Pejzaże Kolejowej Prowincji. Linia 51 (281): Chojnice – Nakło nad Notecią, czyli opowieść z Kaszub, Kosznajderii i Krajny albo Faust na Pomorzu

  • by

Trzy podejścia. Tyle trzeba było, aby w miarę dobrze poznać tę linię. Pierwsze było krótkie i dotyczyło w zasadzie tylko Chojnic: miało miejsce w lipcu 2007 roku, gdy zaskoczyła mnie kasjerka sprzedająca bilety, mówiąca, że do Nakła, owszem, pociąg jedzie  zgodnie z rozkładem, ale przez Piłę, czyli niejako okrężną drogą. Musiałem więc poniechać pierwotnego planu. Rozczarowany postanowiłem natychmiast wskoczyć do samochodu i popędzić wzdłuż trasy, liczącej siedemdziesiąt pięć kilometrów, którą przemierzały wówczas z rzadka tylko pociągi towarowe. Taki przejazd odbył się 7 lipca 2008, w pochmurny poniedziałek. Obejrzałem sobie przedtem okazały dworzec chojnicki, który za każdym razem budzi mój podziw. Lubię zwłaszcza postać pod zabytkowym zegarem peronowym, który wydaje się pamiętać początki stacji na Kolei Wschodniej.

            Gdyby pociągi osobowe wciąż odjeżdżały z Chojnic  na południe, pierwszy ruszyłby o 434 (jechał dwie godziny bez dwóch minut), ostatni o 2155 (jechał dwie godziny bez dwunastu minut). W sieciowym rozkładzie jazdy jest to linia z/do Kościerzyny, ale w opracowaniach historii kolei łatwiej znaleźć ten szlak jako kolej oleśnicką. Jej historię opisują więc wybiórczo Ślązacy, Wielkopolanie, mieszkańcy Krajny, Kosznajderii i Kaszub, bo przebiega przez kilka regionów. Pora zatem scalić rozproszone opowieści, koncentrując się na odcinku, który powstał w 1894 roku, czyli Chojnice – Nakło nad Notecią. Pierwotnie podróżował nim przede wszystkim węgiel oraz cztery pary pociągów osobowych, a w roku 2008 przyszła moja kolej.

            Przejazd trzeci i najważniejszy, miał miejsce osiem lat później. Już miały się kończyć te udane wakacje, ale ogłoszono, że z Chojnic odjedzie pociąg specjalny. Nie mogło mnie  w nim zabraknąć. Tym bardziej, że był to powrót  na trasę, której nie udało się wcześniej zbadać. Wyprawa ta odbyła się więc 29 sierpnia 2015 roku, w sobotę, ciepłą, ale już nie upalną, choć w południe temperatura wynosiła przyjemne 25 stopni. W sam raz, by wsiąść do pociągu i podziwiać widoki. Poniższa relacja zbudowana będzie dwutorowo: doświadczenia z lat 2008 i 2015 będą się przenikać, aby stworzyć jak najwierniejszy obraz podróży.

            Jednak najpierw należało dojechać do Chojnic, odwiedzić hotel, a na koniec wydostać się z bunkra. Tym razem do „bramy Pomorza” dostałem się od wschodu, to znaczy ze Starogardu. Ponieważ był już ciemny wieczór (pociąg ruszał o 2008), nie mogłem podziwiać widoków na drugiej nitce Ostbahnu, więc zacząłem obserwować podróżnych. Nie wiem, czy do takiej grupy mogę zaliczyć pijaczków na dworcu w stolicy Kociewia. Hałaśliwą gromadą zablokowali wejście do tunelu pod peronami i niechętnie ustępowali miejsca, gdy dwie rodziny poprosiły o przejście. Patrząc na pobazgrany sprejem dworzec, zastanawiałem się, czy ludzie to zwierzęta społeczne, czy jednak bardziej terytorialne. Nie mogłem wtedy tego wiedzieć, ale na szczęście obiekt kolejowy zostanie za kilka lat odnowiony, a jego bezpieczeństwo wzrośnie dzięki ulokowaniu w pobliżu stacji posterunku straży miejskiej. W pociągu zaś spotkałem tłum pasażerów. Już chyba zaczęły się powroty z letnich wojaży, a w dodatku był to piątek przed ostatnim weekendem wakacji. Na pokładzie rzucali się w oczy harcerze, gromadnie stojący przy drzwiach i coś śpiewający. Ale pieśń urwała się po otwarciu drzwi, gdy potoki pasażerów próbowały się przecisnąć do wyjścia, napotykając nerwową gromadkę wsiadających, którym spieszno był zająć miejsce w środku. Jak zwykle udało się pogodzić sprzeczne interesy dwóch grup: nikt nie płakał, że nie zdążył wysiąść, nikt też nie musiał biec za pociągiem do następnej stacji. Rozczarowali się jednak ci, którzy sądzili, że mając bilet mają też gwarancję miejsca siedzącego. Ja nie narzekałem, bo przecież stojąc mogłem więcej dostrzec. Widziałem więc kierownika pociągu, mozolnie przeciskającego się wzdłuż pojazdu i sprawdzającego bilety. Ja swój kupiłem dopiero za Zblewem (kasa na dworcu wieczorem była nieczynna), w związku z tym wiem, że bilet do Chojnic z nauczycielską zniżką kosztował wówczas niespełna dziesięć (9,78) złotych za pięćdziesiąt siedem kilometrów jazdy.  A w zatłoczonym pociągu większość ludzi próbowała demonstrować splendid isolation: niektórzy albo patrzyli pustym wzrokiem w nieokreśloną przestrzeń przed sobą,  używali laptopa, wklejali wzrok w ekran smartfona, drzemali z zamkniętymi oczami w pozie fakira na gwoździach. Kilka osób podtrzymywało jednak więzi społeczne, rozmawiając o czymś cicho. Nie zauważyłem, by ktoś coś czytał; najwyraźniej prawa statystyki mówią, że 40% Polaków  lubiących to zajęcie nie podróżuje w piątkowe wieczory pociągami, za to widziałem kilka osób pijących piwo. Przykład dawali kolejarze, tradycyjnie wracający darmową taksówką do domu po służbie. Byli to ludzie miłosierni, bo puste butelki łaskawie zostawili dla zbieraczy. Harcerze wysiedli w Czarnej Wodzie, a reszta na stacji końcowej i pociąg opustoszał. Jakaś część podróżnych przyjechała tu chyba, aby skorzystać z usług huczącej w pobliżu dworca dyskoteki, bo przecież to już wakacyjne ostatki i trzeba do końca wycisnąć maksymę carpe diem.

            Ja udałem się do innego przybytku, w którym jednak też słychać było muzykę z owej dyskoteki. Jednak hałasy nie przeszkadzały mi zbytnio, bo zajęty byłem podziwianiem. Wymienię niektóre elementy warte obejrzenia: staruszka-fasada, która miewa się dobrze; eleganckie balkony z widokiem na stację kolejową; okazała szyba restauracji; zabytkowe wnętrza; obrazy na ścianach pokoi, kto wie, czy nie równie wiekowe jak sam obiekt; . W  hotelu „Polonia” (poprzednia nazwa to oczywiście „Bahnhofshotel”) na ulicy Dworcowej doświadczyłem ponadto dwóch  rzeczy: kontaktu z historią, bo to obiekt zabytkowy, a jego nazwa wskazuje, że był elementem „najdłuższej wojny nowoczesnej Europy”, czyli walki z germanizacją w zaborze pruskim oraz odprysków wojny. Od roku trwał już wtedy najazd Rosji na Ukrainę, dlatego w hotelu znaleźli schronienie uchodźcy z napadniętego państwa, obecnie pracujący w Polsce. Szefowa kuchni wszystkich nas uraczyła smaczną jajecznicą już o szóstej rano, bo tego dnia musieliśmy zerwać się ze snu wcześnie. Ja oczywiście obowiązków nie miałem, ale koniecznie chciałem zdążyć na pociąg, zanim ten ruszy z Chojnic do Nakła, a po drodze nie mogłem przecież ludziom zakłócać podróży burczeniem pustego brzucha. Miałem również zamiar sprawdzić, czy tajna ścieżka, prowadząca na stację od strony ulicy Nad Dworcem nadal istnieje. Okazało się, że tak. Ucieszył mnie ten fakt, podobnie jak to, że dworzec od tamtej strony wciąż prezentuje się nad wyraz okazale, pokazując to, co ma najpiękniejsze i niepowtarzalne zarazem: charakterystyczną białą wieżę, przeszkloną wiatę nad podziemnym korytarzem, bardzo stylową,  stary zegar i jeszcze chyba starszy żuraw wodny ze starożytną inskrypcją  Krausewerk Neusalz (Oder).  

            A poza tym miałem do wykonania pewne ćwiczenie filozoficzne. Udałem się mianowicie do słynnego bunkra atomowego na stacji w Chojnicach, aby przypomnieć sobie życiowe priorytety. To ćwiczenie wyobraźni jest dosyć proste: wystarczy posiedzieć kilka minut w ciszy i ciemności, a następnie pomyśleć, że cały twój świat znika bezpowrotnie w kilkadziesiąt sekund w wyniku wybuchu bomby jądrowej. Kogo i czego najbardziej wtedy byłoby ci żal? Bunkier, znany z filmu dokumentalnego z lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, gdy zimna wojna trwała w najlepsze, w kilka chwil pozwala przywrócić właściwą hierarchię wartości, niezależnie od tego, czy twoje życie jest szczęśliwe czy traumatyczne. Z tak oczyszczoną głową i podróżuje się lepiej, i żyje bardziej etycznie. Na koniec ćwiczenia dobra wiadomość: zasadniczo nie wymaga ono metrów betonu nad głową, wystarczy jakiekolwiek odosobnienie. Chociaż gdyby ktoś koniecznie chciał zamknąć się w bunkrze, jest to możliwe, bo na stacji takich obiektów jest więcej, choć nie jestem pewien, czy wszystkie są dostępne.

            Osoby strachliwe jednak powinny Chojnice omijać szerokim łukiem, bo miejsce to różne armie wybierały sobie na miejsce potyczek i bitew. Wrażliwcy do dzisiaj słyszą wycie średniowiecznych psów, ucztujących na kościach polskich i krzyżackich rycerzy, poległych w dramatycznej walce w 1454 roku. Miejsce bitwy nie zostało dokładnie określone ani przebadane, więc łowcy historii mają tutaj wdzięczne pole działania.

            Miłośnicy kolei także lubią to miejsce. Dzisiaj czeka na nich spalinowa lokomotywa z wielkim banerem reklamowym na czole „W radiu PiK lepiej widać” i wagonami typu „bonanza”. Zanim do jednego z nich wsiadłem, przestawiłem zegar w aparacie, który zmyłkowo wskazywał czas zimowy. W środku zaś spotkałem malarza i poetę oraz fana kolejnictwa Dariusza Krzyżelewskiego z Koronowa oraz Rafała Wąsowicza, głównego organizatora imprezy, który mnie także mnie rozpoznał (po okularach) i serdecznie powitał. Pociąg specjalny tymczasem stał na peronie pierwszym, a wokół niego kręciły się tłumy podekscytowanych fotografów. Moją uwagę przyciągnął duży fiat, z którego bagażnika sprzedawano bilety na przejazd jak niegdyś mięso w PRL-u. Ja swój już miałem, więc dołączyłem do zadowolonych pasażerów siedzących na dermie. Na dworcu posiedzieć się nie dało, bo: „Klucz od pomieszczeń poczekalni znajduje się u dyżurnego ruchu peronowego.  Peron III. Za utrudnienia serdecznie przepraszamy”.

            Najstarsi spośród obecnych wspominali, że kiedyś za oknami zobaczylibyśmy brzuchatych, umundurowanych panów z sumiastymi wąsami (nie wiem, czy chodziło o tych, którzy pracowali tu przed I wojną światową, czy polskich celników z okresu międzywojennego), parowozy Ol49, jadące w sześciu kierunkach, w tym do Szczecina, Gdyni i Bydgoszczy. Bo trzeba dodać, że pomiędzy 1871 a 1902 rokiem do Chojnic przyłączano nitki kolejowe ze Złotowa, Runowa Pomorskiego, Tczewa, Laskowic Pomorskich,  Nakła nad Notecią i Bytowa. Ale ten rozmach już raczej nie wróci. Bo i górka rozrządowa już pusta, wiadukty usychają z nudów, wieża wodna nie pracuje, budynki mieszkalne częściowo sprywatyzowane, lokomotywownia pracuje na pół gwizdka, spedycja towarowa i magazyn porastają kurzem. Za to wciąż podziwiać dworzec z żółtej cegły, zbudowany w drugiej połowie 1871 roku ponoć przez dwustu najętych ludzi. Od początku były w nim kasy biletowe, przechowalnia bagażu,  poczekalnia, restauracja, urząd pocztowy i zakład fryzjerski dla elegantów na parterze oraz biuro stacyjne i mieszkanie zawiadowcy na piętrze. Pamiętać jednak należy, że wiele pomieszczeń już opustoszało. Tylko czasem maniacy w nich szukają ducha dawnej kolei. Ale dość wspomnień, bo teraźniejszość czeka.

            Pociąg wystartował z opóźnieniem, bo podobno wlano do niego za mało paliwa, ale w końcu drgnął i ruszył w trasę. Minęliśmy zatem wieżę ciśnień, pozbawioną dachu, podwójny wiadukt, chwilę wcześniej podziwiany z balkonu hotelu, wielką nastawnię, będącą jednym z symboli kolejowych Chojnic. Po prawej stronie świeciło na biało miasto, a my dla zabawy próbowaliśmy zgadnąć, na który z torów skręci nasz skład, bo do wyboru miał linie do Człuchowa i Piły. Było tak wesoło, że nie zapamiętałem ostatecznie, kto wygrał. Wiem natomiast, że przez chwilę znowu zapanował nastrój grozy, ponieważ jadąc w stronę Nakła, trzeba minąć wiadukt w Angowicach, na którym polska artyleria 1 września 1939 roku dosłownie rozstrzelała niemiecki pociąg pancerny PZ3, którego załoga przez kilka godzin okupowała chojnicką stację. Podziurawiony wrak podobno nadal pokazuje się na torze w ponure noce, gdy nad okolicą wyją jesienne wichury. Ale dzisiaj go nie ma, tak jak nie pojawił się siedem lat wcześniej podczas pierwszej podróży tym szlakiem.

            Za to pojawiła się kraina zwana Kosznajderią. Stworzyli ją w wielu etapach Pomorzanie, Krzyżacy, Czesi i Polacy. W XII wieku tereny te w niszczącym pochodzie na Gdańsk plądrowali rycerze księcia Bolesława Krzywoustego. W czasach samodzielności Pomorza Gdańskiego między Chojnicami, Tucholą i Kamieniem Krajeńskim osiedlali się Kaszubi, Borowiacy, przybysze z południa oraz osadnicy z krajów niemieckich. W czternastym wieku teren ten znalazł się w granicach państwa krzyżackiego. Zniszczyły go znacznie wojska polskie i krzyżackie w czasach Władysława Łokietka, a część ludności zapewne uciekła przed działaniami wojennymi. Sto lat później (z okładem) od zachodu nadjechały czeskie wozy bojowe i wespół z Polakami ponownie tak przeorały tę ziemię, że nie został tutaj kamień na kamieniu, a we wsiach żywa dusza. Władcy państwa zakonnego sprowadzili więc dużą grupę osadników z Dolnej Saksonii. Wrośli oni w krajobraz tego pomorsko-wielkopolskiego pogranicza. Historia jednak postanowiła spłatać im przykre figle: na początku XVI stulecia Krzyżacy porzucili dotychczasową religię i nagle katoliccy Kosznajdrzy znaleźli się na samotnej wyspie pośród luterańskiego morza. Jeszcze okrutniejszym żartem miała się okazać zmiana granic w 1920 roku, gdy mieszkańcy Kosznajderii  znaleźli się na cenzurowanym jako Niemcy na polskim Pomorzu. Ponieważ jednak byli już dobrze zintegrowani z miejscową ludnością, przetrwali do końca II wojny światowej. To od początku był dla nich dramatyczny czas:  na zachodnich obrzeżach krainy ciężkie walki z niemiecką 20. dywizją piechoty zmotoryzowanej toczyli ułani z 18. pułku, niemiecki  pociąg pancerny wjechał  do Chojnic, a jego drezyna bojowa dotarła do Rytla, ale tam skończyła karierę. W centrum  polscy piechurzy, siedzący w bunkrach koło Drożdzienicy, wybijali zęby niemieckiej 2. dywizji zmotoryzowanej.  Ale losy bitwy rozstrzygnęły się na południu, gdy nad Brdą śmiertelny cios zadała obrońcom 3. dywizja pancerna z korpusu  dowodzonego przez Hansa Guderiana. Po rozbiciu Armii „Pomorze” i zajęciu terenu przez Niemców niemal natychmiast zaczęły się egzekucje polskich sąsiadów w licznych miejscach kaźni.

            Ostatni akt dramatu historycznego wyreżyserowali na Kosznajderii komuniści, którzy zdobyli w Polsce władzę, tworzący na polecenie Wielkiego Brata ze wschodu państwo jednolite etnicznie. Znaleźli nawet dogodny pretekst: ponieważ w latach 30. XX wieku na przykład około 40% ludności powiatu sępoleńskiego identyfikowało się jako Niemcy, do roku 1950 zmuszono Kosznajdrów – via obóz karny w Potulicach – do wyjazdu za Odrę. I tak powstała ta Atlantyda, o której pisałem w jednym z wcześniejszych odcinków „Pejzaży Kolejowej Prowincji”. Została po niej garść nazwisk pomorskich: Prill, Ruhnke, Gatz, Rhode, Wollschleger, Semrau, Nelke czy Musolf, by wymienić tylko te częściej spotykane. Pozostała również część kultury materialnej, na przykład ryglowy kościół w Ostrowitem, nazywanym stolicą Kosznajderii.

            Ale to miejscowość położona nieco dalej na wschód, poza zasięgiem kolejowego szlaku. My zaś toczymy się przez pola. I nagle na jednej z polnych alei pojawia się fotograf, budzący entuzjazm wśród części pasażerów. Nic dziwnego, bo to także maniak kolejowy, który zapragnął uwiecznić pociąg osobowy na trasie, na której nie widziano takowego od lat. Miejsce także wybrał nieprzypadkowo, bo po chwili skład wtoczył się w bór sosnowy, jeden z nielicznych na tym obszarze mapy, i zniknął z pola widzenia. I tak sobie skakał przez połacie lasu wśród wielkich pól, mijając samotne gospodarstwo, pradolinę wyschniętej rzeki, przecinając szosę.

            Po raz pierwszy zatrzymał się w Ogorzelinach, dziesięć kilometrów od stacji początkowej. Była 815, doskonała pora, aby cieszyć się życiem na kolejowym szlaku. Można tu podziwiać ryglowy kościół podobny do tego z Ostrowitego, tylko mniej znany. Stacja jest już opuszczona (w części służbowej),  z peronów wieje smutkiem pustki, ale ślady kolejowej cywilizacji są wciąż wyraźne. Widziana z torów wieś rozciąga się po lewej,  można do niej dojechać garbatym brukiem. Po prawej stronie stoi zaś dom kolejarzy. Starając się ująć całość kadru, kolejowi maniacy wylegli na trawiasty peron i ćwiczą intensywnie, wykonując rozmaite figury gimnastyczne. Organizatorzy krążą wśród pasażerów i rozdają broszury kampanii „Tiry na Tory”. Sądzę, że nikogo z obecnych na pokładzie nie trzeba przekonywać, że transport kolejowy powinien mieć poważny udział w przewozach towarowych, bo dzięki temu mogłyby funkcjonować także linie pasażerskie.

            Nacieszywszy się pobytem w Ogorzelinach, ruszamy w dalszą drogę. Posuwamy się wzdłuż kolejowego bruku, mając wokół siebie pola. Na nich niespiesznie podskakuje traktor, krążący wokół niewielkiego lasu. A po chwili widzimy grupę zdumionych wieśniaków, obserwujących pociąg pełen ludzi. Za ich plecami ciągnie się polna aleja. Zastępują ją stojące w grupie brzozy i duże stado krów.

            Natomiast zbliżające się wzniesienia i las to słynny obwód łowiecki, do którego ponoć w latach siedemdziesiątych XX wieku ekipa Edwarda Gierka specjalnie zaprosiła przedstawicieli koncernu Fiata, aby po udanym polowaniu byli bardziej skłonni sprzedać Polakom licencję na „malucha”. Inaczej mówiąc, symbol polskiej motoryzacji narodził się w Górach Obkaskich. Jeśli ktoś się śmieje, że nie ma takich gór, niech spojrzy na mapę.

            A nazwa tego miejsca to właśnie Obkas. Trzynasty kilometr szlaku dysponuje skrzyżowaniem betonowego bunkra i wiaty z żelbetonu, nieco przypominającego publiczną toaletę. Stoi to w pobliżu zarośli i jest przystankiem kolejowym. Na leśnym peronie nigdy chyba nie było takich tłumów jak dziś i nigdy chyba nie powstało tutaj tyle zdjęć. Niby nie ma czego fotografować, ale aparaty pracują intensywnie. Dużo lepsze wrażenie na obserwatorach zrobiłby neogotycki kościół, mimo że z jego dachu wyrasta sporych rozmiarów brzózka, spokojnie rosnąca tam od wielu lat. Ciekawe, że nikt wówczas nie wydawał  się tym przejmować.

            Dalej jedzie się przez niewielki placek lasu. Inny zaś garbi się na zachodnim horyzoncie. Mijamy wielką stodołę, pękatą od żniwa i podziwiamy piękną okolicę. Na polnym przejeździe radośnie machają do nas ludzie, cieszący się z przejazdu pociągu na martwej na co dzień trasie. Gdzieniegdzie czepiają się nas krzaki, które przeoczyli czyszczący torowisko ochotnicy. Od zachodu zbliża się jezioro, za którym na południu posadzono miasto.             Warto także spojrzeć w kierunku wschodnim, bo tam znajduje się wieś Duża Cerkwica, w której w 1454 roku szlachta wymogła na królu Kazimierzu Jagiellończyku szereg przywilejów. To stąd armia polska wyruszyła ku nieszczęsnej bitwie pod Chojnicami, w której władca niemal postradał życie. Miejscowość znana jest także z pięknego kościoła szachulcowego, wznoszącego się na wzgórzu oraz średniowiecza wciąż pracującego nad rzeczką.

            Przy słupku hektometrowym 292 (prawdopodobnie pokazującym odległość nie od Oleśnicy, ale od Krotoszyna, żeby było śmieszniej) funkcjonuje most kolejowy z odgryzionymi przez nieznanego osobnika barierkami z obydwu stron nad płynącą w tym miejscu przez las Kamionką. Tutaj urządzono kolejny fotostop. Podobno obecnie takie akcje są już wykluczone podczas przejazdów turystycznych. Wtedy także zadbano o względy bezpieczeństwa: pierwszy na tor wyskoczył organizator. I już można było podziwiać leśną rzekę, rozprostować nogi i pospacerować po moście, sprawdzić, czy ma się lęk wysokości. Następnie miał miejsce sprawdzian sportowy: wsiadanie do pociągu okazało się w tym miejscu wcale nieproste, gdyż należało podciągnąć się na poręczy, przedtem wiele lat ćwicząc to na drążku. Jakoś jednak wszyscy pasażerowie znaleźli się w środku, lokomotywa radośnie gwizdnęła i ruszyliśmy dalej.

            Pokonaliśmy rozlewisko utworzone przez zjednoczone siły natury, czyli rzekę oraz jezioro Mochel, i znaleźliśmy się na rogatkach Kamienia Krajeńskiego, leżącego dziewiętnaście kilometrów od Chojnic. Wtedy dopiero dowiedzieliśmy się, że na mokradłach niekiedy spotkać można złośliwą nimfę, co to lubi utopić kogoś od czasu do czasu i że niebezpiecznie zatrzymywać się na dłużej nad wodą, tak jak my to niedawno zrobiliśmy. Uznaliśmy jednak, że ta legendarna istota na pewno dybie tylko na potomków tych, który ją niegdyś skrzywdzili, więc byliśmy i jesteśmy bezpieczni. Oddaliśmy się zatem ucztowaniu na stacji, czyli podziwianiu infrastruktury.            

            Dworzec tutejszy w znajduje się za przejazdem, a jego sąsiadami są młyn i magazyn. Istnieje w tym miejscu jeszcze jakaś forma kolejowego życia: na rampie stoi wagon towarowy, pełniący rolę przechowalni nawozów bodajże. Poza tym na ulicy Dworzec 4 ciekawostką jest to, że w budynku stacyjnym mieli do niedawna powszechnie dostępny telefon, o czym informuje stosowna tablica. Widoki  stronę Chojnic i Sępólna z perspektywy podróży pociągiem nie napawają szczególnym optymizmem, dlatego kolejna grupa maniaków zdjęcia zrobiła nam jeszcze przed stacją. Ale kto zechce, ten mimo wszystko znajdzie tutaj sporo perełek: betonowe resztki być może są reliktem zasieków węglowych, zarośnięta rampa wciąż zaznacza swoją obecność, przyjemny budynek dworca wciąż nosi napis, niedaleko stoi bladoróżowy dom kolejarzy, a mimo wysokiej trawy na peronie bez większego trudu można zidentyfikować zwrotnicę. Ci, którym nie chciało się wychodzić, z okien wagonu również mają atrakcyjny widok, bo tuż za stacją ciągną się pola i malownicza aleja.

            Nie ma tu już pociągów, ale miasteczko jakoś żyje. Atrakcjami są tu malownicza dolina Kamionki i rowerowy szlak turystyczny „Naszyjnik Północy”. Nazwa miejscowości wskazuje, że opuściwszy Kosznajderię, wjechaliśmy niepostrzeżenie na teren Krajny. Określenie to jest istotnym dowodem, że w XII wieku wojska Bolesława Krzywoustego brutalnie sobie musiały poczynać na terenie zdobywanego Pomorza, skoro mimo barier geograficznych region ten zalicza się pod względem kulturowym do Wielkopolski. Najwyraźniej część ludności miejscowej została wyrżnięta, sprzedana w niewolę albo uciekła, bojąc się o swoją przyszłość. No i tak zostało: geograficznie Krajna leży na Pomorzu, administracyjnie dłużej związana była z Poznaniem. Gdyby, obracając się ruchem wskazówek zegara, chcieć wskazać jej naturalne granice, będą to na północy rzeki Kamionka, Dobrzynka i Orla, na wschodzie Brda, na południu Noteć, a na zachodzie Gwda. W przybliżeniu daje to czworoboczny kształt, jaki widzimy w herbie regionu, czyli Rodła. Jego ozdobą jest dwanaście nie za dużych miast, takich w sam raz do życia. Położenie na styku dwóch starych dzielnic (Pomorza i Starszej Polski) oraz dwóch kultur (polskiej i niemieckiej) sprawiło, że ponoć w gwarze krajeńskiej słychać i elementy pomorskie, i wielkopolskie, i Platdeutsch, o ile gdzieś jeszcze ta gwara żyje. Akurat z tego regionu nikogo nie znam. Wierzę jednak, że miłośnicy swych małych ojczyzn obecni są także nad  rzekami Krajny.  

             I nacieszywszy się pobytem w Kamieniu i zaczerpnąwszy odrobinę wiedzy, razem z innymi ruszam dalej. Pociąg przecina przejazd, mija ruinę magazynową i nasyp przed lasem, przez który następnie wolno się toczy, już od przystanku w Obkasie prędkość szlakowa ograniczona jest do bodajże 20 kilometrów na godzinę. Teren także sprzyja medytacyjnej jeździe, bo przeplatają się w nim pola i nieduże obszary leśne, od czasu do czasu zadudni pod kołami przejazd z betonowych płyt, nad pociągiem przelecą żurawie, przeskoczy przed nim sarna czy zając, spłoszone niewidzianym od lat wehikułem. Patrząc na te zwierzęta i mierząc to wydarzenie miarą ich  życia, stwierdziłem, że mógł to pierwszy i zarazem ostatni dla nich widok kolejowego składu pasażerskiego.

            Za plackami lasu, zostawiając miasto po zachodniej stronie, pozdrowiliśmy mieszkańców samotnie siedzącego gospodarstwa, urządziliśmy na nasypie kolejny fotostop, którego największą atrakcją był najazd pociągu w kierunku grupy fotografów. Odbyło się to w atmosferze młodopolskiej melancholii, ponieważ po polach, widocznych w kadrze, snuły się już jesienne mgły. Za moment przełamał ten nastrój niespodziewany w tych okolicach obiekt w postaci ceglanego domu wiejskiego.

            Aby nie zgubić drogi, bo posterunki dróżników nie działają od dawna, jechaliśmy wzdłuż szosy prowadzącej do Bydgoszczy i już po siedmiu kilometrach ujrzeliśmy następną miejscowość, w której powinien zatrzymać się nasz pociąg. To Sępólno Krajeńskie. Z ulicy Dworcowej można szybko dojść na stadion tutejszego klubu sportowego, ale oczywiście dopiero po zwiedzeniu stacji. Dworzec wykonano z drewna, tworząc  konstrukcję barakową, ustawioną wzdłuż osi toru. Teren stoi sobie pusty i cichy, powoli przyłączany do królestwa ślimaków, które już dokonały inwazji na torowisko. Do mojego kolejowego lapidarium zabieram z Sępólna nakrapiany ładnie kamyczek. Będzie mi towarzyszył na dalszych etapach tej podróży i tak polubi jazdę pociągiem, że postanowi w zostać w wagonie na zawsze. Z pamiątek niematerialnych pozostało mi za to zdjęcie ulicy Kolejowej z pięknymi lipami.

            Sądzę jednak, że uczestnicy przejazdu specjalnego mają zupełnie inne wspomnienia z odwiedzin tej stacji, bo w Sępólnie na stację wyszło całe miasto. Gdy skończył się bruk i skład zatrzymał się na peronie, powitano nas napadem na pociąg wykonaniu kowbojów, a  także muzyką i tańcem dziewcząt w westernowych strojach. Zagrano nam i zaśpiewano, nic dziwnego, że sesja fotograficzna była bardzo dłuuuga. Później miał miejsce pokaz kolejowy: staliśmy sobie w cieniu lokomotywy i patrzyliśmy ciekawie na stare, zardzewiałe tablice, zmurszały ze starości kozioł oporowy oraz na dyżurną ruchu w klasycznej czerwonej czapce odzyskanej zapewne z jakiegoś muzeum. Na koniec w roli głównej wystąpiła lokomotywa spalinowa, która dymiąc wykonała energiczny najazd na grupę widzów, stojących na peronach. To było zachwycające!

            Planowany odjazd z Sępólna przewidywany był o 915, ale nastąpił trzy kwadranse później i nikt nie miał o to pretensji. Atmosfera była nader sympatyczna, a radość z przyjazdu pociągu niekłamana. Wielu mieszkańców zdecydowało się na kupno biletu i wejście do wagonu, by choć przez chwilę poczuć rytm kolejowej podróży. Za to parę osób w badejkach, jadących tak od Chojnic, szybko pobiegło w stronę jeziora, aby się orzeźwić w jego falach. Nawet węglarze zrobili sobie z nami zdjęcie, a jeden z kowbojów długo pędził za nami na koniu, powiewając kapeluszem, gdy niechętnie ruszyliśmy ku następnym przygodom.

            Być może to ktoś z mieszkańców miasta doradził organizatorom, by zaraz po minięciu białego domu stacyjnego i okazałego budynku na wyjeździe zatrzymać się w pobliskiej dolinie. Tak, w tym miejscu koniecznie trzeba oddać hołd lodowcom. Pociąg zatrzymał się na nasypie, z którego o prawej widzimy bloki Sępólna i wiadukt nad polną drogą, po lewej jezioro, most nad Sępolenką. Naprawdę urocze miejsce! Pociąg cieszy się razem z nami, cofa się, dymiąc intensywnie, i nadjeżdża z impetem, a my jemu i sobie robimy zdjęcia, patrząc ku słońcu i stojąc na piaszczystych pagórkach obok polnej drogi. Później wspinamy się na stromy nasyp po tajemniczych schodkach, a kierownik nas pogania, bo rozkład jazdy już dawno unieważniliśmy i w związku z tym mogą nas nie wpuścić na stację w Nakle. Z pociągu robię jeszcze fotki malowniczego wiaduktu i widocznego za nim miasta. Rzut oka na Sępólno, rysujące się za doliną, sprawia, że pomyślałem: „Tutaj Faust mógłby wyrzec się duszy i zapragnąć, by moment ten trwał wiecznie”. Przyznam, że i ja przez chwilę chciałem zostać tutaj na dłużej albo i na zawsze. Zadrzewiona część mojej duszy najwyraźniej poczuła się tutaj jak w domu. Tylko musiałbym cofnąć się w czasie, tak do wczesnego średniowiecza, gdy jeszcze tereny te było gęsto porośnięte lasem, bo część północna Krajny była przedłużeniem Borów Tucholskich, a południowa wchodziła w zasięg Puszczy Nadnoteckiej.

            Musiałem jednak zadowolić się niedużym laskiem za doliną i garbatymi polami oraz świadomością, że znajdujemy się w samym sercu parku krajobrazowego. I w takim miłym nastroju minęliśmy bez zatrzymywania przystanek Świdwie Sępoleńskie, stanowiący jedną z lingwistycznych zagadek na kolejowych szlakach. W archiwalnym rozkładzie jazdy, tu, gdzie do trzydziestu brakuje jednego kilometra, umieszczono taką właśnie nazwę. Tymczasem na lokalnej mapie stoi –  Świadwie, a dopiero duża wieś, leżąca jakieś dwa kilometry dalej na południe, nosi nazwę Świdwie. Nie dam głowy polonisty, która jest właściwsza. Tym bardziej, że podczas przelotu przez stację mignęła nam za oknami tylko stara szkoła i tradycyjnie wykładany betonowymi płytami przejazd, a na trójczłonowym budynku dworcowym z żółtej i czerwonej cegły (bardzo mi jej brakowało na tej trasie) nie sposób było odczytać napisu.  

            Mkniemy przez pola, budząc sensację na piaszczystych drogach. Ludzie odrywają się od pracy i pospiesznie robią zdjęcia. Oto pośredni dowód, że nie tylko jadący w wagonie tęsknią za pociągami. Machamy do mieszkańców starej szkoły, stojącej pod lipami i do buszujących w ogrodzie tuż obok. Tymczasem pociąg komponuje widokówkę, dokładając a to dom na przejeździe polnym, las z samotnym gospodarstwem, ładne poniemieckie domy, polne pagórki. Idyllę chwilowo kończy rozkopane pobocze skrzyżowania, co oznacza, że w ładny pejzaż wdarła się jakaś skaza.

            Ale pięć kilometrów za przystankiem, na którym się nie zatrzymaliśmy, znajduje się stacja Wysoka Krajeńska. Gdybym nie trafił tutaj przed siedmiu laty, być może nie zauważyłbym, że najbardziej przyciąga tutaj wzrok zielonkawy budyneczek dawnej wygódki kolejowej. Nie powinno to nikogo dziwić, gdyż „dworzec” to parterowy ni to barak, ni to obiekt murowany. Gdybym miał dokonać analizy stylistycznej, jest jakiś  schyłkowy Gierek, ten wyczerpany spłacaniem kredytów zagranicznych i nader oszczędny jak jego poprzednik, czyli Gomułka. Ładny jest za to bruk drogi dojazdowej, która otacza stację, przechodząc łukiem za wysokim wzgórzem (tam zresztą ukrywa się główna część wsi). To wszystko odtwarzam z pamięci, gdyż w 2015 roku, nadrabiając opóźnienie, również Wysoką minęliśmy w pędzie. Tu przed laty zrobiłem nagranie, którego nie pamiętam: czy było to kilka minut z życia sennej stacji, czy najazd lokomotywy.  Tutaj także sportretowałem pieska brukowego, pilnującego skraju drogi, gdyż pomyślałem, że stworzenia stacyjne na ogół umykają uwadze podróżnych, więc należy im się choćby takie skromne zadośćuczynienie.  

            To samo dotyczy ludzi, których pracy zawdzięczamy szlak z Chojnic do Nakła. Niestety są dla mnie całkiem anonimowi. Kiedy patrzę na ich twarze na zdjęciu, widzę mężczyzn w średnim wieku oraz grupę trzydziestolatków, upozowanych zgodnie z zasadami hierarchii, obowiązującej na kolei: inżynier w białej koszuli z eleganckim krawatem tkwi w samym środku grupy, w dodatku w kabinie lokomotywy. Reszta albo stoi na nasypie, albo siedzi u jego podnóża. I paradoksalnie ci stojący są ważniejsi od siedzących, chociaż w tradycyjnym malarstwie portretowym przez całe stulecia było odwrotnie. Bo na fotografii siedzą najmłodsi członkowie zespołu roboczego, którzy nie mają jeszcze prawa nosić wąsów. Żaden z mężczyzn nie jest też brodaty, co oznacza chyba, że taki zarost był dozwolony wyłącznie osobom w podeszłym wieku  na emeryturze. Na zdjęciu, zrobionym przed stu laty podczas budowy jednej z kociewskich linii kolejowych, pracowników jest około dwudziestu. Mają najprostsze narzędzia (łopaty, szpadle, kilofy, drągi), podniszczone obuwie, jeden chyba ma nogi obwiązane jakimiś szmatami, noszą zwyczajne, męskie ubrania (marynarka, kamizelka, koszula, długie spodnie o  szerokich nogawkach), w jakich polska wieś chodziła na co dzień, kilku najwyraźniej marynarkę zastępuje wojskową bluzą z demobilu, wszyscy głowy obowiązkowo nakrywają okrągłymi czapkami z daszkiem (chyba tylko małe dzieci mogą w tamtym świecie chodzić z odkrytą głową). Dłoni tych mężczyzn nie widać wyraźnie, ale z łatwością można się domyśleć, że są spracowane, sękate, a uścisk palców – żelazny. Takim właśnie ludziom zawdzięczam (nie tylko ja, rzecz jasna) chwile radości na kolejowych szlakach. Budowanie linii było trudną pracą, ale wykonali ją rzetelnie, za co niniejszym składam im symboliczne podziękowanie i wyrazy szacunku.

            Ale rozkład jazdy ma swoje prawa i za chwilę będziemy musieli opuścić stację w Wysokiej Krajeńskiej. Zdążyłem jeszcze przed wyjazdem zanotować, że na początku 1919 roku dotarł tutaj oddział powstańczy (ponoć była to kompania kłecka), akcentując w ten sposób przynależność miasta i okolicy do Wielkopolski. Ten epizod, podobnie jak w Czersku, nie zmienił jednak faktu, że północna granica frontu polsko-niemieckiego przebiegała zasadniczo wzdłuż Noteci.

            A my odkreślamy tę część wakacyjnej przygody kolejowym brukiem i polną drogą, idącą w dal. Na chwilę chowamy się w cieniu lasu, później znowu wygrzewamy w słońcu, tak jak drzewa, co na polach siedzą, lasy na pagórkach i piaszczyste skarpy na poboczu toru. Tor na mapie oraz w terenie wdzięcznie się wygina w kierunku zachodnim i wtedy robiący nam z przejazdu zdjęcia amator kolei zapowiada zbliżanie się kolejnego etapu wędrówki.

            To będzie węzłowa stacja Więcbork, rozłożona w wielkiej kotlinie nad jeziorem na czterdziestym pierwszym kilometrze szlaku idącego z północy na południe. Niestety węzeł kolejowy się już w tym mieście nie zaplata. Stacja ma perony zapuszczone tak, jak można się spodziewać,  tory w stronę Sępólna i Chojnic zarośnięte, tak samo te do Złotowa oraz  do Pruszcza Bagienicy i dalej w świat ku Wiśle oraz Borom Tucholskim. Nawet Aleksander Wielki musiałby odejść stąd z niczym i nie rozplątałby tego węzła. Dworzec i perony wydają się już nie pamiętać lepszych czasów. Smętna pustka.  Miasto tętni gdzieś po lewej, na niewielkiej skarpie nadjeziornej. Po chwili na wjeździe zobaczyliśmy komin ceglany, nasyp,  wiadukt z metalu zielonego oraz opuszczone warsztaty, niemo świadczące, że kolej kiedyś była tu potęgą. I tylko tory błyszczą, ładnie wyczyszczone przez burmistrza, jak wieść gminna niesie.

            A nas nieoczekiwanie powitał agitator, reprezentujący polityka, który niedługo potem zrobił z siebie szmatę. Mówca z megafonem kpił z radnych sejmiku wojewódzkiego i  premiera, że w przeciwieństwie do nas nie przyjechali, bo tutaj nigdy nie pojawi się Pendolino, na tle którego można sobie zrobić ładne zdjęcie i dlatego, bo w nosie mają sześćset tysięcy ludzi mieszkających między Więcborkiem, Chojnicami, Nakłem i Tucholą, pozbawionych dostępu do dobrej komunikacji publicznej. Zdaniem miejscowego dziennikarza powinniśmy o tym pamiętać podczas najbliższych wyborów, patrząc na stację, mogącą stanowić symbol zarządzania siecią przez PLK i „Polski w ruinie”. Jak dziś wiadomo, wielu ludzi uwierzyło w te populistyczne hasła.

            Ale mnie bardziej od polityki zainteresował budynek dworca. Obejrzałem go więc niespiesznie od strony peronów i miasta, przyjrzałem się również masywnej wieży wodnej. Zauważyłem, że można do niej dotrzeć także od ulicy Wandy Wasilewskiej. Ta nazwa sugeruje, że moc oddziaływania Instytutu Pamięci Narodowej jest w tej okolicy niewielka. Ponieważ mogliśmy spędzić w Więcborku prawie trzy godziny, można było zapuścić się także w urocze uliczki miasteczka. W jedynym barze nagle zrobiło się tłoczno i przez moment nieco nerwowo. Tym, którzy nie zmieścili się w środku, przyszło jeść nieco później, za to mogli obejrzeć sobie kształtowe semafory oraz stary budynek magazynowy i przeanalizować treść absurdalnych tablic typu „Zakaz przejścia” czy „Nieupoważnionym wstęp wzbroniony” albo mojej ulubionej: „Baczność, kabel w ziemi!”. Dopiero po powrocie pomyślałem, że tabliczki te przykręcił ktoś specjalnie na czas pobytu pociągu specjalnego na stacji, aby przypomnieć ducha starego, dobrego PKP. Chyba tylko mieszkańców dworca nie ucieszyło nasze przybycie, ale może krzywdzę ich tym posądzeniem. Może także kręcili się po peronie i pociągu?

            Dla miłośników kolei zorganizowano też pokazy manewrów pod nastawnią, żeby zobaczyć lokomotywę, kilku robotników weszło na dach dawnego szaletu dworcowego, a jeden starszy pan (zapewne dziadek), podjechał do betonowego płotu samochodem, pomógł wysiąść chłopcu i powiedział: „Popatrz sobie, to jest pociąg”. To było sympatyczne, ale z drugiej strony świadczyło o tym, że dzieciom nie czyta się już chyba elementarza Falskiego i nie mają szansy połknąć kolejowego bakcyla. Co innego te, które razem z rodzicami wsiadły do wagonów, aby odbyć choć krótką przejażdżkę po torach. W środku zrobiło się tłoczno, ale wesoło, zwłaszcza gdy maluchy zaczęły biegać wzdłuż składu. Amatorom fotografii kolejowej to w niczym nie przeszkadzało, bo głowy oraz połowę samych siebie i tak mieli na zewnątrz. Trzeba było przecież złapać w obiektyw cały skład, nastawnię, dworzec oraz grupę zabytkowych kamienic na dalszym planie, a wszystko to w ruchu. Druga grupa próbowała uchwycić nas z perspektywy peronu.

             I tak pożegnaliśmy miasto na skrzyżowaniu szlaków, długo jeszcze widząc wieżę ciśnień na emeryturze. Pośród wiatrowych turbin pociąg wykonał olbrzymi łuk, wygięty ku zachodowi, by ominąć grupę jezior, pośród której rozłożył się Więcbork. Przez wagony przetoczyła się wiadomość, że nigdzie już nie będzie przystanku, gdyż musimy planowo dotrzeć do Nakła, wciąż czynnej stacji na szlaku wschód-zachód. Gnaliśmy więc przez sztuczny las z turbin, wieś z kościołem spiczastym, pomiędzy wałkami ze słomy, pokonując sześć kilometrów. Jechaliśmy jakby nieco szybciej, chyba dlatego, że gdzieś dalej w autobusie od dawna czekała na nas grupa dożynkowa.

            Tymczasem Runowo Krajeńskie, oglądane przez okno, okazało się typowo pomorską ulicówką, z małymi domkami podpieranymi przez rowery. Zdaje się, że kartą atutową miejscowości jest zabytkowy zespół parkowo-pałacowy, przy czym zieleń utrzymana jest ewidentnie w stylu mocno angielskim. Okrążyliśmy ten kompleks od wschodu i wtedy  przejechaliśmy bez zatrzymywania się przez stację, patrząc na dworzec z białej cegły i zasypaną rampę. Tutaj dotarło do mnie, że znajdujemy się bardzo blisko przedwojennej granicy polsko-niemieckiej i skojarzenia z nieodległą rocznicą wojny pojawiły się same. Pociąg zaś mknął przez pola za oknem, las liściasty niebywale, a pośród zieleni i przy otwartych oknach trwały w wagonach rozmowy o kolei, historii i przemijaniu rzeczy świata tego.

            A gdy stalowa pętla toru zaczęła odginać się ku wschodowi, na stacji Rajgród pociąg ku zaskoczeniu wielu się zatrzymał. Niektórzy pomyśleli, że to już koniec trasy i ruszyli do otwartych w biegu drzwi i po chwili zderzyli się w nich z grupą pragnącą wejść do środka. Byli to uczestnicy dożynek, którzy na pięćdziesiątym trzeci kilometrze postanowili zmienić środek lokomocji. Na znak przynależności grupowej każdy ubrał się elegancko, a do marynarek lub sukni wszyscy przypięli złote kłosy. Dawno już złapaliśmy opóźnienie, ale to jedyne w swoim rodzaju wydarzenie, czyli dożynki z udziałem pociągu, musiało być celebrowane, więc na peronie, ustawiając się koło żółtawego budynku stacyjnego obfotografowaliśmy się nawzajem i razem już pomknęliśmy dalej.

            Zauważyliśmy, że tutaj kończy się szosa (efekt dawnej granicy?), że pośród ściernisk biegnie szczerbata aleja polna, przy której drogowcy oszczędnie gospodarują pieniędzmi, mocując znaki drogowe na drewnianych tyczkach. Podziwialiśmy zasobność okolicy, jeśli chodzi o buraki i jej piękno. Komuś z tego podziwu głowa wypadła za okno, a przynajmniej tak to wyglądało na zdjęciu.

            Wśród grupy dożynkowej zapanowało ożywienie, gdy wjechaliśmy na teren folwarku i zobaczyliśmy nasyp kolejowy. To ślad po dawnej wąskotorówce, która dla Krajniaków (w tym mojej rodziny z tego regionu) stanowi synonim pociągu. Połączywszy te dwa elementy łatwo odgadliśmy, że dotarliśmy do Witosławia. Przyjemnie było zobaczyć, że w mijanym bloku w co trzecim oknie uśmiechały się do nas twarze. Tutaj na pasażerów  z Rajgrodu czekał starosta dożynkowy. Miał dla nich chleb i sól, ludowe stroje, strażaka w galowym mundurze, kapelę, zwyczajowe pieśni i zupełnie niezwykłego turonia, a pasażerom pozwolono na to patrzeć. Po kilku minutach tanecznym krokiem wszyscy uczestnicy rolniczego obrzędu odeszli za stację, a my ruszyliśmy ku swojemu przeznaczeniu.

            Na pamiątkę mogliśmy zaś zabrać obraz stacyjnego bruku i zagonów kukurydzy. Podróż urozmaiciły nam medytujące w dużym stadzie krowy, malownicza brzoza i nadciągający z oddali las. Zadudniliśmy dwa razy, na leśnym mostku i polnym przejeździe, widząc na wschodnim  horyzoncie kompleks leśny, a po drugiej stronie ubogie, szare domy.

            I jadąc tym kurzgalopem przemknęliśmy przez stację w Mroczy na sześćdziesiątym czwartym kilometrze. A szkoda, bo drewniana stacja, typu sępoleńskiego, ma efektowne przedłużenie budynku dworcowego i uroczy dom ceglany, a choć tor w stronę Więcborka już powoli zarasta, to jednak widać na nim jeszcze grupę wagonów towarowych. Kolej ma tu więc jakieś perspektywy, choć blaszaną tablicę z nazwą stacji powoli nadgryzają pospołu rdza i ząb czasu,  a kolejowy budynek – wydawało się – ma na żółto otynkowane ściany szczytowe, jak by ktoś wstydził się cegły. Ale to były blendy, co zauważyłem, uważniej przypatrując się zdjęciu. Trzeba więc miejscowym kolejarzom oddać sprawiedliwość: otoczenie sprawia sielankowe wrażenie dzięki pracowniczym ogródkom cieszącym oczy, a zapewne także żołądki szczęśliwych posiadaczy. Tylko niektóre dzieci marudzą nudząc się i pytając, czy daleko jeszcze, pewnie dlatego, że nie mogą dopchać się do obleganych okien.

            Zaraz za rajskimi ogrodami skończył się peron, więc po błyskawicznie urządzonym fotostopie pociąg ruszył w dalszą drogę, ku wyraźnej uciesze najmłodszych. Wyjeżdżamy więc i po lewej mamy miasteczko umocowane na płaskim polu. Przez chwilę może się wydawać, że zajechaliśmy za daleko, najpierw aż do Azji, bo otaczają nas wietnamskie pola, a później do Ameryki Środkowej, bo gubimy się w gąszczu kukurydzy, która zarasta świat. Ku uldze przestraszonych (byli tacy!) wkrótce nasz skład wyskakuje na międzypole (to pospieszna i zarazem ucieszna nazwa, więc pozostawiam ją niezmienioną).

            Przez królestwo szarości i eternitu jedziemy szybko, mając jeszcze do zaliczenia przystanek Kozia Góra Krajeńska, w skład którego wchodzą wieś, mostek, przejazd na skraju miejscowości, pojedyncze domy, duży dom kolejowy pod świerkiem i wierzbą płaczącą, stacja, blacha wiaty oraz duża rodzina z dziećmi uśmiechniętymi od ucha do ucha na widok pociągu pasażerskiego, a wszystko to na siedem kilometrów przed zakończeniem podróży.

            I nagle ktoś włączył głośno  szlagier Elektrycznych Gitar: „To już jest koniec. Nie ma już nic” i tak dalej. Przedwcześnie! Ponieważ w tym miejscu trzeba koniecznie raz jeszcze oddać hołd lodowcom. Tak, wyrzeźbiły nam niezwykłe krajobrazy, z długimi ciągami wzgórz morenowych, rynnowych jezior o nieregularnych kształtach, licznych oczkach wodnych, tajemniczych lasach, w których wymieszane są igły oraz liście, przy czym  widoki w oknie pociągu zmieniają się niczym w kalejdoskopie.

            No i dopiero z daleka przecież błysnęła wtedy bielą kopuła wielkiej cukrowni, czekał nas jeszcze zjazd wąwozem, typowo kolejowe zarośla (maliny, osty, róże i coś jeszcze, czego nie zdążyłem chwycić, a więc i rozpoznać), długi zakręt w prawo, semafor elektrycznego toru, pejzaż doliny Noteci i sama rzeka za drutami, ogródki dwa piętra niżej, malownicze wąwozy, oraz twory natury i człowieka: spektakularna pradolina i nowoczesny przemysł. I dopiero wtedy sposobem na zimny łokieć (podczas przejazdu pociągiem specjalnym jest to jak najbardziej dozwolone)wtoczyliśmy się na stację w Nakle nad Notecią, by w tym zakończyć główny etap podróży. Pociąg miał wracać do Chojnic przez Bydgoszcz, ale ja miałem już inne plany. Aby jednak nikt nie był zawiedziony brakiem pamiątki z Nakła, dodam, że przed powrotem pokręciłem się po stacji, oddalonej od Chojnic o siedemdziesiąt pięć kilometrów, którą zawsze miło wspominam.

            No bo jakże mogłoby być inaczej, skoro spotkać tu można kolejarzy, , a w dodatku wąskie uliczki wyraźnie zbiegające się do centrum w pobliżu dworca. A ten ma bogatą ofertę: okazały neon, niegdyś tajemniczo świecący nocą, podziemne przejścia pod peronami, pamiętające niewątpliwie początki kolei w tym miejscu, z przepięknymi, ręcznie kutymi wspornikami poręczy schodów. Ich kunsztowne wykonanie kazało mi po raz drugi podziękować w duchu ludziom, którzy przeminęli, za to, co nam zostawili w użytkowanie. Przestrzec jednak należy tych, którzy chcieliby pospacerować tam w czasie deszczu – trzeba mieć kalosze! Z radością też poruszałem grubymi, drewnianymi drzwiami, którymi wychodzi się z dworca na perony, bo tak przyjemnie skrzypią. Przyznam także, ze dłuższą chwilę stałem w mistycznym świetle, przenikającym przez szklane płyty zadaszenia tuneli, a później medytowałem pod kolejowym budynkiem mieszkalnym na ulicy Dworcowej.

            Przypomniałem sobie wtedy bowiem, że w Nakle mają dobrą babę, znachorkę znaczy, niejaką Cherbenkę, co i ospę, i dyzenterię, a nawet cholerę wyleczyć ponoć umie oraz inne dolegliwości, a w dodatku za pomoc pieniędzy nie bierze od tych, co ich nie mają. Tylko kolejki do niej długie. Ale przecież mam czas, bo pociąg o 1513  pomknął już do Bydgoszczy. Toteż ustawiłem się do baby, a czekając pomyślałem, że w trakcie   pisania tego odcinka „PKP” minęło równo dziesięć lat od przejazdu. Warto było przypomnieć trasę z Chojnic do Nakła, bo pociągi specjalne dały pasażerom moc radości, a przy okazji uświadomiły władzom wojskowym, że stacja w Więcborku ma potencjał kolejowy i można tam organizować choćby natowskie ćwiczenia „Anakonda”. Była to więc podróż ku pamięci, ku przygodzie i ku chwale ojczyzny.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *