Kolej na wspomnienia. Pierwsza podróż


Czwartego sierpnia 2004 coś mnie natchnęło do wykonania rundy wzdłuż nieczynnych linii, przechodzących przez Skórcz. Tak, wiem, to prawie nikomu nie znane miasteczko na Kociewiu (o ten sympatyczny region spytajcie specjalistów). Od przejazdu ostatniego pociągu po tych zardzewiałych już torach minęło wówczas siedem lat (jak ten czas leci!). Nie mając do dyspozycji kolejowych połączeń, wskoczyłem do auta i pognałem przez lasy i pola.
Zaczęło się od krótkiej medytacji przed budynkiem dworcowym w Skórczu. Pełnia lata uwypukliła minioną już świetność kolei w tym dawnym węźle. Dworzec powoli zaczynała zasłaniać roślinność, bujnie pleniąca się na torach, którymi ostatnie pociągi przejechały w listopadzie 1997 roku, dla mnie także i z tego powodu bardzo niedobrego. Mając do dyspozycji kilka słonecznych godzin, postanowiłem uwiecznić starym aparatem widoki stacji, leżących na trzech liniach wychodzących ze Skórcza do Szlachty, Starogardu i Smętowa. Na zdjęciach mam dzięki tej wyprawie fotki nieistniejących już budynków dworcowych w Jabłowie i Starogardzie Przedmieściu (zwanym „małym dworcem”), ruiny z Lubichowa i przepiękną tablicę peronową z Kopytkowa, które w latach 80. XX wieku zaczęło aspirować do czegoś więcej niż tylko bycia przystankiem osobowym koło PGR-u.
Jak już wcześniej pisałem, pierwszy etap podróży miał miejsce przed dworcem w Skórczu. Oglądany od strony bloków, w których kiedyś gościli mnie przyjaciele, skłaniał do zadumy nad przemijaniem. Kiedyś było to miejsce wesołych okrzyków powitalnych i pożegnań, zwłaszcza w godzinach popołudniowych, gdy spotykały się na stacji pociągi ze Smętowa, Starogardu i Szlachty. Obecnie tylko dzięki temu, że na piętrze mieszkają rodziny emerytowanych kolejarzy a na parterze rozgościł się sklep meblowy, budynek nie popada w ruinę jak wiele innych zarządzanych dziwacznie przez PLK. W roku 2004 mieliśmy jeszcze nadzieję, że kolej powróci do Skórcza. Dzisiaj już wiemy, że to płonne nadzieje.
Ale wróćmy do inicjalnej podróży. Oprócz widoku dworca uznałem za wskazane uwiecznienie także pustych, porastających trawą i mchem peronów. Oprócz platform z kwadratowych płyt chodnikowych w pamięci utkwiły mi również charakterystyczne dwuramienne lampy oraz stożkowaty dach ceglanej wieży ciśnień, stojącej za długą, wyłożoną asfaltem rampą ciągnącą się w stronę wyjazdu w kierunku do Starogardu i Szlachty. Internauci, oglądający archiwalne zdjęcia stacji zwrócili uwagę także na betonowe miednice dawnych kwietników. Kiedyś zapobiegliwi gospodarze dworca w Skórczu (tak jak na wielu innych stacjach) sadzili w nich bratki. Ot, taka namiastka ogrodu (czyli natury) w świecie techniki. Tym sposobem wiosną i latem mieliśmy wszędzie, gdziekolwiek docierały pociągi, „The Machines in the Garden”.
Przez chwilę zatrzymałem się wówczas, by poszukać swojego odpowiednika proustowskiej magdalenki. I pewnie nie uwierzycie, ale ten zapach wciąż tam był! Na peronie drugim wciąż pachniało podróżą przez Bory Tucholskie do Bydgoszczy. Po tylu latach. Wciąż wydawało się, że wystarczy wsiąść do „motorówki” (bo tak lokalnie nazywano ganze), by zbierając do plecaka lasy, rzeki i jeziora udać się na niezwykłą wyprawę krainy, której nawet w przewodnikach serii „Lonely Planet” nie znajdziemy.
Pierwszy etap podróży prowadził ze Skórcza do Zelgoszczy. Ponieważ uznałem, że do mojego starego golfa dwójki nie można zamontować stalowych kół, by jechać po torach, zmuszony byłem ruszyć szosą przez Drewniaczki i Wielki Bukowiec. Swoją drogą -przyznacie, że te nazwy są dość sugestywne. Ale mając w planie odhaczenie kolejowego szlaku, minąłem te osady i pomknąłem dziurawym, wąskim asfaltem do stacji Zelgoszcz. Piętrowy budynek dworca pod warstwą szarego tynku ukrywał sympatyczną czerwoną cegłę. Zawsze lubiłem te klimaty – ceglane budowle, spadziste dachy, kryte ceramiczną dachówką (jak się nieco później dowiedziałem, dominowała wśród niej „holenderka”). Obfotografowałem dworzec wraz z resztkami kolistego podjazdu i zarośniętymi torami, podumałem przez chwilę nad marnością (to od wczesnych lat dziecięcych chyba moje ulubione zajęcie) tego świata i zacząłem cieszyć się na myśl, że następny przystanek będzie ostatnim przed lasem.
Zmierzałem do niego wąską szosą z charakterystycznym wiaduktem tuż za Zelgoszczą. Jego szerokość i wysokość są tak nieduże, że obowiązuje w tym miejscu ruch wahadłowy. Ale jeśli ktoś zaryzykuje wspinaczkę wysokogórską, z perspektywy torów zobaczy przepiękny krajobraz pagórkowatych pól, lasu na horyzoncie, z jasną wieżą kościoła w Lubichowie na dokładkę. Aby dotrzeć do dworca, należało zakręcić dużym łukiem w lewo, na zachód. W tamtejszym budynku stacyjnym mieszkała krewna mojego najlepszego przyjaciela. Kilka lat później udostępnił mi zdjęcie, przedstawiające jego dziadka, przedwojennego zawiadowcy stacji Lubichowo. Zarówno w opowieści przyjaciela jak i na fotografii dworzec prezentował się jako ważne i dostojne miejsce. Stojąc na uboczu wsi i przedprożu Borów Tucholskich (zaraz za stacją tory zanurzają się w las) szybko jednak dostał się w tryby historii. Po zawieszeniu kursowania pociągów na tej trasie (1994 rok) zaczął być nękany przez złodziei i miejscową chuliganerię, przekształcając się w noclegownię dla bezdomnych i miejsce pijackich balów. Po dziesięciu latach lubichowski dworzec był już tylko ruiną, chylącą się ku ostatecznemu upadkowi. Mieszkania służbowe były już oczywiście opuszczone, a w jednym z okien na znak definitywnej kapitulacji powiewała biała firanka. Dzisiaj nie odważyłbym się tam pojechać, bo widok, który ujrzałbym, mógłby mnie przyprawić o zawał. Dworzec jest bowiem znakiem lokalnej hańby PKP. Takich ruin znajdziemy niestety mnóstwo w całej Polsce. Spróbujmy jednak nie popadać w depresję. Zieleń lasu może ukoić ból. Ruszajmy zatem prostym torem w stronę Ocypla. Niech Bory Tucholskie ulitują się nad nami i sosnowym aromatem leczą serca.

Gdzieś tutaj, pośród lasu, który miał być moim przeznaczeniem (ale moje życie po technikum leśnym w Tucholi popłynęło jednak inaczej) zaczął dojrzewać pomysł, który pchnął mnie na tę trasę. Postanowiłem odwiedzić wszystkie szlaki kolejowe Kociewia. Po chwili stwierdziłem – dlaczego nie całego Pomorza? Przecież na obszarze między Szczecinem i Piłą, Bałtykiem i Notecią, Bydgoszczą i Gdańskiem znajdę sporo ciekawych linii. A skoro objadę Pomorze Gdańskie i Zachodnie, dlaczego by nie udać się na wschodni brzeg Wisły? Jeśli Prusy Zachodnie, to i Wschodnie warto odwiedzić.  Tak więc obiecałem sobie, że policzę szlaki na obszarze od Ełku do Świnoujścia i w ciągu kilku lat może uda mi się je opisać.  Na tych liniach, na których nie kursują już pociągi, będę jechałem samochodem wzdłuż torów, od stacji do stacji, przez pola i lasy, mosty, wsie  i miasteczka. Posłużę się też rowerem, a jeśli będzie to możliwe, najbliższe szlaki obejdę pieszo. Skoro ludzie podróżują wokół równika, dlaczego ja nie miałbym przespacerować się po sieci kolejowej, którą zostawili nam Prusacy? Okazało się jednak, że żaden ze mnie Speedy Gonzales, a  raczej Powolny Rodriguez. Na pierwszą trasę kolejową, uzbrojony w notes (aktualny kalendarz kieszonkowy), zapał, ciekawość i aparat fotograficzny oraz dwie butelki wody wyruszyłem dopiero latem 2007 roku. Wróćmy jednak do roku przełomowego.

Mając wówczas do dyspozycji analogowego Zenita, zrobiłem tego dnia ponad czterdzieści zdjęć. Nie mają raczej wartości artystycznej, ale zapisane obrazy reprezentują wszystko, co będzie mnie kręcić na kolejowych szlakach: dworce i przystanki, mosty, semafory, tablice peronowe, lokalną architekturę, rzeki, krajobrazy rozległe i bliskie, las i morza traw, kryjące resztki zapomnianej cywilizacji szynowej. Tamten sierpień domknąłem pierwszą pętlą przez Ocypel, Osieczną i Szlachtę do Starogardu.Później były m.in. nieistniejąca już stacja w  Jabłowie, Bobowo, Mirotki, Kopytkowo (tu, jak już wspomniałem, zrobiłem zapewne jedno z ostatnich w historii kolei kociewskiej zdjęć tablicy z nazwą przystanku) i na koniec Smętowo. Wiedziałem, że takich pętli zrobię w następnych latach wiele. A ponieważ był to akurat moment technologicznego przełomu (aparaty cyfrowe stały się powszechnie dostępne), plon zdjęciowy również znacząco powiększyłem. Spora część fotografii ma już dzisiaj walor dokumentalny. Tak jak spora część życia, która nieuchronnie staje się domeną archiwistów.

Do zobaczenia na kolejowych szlakach!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *