnie jakąś obietnicą, dręczących komarów jeszcze nie ma, coś pohukuje między drzewami, wiatr niesie wilgotny zapach bagna, lasu i jeziora, a w oddali niknie stukot pociągu, zmierzającego do Ełku. W takiej chwili z  pamięci recytuję w myślach wiersz Gałczyńskiego o wielkanocnych przeżyciach Jana Sebastiana Bacha, nic dziwnego więc, że oprócz zjawiskowej natury słyszę w głowie boską melodię poezji i  muzykę barokowego mistrza. Tymi wrażeniami pulsuje dla mnie serce dawnych Mazur. Kiedyś myślałem,  że właśnie w tej okolicy przebiega ich granica, dzisiaj już wiem, że ta kraina sięga o wiele dalej na wschód.

            A więc jedźmy tam, lekko zmieniając przy tym oś nachylenia trasy z południowej na północną. Drogi nie zgubimy, trzymając się betonowych słupów, malowniczo obrośniętych porcelanowymi izolatorami. Jak wiadomo, na Wschodzie musi być jakaś cywilizacja. W tym miejscu przybiera ona postać kolejowego osiedla ceglanych domów w Karwicy Mazurskiej. Gdybym był Onufrym Zagłobą, powiedziałbym, że w kilometrażu zawisły nad nami dwie siekierki. A skoro już tak dywaguję, to dodam, o ile coś jeszcze pamiętam z historii języka polskiego i dialektologii, to kiedyś musiano w tej okolicy wypasać znaczne stada krów, bo nazwa przystanku ewidentnie na to wskazuje. Po niespełna dziesięciu minutach jazdy dotarliśmy do samego środka Puszczy Piskiej. Do wsi, od której przystanek dostał nazwę, jest stąd kilka ładnych kilometrów. Jedyni ludzie mieszkają tutaj w dwóch domach postawionych przez budowniczych kolei. Obydwa pilnują  przejazdu koło semafora wjazdowego i peronu, bo historyczny dworzec nie przetrwał upadku komunizmu. Jego ostatnią postać z 1978 roku można zobaczyć w filmie „Azyl” Romana Załuskiego, w którym Karwica  zagrała stację Momajny. Pierwszy budynek mieszkalny też się zmieni: za kilka lat zostanie wizualnie podzielony według odmiennych gustów estetycznych właścicieli lokali: jeden okaże się tradycjonalistą, lubiącym czerwoną cegłę, drugi człowiekiem nowoczesnym, nie widzącym nic złego w żółtawym tynku, który znakomicie uwypukla ceglane obramowanie otworów okiennych i wyraźnie kontrastuje z czerwienią cegły oraz zielenią lasu. Leśne ostępy ciągną się wzdłuż toru, na chwilę ustępując miejsca stylowemu budynkowi nadleśnictwa, ceglanej wysepce w morzu zieloności. I mamy czas, aby mu się przyjrzeć, bo przez las jedziemy ze średnią prędkością. Myślę, że załoga pojazdu zorientowała się, że jedziemy tylko we trójkę (drużyna konduktorska i ja) i że nikomu z nas się nigdzie nie spieszy, możemy więc cieszyć się wiosennymi krajobrazami Mazur.

            Po kilku minutach, dajmy na to – sześciu, wyjeżdżamy z lasu prosto do ogrodu. Może nie edeńskiego, ale zwykłego, kolejowego, jednak nader ładnego. Choć chwilę później mina mi rzednie, bo widzę zestaw szarych bunkrów pomazanych przez arkowców i lechistów z Trójmiasta, którym zachciało się jechać aż tak daleko od domu, by dać wyraz wzajemnej nienawiści i złożyć sobie jak najgorsze życzenia. Ruciane Nida Zachód na szczęście nie posiada historycznego dworca, tylko budynki w stylu modernizmu typu późny PRL, bo byłoby szkoda pięknego budynku. A tak możemy zaśpiewać alternatywną pieśń kibiców piłkarskich: „Polacy, nic się nie stało”. No i dobrze, że z pociągu widać kiszki pobliskich jezior na tym osiemdziesiątym trzecim kilometrze. Poza tym podoba mi się ażurowy czworobok z betonu, pełniący po północnej stronie peronu rolę poczekalni w plenerze. I cieszy fakt, że drzew tutaj nie brakuje.

            Przy szosie wypiętrza się najpierw okazałe gmaszysko – ani chyba budynek nadleśnictwa, które dysponując sporym majątkiem dostosowało swoją historyczną siedzibę do współczesnych wymagań. Wzdłuż niego i szeregu nowych domów toczymy się po torach zarośniętych trawą. Kawałek dalej i cztery minuty później mamy następny  dworzec. Stoi wśród drzew, na których pyszni się jemioła. Tak niestandardowo ładny, że w roku 2025 zostanie wreszcie rozebrany, bo nawet do dyrekcji PLK oraz do władz miasta wreszcie dotarło, że w żadnej mierze nie jest wizytówką tego miejsca. Długiemu pawilonowi dworcowemu dobudowano ganek nad wyjściem na perony, ale jego okap wykonano chyba z taniej blachy falistej, która przez dziesięciolecia upałów i mrozów odkształciła się znacznie i nie prezentuje linii prostej, typowej przecież dla architektury. No i rzucająca się w oczy rdza jakoś nie komponuje się dobrze z mazurską przyrodą. A rdza owa radośnie żeruje nie tylko na płytach fasady budynku, ale także na stalowych szkieletach wiat peronowych. Ktoś kiedyś dowcipnie przekształcił nazwę stacji Ruciane Nida na „ruciane, ni da się patrzyć”. Może dlatego jedyny ocalały wagon wczasów kolejowych stoi tu zupełnie sam, zamknięty i porzucony? Jest tak, jakby historia tego miejsca chciała zatoczyć koło: od gajówki do letniska, od miejscowości wypoczynkowej po hałaśliwe centrum przemysłu drzewnego, od znanego portu mazurskiego do zapomnianej stacji na uboczu świata.

            Ale ludzi wysiada tu sporo, w tym wszyscy z mojego wagonu. Od tej pory będę podróżował jak książę pan, co stację zmieniając przedział lub wylegując się wygodnie niczym w salonce. Choć jak siebie znam, raczej będę stale wychylał się przez okno i chciwie połykał wrażenia. Muszę tylko uważać, by nie stracić głowy pod metalowym wiaduktem, przechodzącym w poprzek równi stacyjnej, bo za wysoki nie jest. A za nim też jest kilka charakterystycznych obiektów: ośmioboczny cylinder dawnej wieży wodnej, towarzyszący typowemu kolejowemu budynkowi mieszkalnemu z czerwonej cegły, nieczynna parowozownia z charakterystycznymi wielkimi oknami, przedzielonymi metalowymi kratami, kolejny prostopadłościan z cegły, służący do mieszkania, no i wreszcie przystań jachtowa, niczym brama do królestwa Neptuna. I coś, czego nie ujrzałem nigdzie indziej, czyli betonowy bunkier wartowniczy, strzegący i kolejowej, i drogowej (jeden, bo tak taniej) przeprawy przez Jezioro Nidzkie na osiemdziesiątym szóstym już kilometrze szlaku.

            A okolica wokół jest piękna. Kiedyś opowiadał mi o tym kolega z technikum leśnego, zamieszkały w pobliżu stacji Ukta na nieistniejącej już linii z Rudczan (tak nazywano kiedyś Ruciane) do Mrągowa i dalej, hen aż do Biskupca, Czerwonki, Lidzbarka Warmińskiego i Iławy Pruskiej. Nie wiedział, co się stało z tym szlakiem, oddanym do użytku w przedostatnim roku XIX wieku, ale dzisiaj już można o tym mówić, że ktoś go po prostu ukradł. Nietrudno zgadnąć, kto, jeśli rzecz wydarzyła się w 1945 roku?

            A szkoda, że tak się stało, bo moglibyśmy odwiedzić  małą ojczyznę Ernsta Wicherta i poznać znane w całych Niemczech i dawnych Prusach Wschodnich (ale tylko z kart książki) dzieci Jerominów. Tak pochodzący z Mazur autor nazwał ciężko pracujących mieszkańców krainy, dającej im skąpo ziemniaków i żyta, trochę torfu i siana, drewna dla ludzi i trawy dla chudych krów. Pisarz stwierdza, że żaden urodzonych tu ludzi  nich „nie poruszył świata”, nie wyszedł stąd ani wybitny polityk, teolog, mędrzec.  I dlatego żadne  kroniki nie wspominają nazw mazurskich wiosek z ich szarymi dachami, ślepymi oknami, studziennymi żurawiami, niskimi drzewami owocowymi, kamienistymi polami i piaszczystymi drogami ginącymi w lesie. Nawet najpiękniejsza pora roku trwa tu krócej niż gdzie indziej: „Nazwy te brzmią obco i smutnie (…) Wiosną, gdy kwitną wiśnie, grusze i bez na cmentarzyku, może to z daleka , na przykład z drugiego brzegu jeziora wyglądać uroczo, lecz wiosna w tej krainie jest spieszna i płochliwa. Zabiera swe barwy równie szybko, jak je daje i wszystko znów tonie w szarzyźnie pod ogromnym, chmurnym niebem rozpinającym się nad pustkowiem” („Borussia. Ziemia i ludzie”, s. 140-141).

            Mieczysław Orłowicz zaś zachęcał, aby w tej okolicy zajrzeć także do wiosek Filiponów. Ta sekta rosyjskich staroobrzędowców, która przywędrowała tutaj przez ziemię łomżyńską znad Morza Białego, jak pisał, musiała niemieckich filistrów fascynować swoją odmienną, drewnianą architekturą, dziwnym językiem, oryginalnymi strojami, fryzurami i obrzędami, przechodzącą z pokolenia na pokolenie zawodową specjalizacją, którą był handel owocami. Ale Orłowicz nie miał racji, nie tylko Niemcy ulegli tej magii mniejszości, bo o społeczności starowierów zamieszkującej niegdyś na wschód od jeziora Bełdany pisała również Katarzyna Enerlich w książce z 2016 pod tytułem „Rzeka ludzi osobnych”. Zatem i Polacy przejęli tę fascynację po wojnie, gdy społeczeństwo nagle, po raz pierwszy w swoich dziejach, stało się monoetniczne i jednolite kulturowo. Filiponi, niczym mazurscy amisze, wysepka odmienności, mogli ożywić ten monotonny obraz.

            Dziś, aby skierować się na północ i poznać tereny, o których pisali Wichert, Orłowicz i Enerlich, trzeba przesiąść się na pokład statków białej floty i wtedy można popłynąć do Mikołajek, Giżycka albo nawet do pięknego Węgorzewa, zbierając do kolekcji największe polskie jeziora tego regionu. Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie ulec namowom autora słynnego przewodnika i nie udać się na spływ najpiękniejszą rzeką regionu, czyli Krutynią, nad którą „ogromne drzewa liściaste stykają się nad wodą, a gałęzie spadają do rzeki, tworzą wspaniałą altanę nad głowami płynących”, ale jednak po namyśle zrezygnowałem, bo Krutynia płynie pięknymi zakosami, czyli powoli, a ze mnie pływak co najwyżej średni, więc spędzanie paru godzin w wodzie byłoby jednak dla mnie niewskazane. Druga okazja, by wyskoczyć na północ, będzie w Piszu, ale najpierw musimy tam dojechać.

             W tę samą stronę wydają się też zmierzać rowerzyści, którzy wyroili się na leśne szlaki, ścigając się z naszym pociągiem. Ten jednak nieco zwalnia bieg przy starym grobie, na którym zgodnie stoją łaciński i prawosławny krzyż. To zapewne jedna z licznych w okolicy pamiątek po I wojnie światowej, gdy armia rosyjska, niczym wzburzone morze, dwukrotnie przypływała z południa i wschodu, zostawiając po sobie rzeki krwi. Las wszystko pamięta, a ponieważ wygląda tak samo jak pomorski, czuję się w nim wyśmienicie. Bez trudu zauważam  w nim wielkie sosny, mnóstwo egzemplarzy liściastych gatunków i gigantyczne jałowce. Ale ponieważ zbliżamy się nieuchronnie do brzegów Śniardw, teren nasiąka wodą, co widać po zwiększającym się udziale świerków w drzewostanie. To już jest widok, który kojarzy mi się bardziej z Mazurami niż z terenami Pojezierza Pomorskiego.

            Za nami zostaje prosty ślad pojedynczego toru. Wyobraźnia zbacza więc w las, do jedynego w Polsce rezerwatu tarpanów w Popielnie. Te koniki to duchy pruskich i krzyżackich sweykenów. Mam wrażenie, że mogłyby mnie nauczyć podstaw wymarłego języka, jako ostatnie istoty, które pamiętają mowę Prusów, pierwszych mieszkańców tej krainy, bo w leśnych ostępach, zabezpieczonych ramionami kilku jezior, zaczyna się dziać magia. Oto jakieś głosy recytują zaklęcie, parami wypowiadając symboliczne słowa: „Zeme-wundan, meddjan-dangs/ zwers-azzaran, garrjan-zwers/ buttan-pannu, wetra-sauli/ angzdris-pippelis, kattin-zuks / lauksna-meniks, pints-lauks/ be zmanentis-stabs”. Co to mogło znaczyć, wie chyba już tylko Internet. Ale nie czuję żadnego niepokoju, słysząc to, bo mam wrażenie, że wszystko jest tak, jak właśnie być powinno.

            A pociąg także robi swoje. Rozkład jazdy daje mu tylko dziewięć minut na dotarcie do przystanku w Szerokim Borze. Z punktu widzenia kolejowego maniaka nie ma tu nic specjalnego do oglądania, ale z punktu widzenia niedoszłego oficera – i owszem. Tutaj znajduje się bowiem jeden z „zielonych garnizonów”, wymarzone miejsce do odbywania zasadniczej służby wojskowej i jednocześnie miejsce zsyłki dla zawodowej kadry w czasach Układu Warszawskiego. Co tam wojsko dzisiaj chowa, oczywiście nie wiem i nie zamierzam dociekać. Widać jednak, że dominuje tutaj duch militarny: wiata przystankowa stoi w cieniu budynku mieszkalnego, wzniesionego przez wojsko (zapewne jeszcze niemieckie) w latach 30. minionego stulecia, a ruch na bocznicy do wojskowej bazy jest chyba równie intensywny, co na szlaku pasażerskim. Nad wszystkimi obiektami góruje zaś potężny maszt telefoniczny, wystający wysoko ponad najstarsze drzewa pobliskiego lasu.

            A tam właśnie prowadzi mnie dalsza droga. Oczywiście rozglądam się i nasłuchuję, bo chciałbym zobaczyć i usłyszeć legendarne dzikie koniki, a poza tym wiem, ze niedaleko stąd przesuwa się brzeg wielkiego jeziora Śniardwy. Sygnalizuje to rzadko spotykany poza wybrzeżem Bałtyku znak drogowy, wskazujący drogę do przystani promowej. JStoi i szosie, która za chwilę doprowadzi mnie  do Pisza, typowo mazurskiego miasteczka, położonego na symbolicznym sto drugim kilometrze trasy. Jego historia jest typowa dla regionu pogranicza: weź dwóch Krzyżaków z Westfalli, dodaj jednego Galinda oraz Jaćwinga, dwóch Mazowszan; wybuduj zamek, postaw przy nim liczne ule. Utocz mieszkańcom trochę krwi litewskim albo polskim mieczem. Zbuntuj okoliczne chłopstwo,  napuść na miasto tatarski czambuł,  pozwól zamieszkać w nim arianom. Zorganizuj polowania na ostatnie żubry, zdziesiątkuj epidemią dżumy. Uruchom spław na Pisie, odkryj rudę darniową. Strzeż się francuskiego rabusia! Podaruj miastu kolej, by mogło połączyć się z Olsztynem, Ełkiem i Orzyszem. Zapoznaj Pisz z polskim przemytnikiem, urządź plebiscyt narodowy. Trzy razy w czasie dwóch światowych wojen doświadcz rosyjską okupacją. Wypędź z miasta niepolską ludność, zostawiwszy w powiecie nie więcej niż tysiąc osób. W nowej Polsce wytrzymaj jeszcze huragan, kładący pokotem cały las,  a otrzymasz lokalną tożsamość.

            Tak wygląda historia regionu w pigułce. Obecnie, oglądana z perspektywy pociągu, reprezentowana jest przez niezbyt ruchliwą szosę w cieniu smukłych sosen oraz pojedynczych drzew owocowych. Nowsze dzieje opowiada modernizm epoki gierkowskiej, od którego zaczyna się miasto, otoczone przez świeży las. W obrębie stacji mamy zaś wysoką wieżę wodną z brutalistycznego betonu, stojącą majestatycznie niczym pocisk do gigantycznego moździerza, i sympatyczny akcent przyrodniczy – drobne białe kwiaty rozłożone białym dywanem pomiędzy torami.

            Wokół sterty drewna, zapewne wyciągniętego z lasu po huraganie sprzed kilku lat, czekają na odbiorców. Mam nadzieję, że nie będzie to związane z kolejnym skandalem, jak wtedy, gdy kilka lat temu Agnes Trawny, autochtonka, musiała protestować, że sąsiedzi rabują jej drzewostan. Bo niesmak trwał długo i dopiero w 2024 Mazurka doczekała się odszkodowania. Na ludzi czekają również autobusy pekaesu, stojące stadem na przystanku przylepionym do dworca. Praca wre za to w pobliskiej stolarni, produkującej stosy wiórów. Obróbka i załadunek drewna trwa w Piszu chyba od zawsze, tak przynajmniej można sądzić z historycznych relacji i archiwalnych zdjęć. A na nich pojawiają się kultowe lokomotywy: „oelka” Ol49, wodowana ze stacyjnego żurawia, „suka” SU46 i „stonka” SM42, uwielbiane przez miłośników kolei, a nawet jeden z dwóch istniejących prototypów SP47, ale akurat one przemknęły przez historię polskiego kolejnictwa prawie niezauważenie.

            Obecnie w Piszu każdy pociąg, po kilkuletniej przerwie w kursowaniu, witany jest radośnie. Pierwszym gospodarzem był semafor kształtowy, a teraz robi tak nawet most nad Pisą, szeroko otwierający swoje stalowe ramiona na nasz widok. Przez chwilę chciałem napisać, że właśnie pokonaliśmy kanał, ale to była rzeka, tyle że zmyliły mnie jej uregulowane brzegi. A przecież w tym miejscu przepływa Pisa, która na mocy paktu Ribbentrop-Mołotow w roku 1939 przez moment stanowiła granicę pomiędzy Związkiem Radzieckim a III Rzeszą. Zdaje się, że dopiero delegacja wschodniopruskich junkrów zdołała nakłonić Hitlera do renegocjacji przebiegu linii granicznej  i przesunięciu jej na bieg rzeki Narew.

            Tymczasem zostawiamy Pisz i otaczającą go puszczę za sobą, a po lewej stronie macha do nas jeszcze miasto z okien bloków, z szerokich skrzyżowań, ze ścieżek, prowadzących poza rogatki miejscowości. Pociąg wyjeżdża na łąki, powstałe zapewne w miejscu wykarczowanego lasu. Jesteśmy już, jak to sto pięćdziesiąt lat wcześniej dowcipnie określił Wojciech Kętrzyński,  na Mazurach Kamienistych, opuściwszy te Piaszczyste. Zostawiwszy za sobą także obszary leśne, toczymy się powoli pustawym składem przez pustać, w której wieje nicością. A przestrzeń niekiedy drga, jakby odczuwała jakieś fantomowe bóle po rozebranych liniach kolejowych, na przykład tej do Orzysza, objeżdżająca Śniardwy wschodnim brzegiem. Niekiedy rozbrzmiewa też echo złowróżbnych słów: „Pasażerom po raz ostatni życzymy przyjemnej podróży”, choć nie pamiętam, w jakim rozległy się języku.

            Ale przecież jakieś życie tutaj istnieje. Po kilkunastu minutach pojawia się bocianie gniazdo na kolejowym słupie. Pięćdziesiąt metrów dalej widać również szosę, a następnie ubogą wioskę. Do pociągu dołączają chłopcy na rowerach, niczym ludowa banderia podczas obrzędów religijnych albo młodzieżowy Wyścig Pokoju, sztandarowa niegdyś impreza w majowym kalendarzu.

            Ukołysany przez słodki sen o beztroskiej przeszłości słucham, jak bardzo powoli w lesie stukają koła pociągu, sącząc piękną kolejową melodię do moich uszu. Nie mąci tego spokoju nawet widok rozległego bagna pomiędzy drzewami. W trakcie tej powolnej jazdy niespiesznie wkraczamy w granice osady za ścianą drzew, rozciągającej się na podmokłych łąkach, które według starego przewodnika nazywają się Pissawoda Wiesen. My jednak więcej uwagi poświęcamy kamieniom na polu, by nie poobijać karoserii. Żartobliwa nazwa nie kłamie zatem, mamy tu mnóstwo pokruszonych kości matki Ziemi. I tak pojawiają się Stare Guty. Na hektometrowym słupku widnieją tutaj trzy jedynki. Najważniejszą rolę na przystanku pełni piętrowy, otynkowany budynek mieszkalny, wydłużony łamaną, dwuczęściową przybudówką, tak samo nakrytą dwuspadowym dachem. Z bielą tych ścian ładnie kontrastuje świeża zieleń, z której uszyto perony i równię stacyjną. Ciekawie, niczym wybuchająca liśćmi maczuga Heraklesa,  wygląda także potężna lipa, rosnąca przed budynkami kolejowymi. Wykonałem tutaj serię zdjęć i na każdym dominuje to drzewo.

            Po drugiej stronie zaś mamy ciszę, przelatujące ptaki i wybrukowane koleiny dokądś prowadzące. Ale dokąd, trudno odgadnąć, bo przecież otaczają nas te podmokłe łąki, o których była mowa przed chwilą. Porośnięte są kępami olszyny, a za horyzont przetaczają się przez grzbiety wzniesień, na których sterczą włócznie wysokich drzew. Pociąg porusza się tutaj nasypem z oknami szeroko otwartymi na widoki obustronne. A są tam tajemnicze wydmy, na które pociąg się ewidentnie zagapił, bo znacznie zwolnił, tak do dziesięciu kilometrów na godzinę. W związku z tym bez trudu, w trakcie ośmiominutowej jazdy zauważyłem także niepozorną rzeczkę, płynącą prosto z bagna gdzieś na południowy zachód, zapewne w stronę Pisy oraz polną drogę z aleją, wspólnie wspinające się ku chmurom. A te ciemnieją z minuty na minutę, ani chybi, nabrzmiewają deszczem, o czym może też świadczyć bladość słońca.

            Po króciutkim zadrzewionym odcinku pociąg znowu wyjeżdża na otwartą przestrzeń i ostrzegawczo buczy, aby nikt nie ważył się stanąć na przejeździe drogowym. Szosa posłusznie więc przechodzi na południe, a za wzgórzami, które z niebem rywalizują, kto okaże się bardziej dynamiczny, pojawia się następny przystanek. To Kaliszki. Do dzisiejszego celu zostało nam jeszcze czterdzieści dwa kilometry. Tutejszy przystanek jest bliźniaczo podobny jak ten w Starych Gutach, tylko bardziej zaniedbany. Opuszczona część służbowa chyli się ku upadkowi i chyba tylko część gospodarcza oraz domostwo mają szansę przetrwać dłużej, o ile ktoś im poświęci trochę uwagi. Jednak badacze kolejowych tropów zwrócili ją raczej na zagadkowy obiekt, wyglądającego najprawdopodobniej na pokrywę schronu, choć jeden z uczestników krótkiej wymiany zdań zobaczył tam betonowy stół piwny. Wniosek nader intrygujący.

            W przeciwieństwie do pejzażu, który w tym miejscu stanowi kwintesencję Mazur Kamienistych, bo na rozległej płaszczyźnie tylko gdzieniegdzie nieznacznie wybrzusza się wzniesienie (cmentarzysko?), ale na ogół nie ma na czym zawiesić oka. Teren zaczyna też opadać, więc pociąg podczas jazdy mocno hamuje i w efekcie osiągamy prędkość niespiesznego piechura.  Mam więc czas, aby przyjrzeć się położonej w tym miejscu wiosce. I dochodzę do kilku wniosków: ponieważ wszystko się tutaj przewraca, nawet kamienna obora odchyla się od pionu, to zapewne mieszkają tu potomkowie przesiedleńców z akcji „Wisła”, wciąż nie do końca zakorzenieni w tym za płaskim dla nich pejzażu. Nawet dostojna brzoza przy torze wydaje się płakać nad smutnym losem ich przodków, deportowanych z Beskidu i Bieszczad i rzuconych na poniemiecką ziemię. Ślady dawnych właścicieli pochłaniają za to bujne zarośla, kryjące dawną historię tej okolicy. Nawet powietrze jest tutaj cięższe niż gdzie indziej i dlatego po wgniecionym przez nie w ziemię torowisku pociąg jedzie dziwnie krzywo. Także mokradła przy torze zakrzywiają rzeczywistość i jakąś magnetyczną siłą przyciągają ku sobie wszystkie słupy telefoniczne. Mnie to oczywiście nie martwi, bo i za te dodatkowe atrakcje nie musiałem dopłacać. Mieszkańcom tego zakątka chyba jednak takie widoki nie smakują, bo odeszli gdzieś poza pole widzenia, zostawiwszy na pamiątkę swojej aktywności tylko pokruszone betonowe kręgi. Te konstrukcje wydają się mieć jakąś naturalną ułomność, jak pejzaż wielokrotnie naznaczony przemocą: podczas tatarskiego najazdu w XVII wieku, podczas wojny północnej, w trakcie I i II wojny światowej oraz po 1945 roku, gdy jednych stąd wypędzono, a  innych przywieziono i kazano wysiadać przy nie swoich domach. Bezsensownie marnieją też porzucone jak drewniane płotki przeciwśniegowe, a przecież mogłyby być ciekawym zabytkiem w kolejowym muzeum. Brakuje więc ludzi w otoceniu, a i las daleko uciekł, aż na linię horyzontu. W takiej odludnej pustce pociąg wykonuje długi zakręt, zaskakując przy tym stado kamieni polnych, wypoczywających tuż przy torze i w popłochu uciekających w bok. Maszyniście podczas długiego skrętu chyba zakręciło się w głowie, bo skład znowu jedzie trochę krzywo. Może jednak  to  gęsty dywan mleczy stawia zbyt duży opór maszynie, a może załoga pociągu zapatrzyła się na wygięte grzbiety krów, przyglądających się swoim uroczym obliczom odbitym w stawie? A może torowisko naśladuje kształt wijącej się obok polnej drogi? Nie wiem, ale wrażenia są bardzo ciekawe.

            I nagle, gdy minął niemal kwadrans jazdy przez puste ramy krajobrazu – pojedyncze gospodarstwo, za którym coś świeci kościołem i zbliża się kominami dawnej cegielni. To miasteczko Biała koło Piszu. Tak, wiem, że mamy tutaj gramatyczny błąd w nazwie, ale wina przecież nie po mojej leży stronie. Druga rzecz, jaką witają tutaj gości, to oczyszczalnia ścieków – dobrze, nowocześnie, bo ekologicznie – oraz krowy, rozstawione na tle miejskiej panoramy po lewej i prawej – też ładnie, bo tradycyjnie, sielsko. Jest i rzeczka Białka, niespiesznie tocząca wody, którą pokonujemy murowanym z kamienia mostem. A poza tym: „Okolica mało urozmaicona – pola nędzne, piaszczyste i kamieniste”, jak pisał Orłowicz. Może spowodowane jest to przemianami historycznymi: o ile przez wieki sąsiednia Warmia była zdominowana przez wielką chłopskie gospodarstwa, o tyle na Mazurach w dobie nowożytnej przeważali junkrowie, dla których po II wojnie światowej nie było tutaj już miejsca. W tę kulturową próżnię trafili przesiedleńcy i osadnicy, mający długotrwały problem z dostosowaniem się do obcego środowiska. Upadek komunizmu i ruina państwowych gospodarstw rolnych pociągnęły za sobą dalszą degradację krajobrazu kulturowego. Ale niewykluczone, że trop jest mylny, wszak jestem tylko podróżnikiem, którego oczy, jakkolwiek chciwie rejestrujące każdy szczegół, mogą się mylić.

            Tymczasem pojazd Żandarmerii Wojskowej grzecznie czeka, aż wtoczymy się na stację. Po prawej widoczny jest rozbudowany dojazd budynku dworcowego i przeciekającej u szczytu wieży wodnej. Trochę szkoda, bo stacyjny kompleks jest okazały: składał się z nastawni, obecnie zabitej deskami, części służbowej z poczekalnią, wciśniętej między dwa budynki o naczółkowych dachach z mieszkaniami na parterze i piętrze, wolno stojącego domu kolejowego dla kilku rodzin oraz murowanego magazyny za płaskim dachem, wybiegającym daleko poza lico i wspartego na drewnianej szkielecie oraz smukłej wieży, dającej wodę ludziom i maszynom. Kiedyś musiał tutaj tętnić kolejowy ruch, skoro infrastruktura była tak rozbudowana. Obecnie czynny jest wyłącznie jeden peron pasażerski, przy którym już nie krzyżują się pociągi do Gdyni Głównej i Ełku, semafory kształtowe wyzionęły ducha, a wskazówki peronowego zegara przestały już mierzyć czas.

            Okolica wróciła więc do rytmu naturalnego, odmierzanego choćby wiosennymi przylotami bocianów, z których jeden uprawia trainspotting z pobliskiego dachu. Pojedyncze domy stoją przy drogach do nikąd i przybierają zaskakujące kolory, na przykład żółto-niebieski. Jakoś nie pasował mi wtedy do otoczenia i nie kojarzył się tak jednoznacznie z Ukrainą, choć przecież już powinien, bo trzy miesiące wcześniej zaczęła się rosyjska agresja na Krymie. Dzisiaj myślę, że w tym domu za Białą mieszkali ludzie związani z napadniętym krajem, być może potomkowie Ukraińców czy Łemków przesiedlonych tutaj w ramach zbrodniczej akcji „Wisła”. Kawałek dalej z dużego gospodarstwa przy torze prosto do pociągu zostaje dostarczona immersyjna reklama świeżego, najlepszego na świecie obornika, w stu procentach organicznego. I tylko krowy wydają się być smutne, być może dlatego, że wyjadły już zieleń z pierwszego planu i w obecnej chwili nie mają nic do roboty. Tak jak ja, poza tym, że muszę odnotować, że już sto dwadzieścia dwa kilometry mogę doliczyć do przejechanych na Północy.

             Z lewej nadciąga las, więc po chwili pociąg się w niego zanurza. Niebo się natychmiast chmurzy, obrazy ciemnieją, więc zerkam na sieć połączeń kolejowych w województwie warmińsko-mazurskim, którą łaskawa ręka przykleiła do ściany. Wschodnie krańce schematu stanowią jaśniejsze punkty w Olecku, Ełku i Białymstoku ( już oczywiście za granicą, choć to brzmi dziwnie). W centrum rozsiadł się pokaźny Olsztyn. Nad nim zawieszono Braniewo, Elbląg, Malbork. Jego prawe ramiona tworzą węzły w Czerwonce, Korszach, Szczytnie i Piszu. Lewą stronę stolicy wspierają Olsztynek, Nidzica, Działdowo i Iława. Plan jest więc symetryczny i harmonijny, choć nie wiem, jak sprawdza się w podróżnej praktyce.

            Po opuszczeniu leśnych ostępów krajobraz daje mi łąki i wieś, po czym jednak wraca między drzewa, by pokazać mi zrujnowany przejazd i bagno w lesie o imperialistycznych ambicjach, bo w dosyć oczywisty sposób powoli trawi słupy telefoniczne przy torze i żuje drewniane podkłady kolejowe, niespiesznie ściągając je z nasypu. W tym miejscu szlak wspina się po mapie, dążąc ku najzimniejszemu zakątkowi kraju. Pociąg ogląda się trwożnie, przez co jazda trwa ponad kwadrans. A może powstrzymuje go brzydki zapach, jaki rozpościera się nad polami? Taką wonią wita nas wieś, położona na łąkach, za zarośniętą rzeczką. I mam wrażenie, że albo przyjechaliśmy tutaj za późno, bo po prawej rozciągają się tylko ruiny dawnej świetności, albo za wcześnie, bo niektóre budowle wyglądają na niedokończone. Pokonując metalowy przejazd polny, zmagając się z pustką, znaczoną przejazdowym krzyżem na odegnanie złego, powoli zbliżamy się do przystanku Drygały. Widzę, że traktory były szybsze i zdobyły już wieś i zostawiły na pamiątkę tego ślady swoich brutalnych opon.

            Nasz pociąg wjeżdża z większym wdziękiem, wykonując przed hamowaniem zgrabny łuk. Przed ceglanym budynkiem dworcowym wita nas okazały szczypior. A może był to pojedynczy rządek kukurydzy? Nie jestem pewien, jednak pamiętam, że widok zdał mi się egzotyczny, bo nigdzie indziej kolejarze nie powitali mnie takim bukietem. Drugim zaskoczeniem było motto okolicznej ludności, wymalowane na ścianie służbowego domu: „Spalcie wszystkie dyskoteki!”. Ciekawe, jakie podłoże miało to wezwanie do przemocy? Miejsce wydaje się spokojne, bo gmach na ulicy Kolejowej wygląda przyzwoicie, poza tym jednym bazgrołem. Szanują tutaj też drzewa, bo ani brzoza, stojąca po zachodniej stronie domu kolejowego, ani lipa po drugiej nie zostały barbarzyńsko ogłowione i poza pniem mają normalne konary. Całość prezentuje się ładnie, pewnie ze względu na harmonijnie dobrane kolory: czerwień, biel, zieleń i czerń. Nawet nieczynny dworzec o szkieletowej konstrukcji ma sporą szansę na długie życie. Gorzej wydaje się wyglądać perspektywa przyszłości zamkniętego na cztery spusty parterowego magazynu, znajdującego się po drugiej stronie toru, bo jego rampa już kruszeje. A hektometrowy słupek niewzruszenie zapamiętuje na wieki: sto trzydzieści, dokładnie tyle.

            Zabudowa stacyjna jest skoncentrowana po lewej stronie toru na osi pojedynczego peronu przelotowego, porośniętego z rzadka darnią. Gdy go już opuszczamy, dwa razy dostajemy po oczach: najpierw wiją się w nich splątane rury pracowitego tartaku, a później uderza jaskrawo żółty, choć lepiej chyba byłoby napisać – wściekle cytrynowy – blaszany magazyn. Wizualny szok łagodzą jednak kościół w neobarokowym hełmie i łąka mleczami umajona. Pośród starych i nowych domów, gospodarstw odwiedzonych podczas pracy, tirów zbierających słomiane wałki w sobie tylko wiadomym celu, stoi też nietypowa stodoła. Zaskakująca, bo posiada własną rogatkę przejazdową. Skoro mieściła całe wagony towaru, musiała to być stodoła nad stodołami. Jednak nigdy wcześniej o niej nie słyszałem, ale cieszę się, że ją poznałem, bo to prawdziwa kwintesencja mazurskiej architektury wiejskiej: kamień, drewno, ceramiczna dachówka, kowalskie okucia wrót.

            Przyjemne wrażenie robi też mijany właśnie ceglany dom dróżnika, któremu pociągi codziennie kilka razy śpiewają pieśń o najpiękniejszym zawodzie świata, co to i chleb daje, i własne miejsce na ziemi, i szansę poznawania innych ludzi, i satysfakcję z bycia potrzebnym. A w dodatku bardzo blisko znajduje się najdziwniejsze rondo w Polsce, wybudowane dokładnie pośrodku niczego. Najbliższe przysiółki znajdziemy za mleczami, za łąkami, na których nie rosną drzewa, tylko stalowe maszty jak ten, który o mało nie wybija mi zębów, gdy się wychyliłem za okno. Nikt nie uprzedził mnie, że czatuje tutaj taka stalowa bestia, szarpiąca brzuchy chmur i coś tam nadająca w kosmos. Zaorany i zasiany krajobraz milczy wytrwale, bo i co będzie z durniem gadał. Mlecze i brzozy tworzą sąsiedzką wspólnotę, razem obejmując w posiadanie ten kawałek regionu. Ludzkie ślady widać z rzadka, najczęściej w postaci pościnanych drzewek.

            Nie minie dziesięć minut, gdy pociąg znowu zacznie hamować. To przystanek Pogorzel Wielka. Przy trawiastym peronie stoją dwa parterowe domy kolejowe, a każdy z nich dźwiga odpowiedzialność za prezentowanie miejscowej nazwy i godnie uprawia niewielki ogródek. Trzeci dom, o dwie kondygnacje wyższy, znajduje się nieco dalej, na wyjeździe ze stacji i samotność mu ewidentnie nie służy, bo ledwo stoi, podtrzymywany przez drewniane podpory. Z klasycznego wyposażenia przystanku warto odnotować porządną tablicę peronową oraz rząd, nieświecących jednak, lamp wzdłuż krawędzi. No i jak to w krainie eksploatującej lasy, z pociągu możemy dotknąć stosu drewna.

            Nazwa tutejsza ma niewątpliwie historyczny rodowód, odwołujący się do XVII-wiecznych doświadczeń regionu. W 1656 i następnym roku trzeba było patrzeć, czy  aby nie jadą Tatarzy, by nawiedzić okolicę ogniem i mieczem. Mamy z tamtych czasów dwa literackie świadectwa: to znane, czyli „Potop”, i to nieznane większości, poza autochtonami, tyle że ich już tu nie ma, czyli wiersz Tomasza Molitora, śpiewany później w ewangelickich kościołach, „O wtargnieniu tatarskim do Prus, roku 1656”. Henryk Sienkiewicz tak opisywał ten epizod szwedzko-polskiej wojny: „Tej samej nocy jeszcze, w której Tatarzy minęli słup graniczny, niebo zaczerwieniło się łunami, rozległy się wrzaski i płacz ludzi deptanych stopą wojny. Kto polską mową o litość prosić umiał, ten z rozkazu wodza był oszczędzany, ale natomiast niemieckie osady, kolonie, wsie i miasteczka zmieniały się w rzekę ognia, a przerażony mieszkaniec szedł pod nóż”. Pomijam wątek spokoju duszy i pobożnych modlitw Kmicica podczas tej rzezi, bo sam w młodości uległem czarowi powieści, więc nie będę znęcał się nad pisarzem i własną głupotą. Bo przecież jest to opowieść o zbrodni wojennej, usprawiedliwianej patriotyzmem i pobożnością, a ponadto nie chce mi się wierzyć, aby wielu Polaków na Mazurach zdołał ocalić ten Kmicic, choć fantazja w nim była ponoć kawalerska, bo przecież nie mógł być jednocześnie w tych wszystkich miejscach, które atakowali jego Tatarzy.  Drugi z tekstów przywołam nieco później.

            Czas bowiem wrócić na tor główny opowieści. Tym bardziej, że znowu jedziemy nieco przekrzywieni, jakby nasyp się osuwał na podmokłym terenie. O tym, że tak właśnie jest, przekonuje rząd odchylonych od pionu słupów wciąganych przez przytorowe bagno. Dom polny stawia mu desperacki opór, i wciąż wystaje ponad poziom gruntu, dając się sfotografować z okna pociągu. Gdy popatrzyłem w tył, zobaczyłem, że jednak zostawiamy równoległy ślad pośród wiosennej zieleni i na łąkach wtulonych w las.

            Gdy ponownie odwróciłem głowę, ujrzałem jakieś olbrzymie kloce. Pomyślałem, że ktoś przeniósł z Berlina w to miejsce niepotrzebny tam już po upadku  III Rzeszy słynny Flakturm. Nie jest to stary wiadukt, bo pozostałości tegoż czekają na nas na skarpie nieco dalej. Prawdopodobnie jest to ślad istnienia żwirowni i kamieniołomu, a dokładniej budowli, mieszczącej kruszarkę do kamieni. Do 1914 roku mogła ona stanowić część cegielni, należącej do potomków mazurskich arian, która kiedyś dostarczała materiałów do budowy miejscowego dworca i kościoła. A może to jakieś pozostałości warowni na Zamkowej Górze, strzegącej dawniej granicy z Mazowszem? Ta niesamowita konstrukcja tkwi wbita w płaską łąkę niczym betonowe kły wojny i  robi niesamowite wrażenie, zwłaszcza że nikt się jej nie spodziewał w tym dosyć monotonnym pejzażu. Jedyne, czego można oczekiwać, to kolejne bagno, bo mokradeł tutaj nie brakuje. Okoliczna ludność musi być więc czujna. Chyba dlatego  mijanego  właśnie monumentalnego gospodarstwa oraz kamienno-ceglanej obory w dobrym stanie pilnuje prawdziwy pies Baskervillów, stojący na piaszczystym gościńcu i zezujący na nas spode łba.

            Zaraz za nimi odbywa się wjazd na przystanek Bajtkowo na sto czterdziestym piątym już kilometrze. Obserwują go lokatorzy wysokiego domu stojącego po prawej stronie toru. Czy jest to budynek kolejowy i czy ktoś w nim rzeczywiście przebywa, trudno orzec, bo skrywają go wysokie krzaki, zza których błyskają jakieś oczy. Ale nie wiadomo, czy ludzkie czy zwierzęce? To zresztą nieważne, bo przed nami wolna droga na peron. Znajduje się on przy zgrabnym magazynie, wzniesionym z cegły i wyposażonym w drewniane wrota, przesuwane na górnej, ręcznie kutej szynie. Ładny to widok, choć dołączonej do niego nastawni już wydarto oczy. Miłośników kolei może też ucieszyć obraz ceglanej zabudowy stacyjnej, w której skład wchodzą oprócz wymienionych wcześniej elementów także toaleta oraz budynek mieszkalny z niewielką przybudówką, w której niegdyś mógł funkcjonować warsztat.  Tych, którzy nie są obojętni na przyrodę, na pewno uraduje fakt, że obok tych zabudowań pięknie pieni się świeżą zielenią okazała lipa. Ze środka wsi pozdrawia nas spiczasty kościół, jakby potwierdzając, że ma takie samo DNA. Niestety widok trochę psuje dom stojący pomiędzy stacją a świątynią, bo ktoś mu podziurawił okna.

            Za przystankiem znowu przedzieramy się przez bagniste łąki, by wreszcie zbliżyć  się do lasu. Nie na długo jednak, bo po chwili znowu jesteśmy na otwartych, zielonych płaszczyznach, nakrapianych bielą i złotem, powolnym falowaniem wspinających się w niebo. Ta droga ku szczytom wypiętrza się wreszcie w krajobrazie w postaci prawie dwustumetrowego wzniesienia, które pierwotnie nazywało się Monken Berg.

            Z okna pociągu trudno ocenić, czy mijane po drodze wioski mają plan ulicówki, najczęstszy w czasach niemieckiej kolonizacji w XIV wieku i późniejszej o dwa stulecia mazurskiej (mazowieckiej). Nawarstwiające się przemiany historyczne utrudniają też ocenę  jaki typ zabudowy tutaj preferowano, choć wydaje się, że była zagroda, składająca się z budynku mieszkalnego i gospodarczych, ustawionych na planie czworokąta, w którym mieściły się również warzywniak, sad i podwórze gospodarcze. Tradycyjne budownictwo reprezentują najstarsze domy z dwuspadowym dachem. przyznam, że na mijanej trasie nie dostrzegłem żadnego zespołu dworsko-pałacowego, który mimowolnie kojarzę z Mazurami. Moje krótkowidzące oczy zarejestrowały sporo czerwonej cegły w ścianach domów, sporadycznie – wiejskich szkół, ale oczywiście nie zanotowały przykładów ozdobnej stolarki drzwiowej czy okiennej, niegdyś charakterystycznej dla regionu. Mam jednak wrażenie, ze wokół zachowały się wciąż ślady  typowego ukształtowania przestrzeni, w której wieża kościelna wskazuje centrum miejscowości, okolona drzewami droga łączy osady, dębowa aleja kieruje ku pałacowi i zawraca w tamtejszym parku, a kępa zieleni na wzniesieniu oznacza cmentarz. Choć może są to tylko historyczne i literackie powidoki, a nie moje prawdziwe wspomnienia.

            Minąwszy okazały dom, który w myślach nazwałem domniemaną siedzibą sołtysa, pociąg ponownie lawiruje między wzgórzami i lasami stojącymi pośród mokradeł. I niczym ilustracja o bajki o osiołku, któremu w żłoby dano, funkcjonująca na przecięciu trzech ekosystemów (pole, las, bagno) sarna, widoczna w oknie,  najwyraźniej nie może się zdecydować, gdzie szukać żeru: na skraju podmokłej łąki, pośród rzepaku czy jednak w cieniu drzew? Może rozprasza ją hałas, docierający także do moich uszu? Jego źródłem nie jest jednak chyba odległa szosa w malowniczej alei, jak wydawało mi się z początku. Nieco dalej odbywają się bowiem jakieś gigantyczne prace ziemne. Wygląda na to, że ktoś metodą przemysłową szuka tutaj legendarnego skarbu Jadźwingów. Tak by to zaklasyfikował łowca tajemnic, ale podróżnik kolejowy ma prostsze rozwiązanie zagadki: to raczej budowa nowej drogi do miasta, prawdopodobnie obwodnicy Ełku. Jego bliskość sygnalizują bowiem cyklopich rozmiarów maszt linii energetycznej oraz grupa koparek, spychaczy i ciężarówek, czekających na fajrant przy rozjeżdżonym i rozrytym poboczu.

            Jednak zanim zaproszą nas do miasta, musimy zatrzymać się w Nowej Wsi Ełckiej. Po pokonaniu, na szczęście nie wpław,  sporego zbiornika wodnego przekulaliśmy się po brukowanej drodze dojazdowej i stanęliśmy przed szarym budynkiem stacyjnym, kiedyś zapewne ładnym, jednak obecnie z młodzieńczej urody nie zostało za wiele. Łaty tynku odpadają z neorenesansowej bryły z arkadowymi łukami poczekalni. Jednak tutaj przecinamy wstęgę, bo odmierzono nam dokładnie sto pięćdziesiąt kilometrów.

            Patrzą na nas rampa, która jeszcze trwa rzędem kamieni ponad trawą, dworkowy dworzec, niebieska tablica z białą nazwą, wiejskie domy, w większości współczesne, zabytkowy gmach (szkoły?) oraz walcowata wieża kościelna, czuwająca nad trawiastym boiskiem. I tak się sobie przyglądamy do chwili, gdy pociąg wtacza się na most, by przejechać na wschodni brzeg rzeki Ełk. Płynie ona swobodnie na południe, by w granicach parku narodowego zasilić nurt o wiele bardziej rozpoznawalnej w Polsce Biebrzy, w ostatnich latach słynącej niestety z coraz częstszego wysychania mokradeł i pożarów torfowisk. Za przeprawą spotkamy grupę dzieci na rowerach, które znają jeszcze sympatyczny obyczaj i pomachają mi rękami, odwzajemniając mój gest w otwartym oknie. I od razu robi się miło, tym bardziej, że pociąg wkracza w las. Jakkolwiek mijane brzózki wydają się wątłe, maszynista wita je radosnym buczeniem, zwłaszcza na licznych zakrętach. A drzewa odwdzięczają się, wspierając (duchowo) stare słupy telefoniczne, należące do kolei.

            Myślałem, że smutek, jaki towarzyszył mi podczas ostatniego etapu podróży, był skutkiem samotności podróżnika, ale dziś sądzę, że sprawiła to raczej aura miejsca. Przestrzeń zapamiętała dramat lat 1656/1657, gdy w granice  Prus Książęcych dwukrotnie  wpadły zagony tatarskie. Możemy ujawnić, kto stał za tym naprawdę, bo wcale nie Andrzej Kmicic, słynny bohater „Potopu”. W rzeczywistości byli  to żołnierze hetmana wielkiego litewskiego Wincentego Gosiewskiego, a dokładniej oddziały Subchana Gazi agi i Sefera Gazi agi. Wymordowały one około dwudziestu tysięcy ludzi, na skutek działań wojennych cztery razy tyle umarło z głodu i jako ofiary epidemii, co oznaczało około połowę ówczesnej populacji. Tatarzy, niczym bicz boży,  spalili trzynaście miast i ćwierć tysiąca wiosek, zostawiając stosy popiołów, morze łez i kilka pełnych grozy nazw lokalnych, związanych z ówczesnymi masakrami: jezior, umocnień, dróg, kamieni. Tomasz Molitor, w wierszu O wtargnieniu tatarskim do Prus, roku 1656 tak to opisał:„Naród nieznajomy, jak orzeł przyleciał, z pogańskich krajów, wszystko poźrzeć zechciał. W niewinne granice niespodzianie wkroczył, bystrym koniem na nie gromnie przyskoczył. / Tam wsie, domy, zboże i gumna palili, poniekąd kościoły, w popiół obrócili. Szaty, koni sobie i pieniądze zbiwszy, tylko szczerą nędzę w Prusiech zostawiwszy” (fragment ten zaczerpnąłem z nieocenionej publikacji „Borussia. Ziemia i ludzie. Antologia literacka” pod red. Kazimierza Brakonieckiego i Winfrieda Lipschera, Olsztyn 1999).

            Równie straszna szarańcza ze spadła na Prusy Wschodnie podczas I wojny światowej, o czym przejmująco pisze Fritz Skowronek, pochodzący ze wschodu regionu, w „Księdze Mazur”. Te bolesne wspomnienia zawierają sceny rozstrzeliwania cywilów, rabowania, podpaleń, gwałtów, tortur, wypędzeń. Ponieważ znamy późniejszy biegi dziejów, możemy niestety stwierdzić, że Rosjanie się nie zmieniają, bo tak będzie w latach 1944-1945 i w Ukrainie w następnym stuleciu. Również kolejowa historia naznaczona jest piętnem przemocy, o czym przekonamy się wysiadając na ostatniej stacji.

            Przed nami jeszcze osiem kilometrów. Po pięciu za drzewami pokażą się bloki, pod które dojeżdżamy łagodnym skrętem w lewo. To już Ełk Szyba Zachód. Jest tu lokalny przejazd drogowy i miejski las (to on dał pierwotną nazwę przystankowi) i dwie stacje w jednym miejscu, bo naszą od przystanku Ełk Szyba Wschód na linii do Białegostoku przez niegdyś graniczne Prostki dzieli tylko kilkadziesiąt metrów, a budynki stacyjne, można powiedzieć, wręcz opierają się plecami o siebie. Wokół rozrasta się miasto. Konstruuje bloki na progu lasu, penetruje wielkie kontenery ze złomem, pochodzące z legendarnego państwa Rumorum Polonicum, sprzedaje i kupuje węgiel  w tym samym miejscu, co kolejowe bilety. Budka węglowego wygląda niemal tak samo jak budynek poczekalni oraz dworcowa toaleta, tylko one są zaskakująco żółte (i zarażone trądem tynku), a placówka sprzedaży to szary sześcian, przybrudzony czarnym pyłem. Ciekawsze architektonicznie wydają się (szare, a jakże) domy kolejowe: jest wśród nich parterowy mikrus z nietypowym, bo prostokątnym, wolim oczkiem, są piętrowe blokhauzy o naczółkowych dachach, porozrzucane tu i ówdzie na terenie stacji. Ale największą zazdrość budzi widok budynku stojącego przy torze prowadzącym do stacji Ełk Towarowy i fakt, że nigdy tam nie zamieszkam, gdyż lokatorzy mają tam pociągi  dosłownie za ścianą (ach, te przyjemnie wibracje mieszkania, gdy skład toczy się o centymetry!) i na wyciągnięcie ręki (z balkonu albo okna, jak kto woli). Poza tym mamy wokół nijakie domki przedmieść i jeszcze jeden wart odnotowania przejazd  kolejowy z rogatkami.

            Do ostatniego już przystanku w dniu dzisiejszym droga wiedzie przez towarowe bocznice, pod wiaduktem wspólnym dla nas i linii, która dołączyła od wschodu, wzdłuż wagonów z kopalniakami i płotu cmentarza, przy którym ewidentnie akurat doszło do wypadku drogowego, bo policyjne radiowozy, niczym rekiny czujące krew, zebrały się na zakręcie miejskiej drogi. Gapie już zacierają ręce i biegną na miejsce zdarzenia. Jedynie załoga pociągu robi swoje i z arystokratyczną obojętnością ignoruje coś, co jej nie dotyczy. A ja stwierdzam, że tym samym  po raz kolejny ukazuje się wyższość pociągu nad samochodem. Tam bmw nie zmieściło się na drodze, na torach wszystko się zgadza.

            Tego, że Ełk leży na Mazurach i że jest największym miastem tego regionu, dowiedziałem się dawno temu od, pozującego na silnego człowieka, młodocianego boksera z miejscowego klubu, gdy pewnego razu spotkaliśmy się na rowerowym obozie wędrownym. A przypomniałem sobie o tym na kolejowym moście nad rzeką Ełk, gdy uzmysłowiłem sobie, że od reguły Heraklita bywają jednak wyjątki. Bo dokładnie w tym samym miejscu byłem kilka razy: czterdzieści lat temu, w wyobraźni, gdy miasto wydawało się leżeć na końcu świata i na uboczu historii, jak w opowiadaniach Siegfrieda Lenza „Słodkie Sulejki” , w roku 2011, gdy miałem czas, aby po przyjeździe z Korsz i Giżycka odwiedzić tylko dworcowe perony, obecnie, gdy udało mi się  zobaczyć także plac przed stacją, ale już nie reprezentacyjne ulice, prowadzące do stacji. Wiedziałem też, że nic straconego, bo odwiedzę Ełk jeszcze co najmniej dwukrotnie: gdy dotrę tutaj przez Mrągowo, Mikołajki i Orzysz, przeprawiając się przez Wielkie Jeziora Mazurskie, i raz jeszcze, gdy osiągnę wschodnią krawędź mojej wyobrażonej mapy, czyli linię Ełk-Gołdap.

            Obecny wjazd odbywa się  w konwencji religijnej procesji, pośród morza białych kwiatów. Przygląda się temu cichy, krępy gagarin, za tło mający ełckie kamienice oraz szary, czterosekcyjny magazyn z betonową rampą, wieża typu Intze i znjadująca się tuż obok stacja kolei wąskotorowej. Dworzec zaś na nic nie zwraca uwagi, zajęty samym sobą, gdyż ponownie jest remontowany. I jest to remont gruntowny, który potrwa dłużej, niż podnoszenie budynku z ruin po zniszczeniach podczas wstępnej fazy I wojny światowej, gdy stacja i  miasto mocno ucierpiało z rąk Rosjan. Ale też inne są wobec niego wymagania: reprezentacyjność jest mniej ważna niż funkcjonalność i bezpieczeństwo. Czy to dobrze czy źle, nie mi rozstrzygać. Nie irytuję się jednak, gdy widzę przejścia zagrodzone metalowymi barierkami, których jest tu więcej niż pociągów. Zamierzam przyjemnie spędzić czas w towarzystwie bohaterskiego pojazdu spalinowego, który bezawaryjnie pokonał długą trasę, liczącą sto pięćdziesiąt osiem kilometrów, ciągnąc doczepiony wagon pasażerski z jednym, nieco dziwnym podróżnikiem. Wagon, który dostarczył mi przyjemnych, wakacyjnych wrażeń. Znajdującym się w pobliżu dostojnym kamienicom i wyrysowanemu na planie miasta jezioru mówię więc tylko: „Do zobaczenia!”, łudząc się, że może uda się tutaj powrócić zabytkową „petuchą” i rzędem piętrowych wagonów i mając nadzieję, że już nigdy nie powtórzy się sytuacja z lat czterdziestych XX wieku, gdy pociągi z Olsztyna do Białegostoku kursowały przez Ostrołękę, omijając rozebrane linie i zniszczony Ełk.

            Tak oto kończyłem tę podróż. Nieco wcześniej, w sercu Mazur, czyli w Puszczy Piskiej, rozmarzyłem się, tęskniąc za mitem rajskiej krainy, którą dane mi było poznać w młodości. Żeby nie było za słodko, muszę pamiętać, że latają tam groźne gzy wielkości pięciu centymetrów, gleba składa się w stu procentach z piasku, a pośród jezior, pod ciężkimi chmurami w otwartej na wschód przestrzeni, mróz może pojawiać się przez jedenaście miesięcy w roku. Ale przecież nie jestem leśnym konikiem, ani uprawiającym ziemię rolnikiem, ani mazurskim domownikiem, tylko zwykłym podróżnikiem. Niech więc kraina lasów i jezior śni mi się dalej, aż do następnej wyprawy w tamte strony. A pod własnym dachem zastąpi mi je do tej pory książka „Wieczny początek” albo opowieść o architekturze wiejskiej Mazur. I niech mimo nie będzie to powrót do Krainy Nod, o której ze smutkiem pisał Erwin Kruk: „Trawy / Wyrosły nad cmentarzami/ Lecz po tych, co odeszli, / Nie zamknięte wciąż bramy. / I nikt się nie żali, / Gdzie nasza kraina. / Czy mogliśmy tu kiedykolwiek żyć? / Tu, gdzie po naszym życiu /  Ślad się pali?”. Niech przesłaniem pamięci będzie raczej hasło z minionego czasu: „Jeśli doprowadził cię tutaj dobry los, opowiadaj innym o tej pięknej krainie”. I opowiadaj o pociągach, które tam docierają. Najlepiej czytając przy tym wiersze Gałczyńskiego, pachnące księżycem, jeziorem i lasem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *