Kolej na malarstwo. Edward Hopper „Dom przy torach” 1925

Długo nie rozumiałem, co mnie pociągało w jego malarstwie. Dzisiaj już wiem. Nie jest przypadkiem, że zmarł nieco ponad miesiąc po moich urodzinach. Zwolnił dla mnie na świecie miejsce dla osoby małomównej, lubiącej samotność i życie na prowincji. Nie pozostawił mi swojego talentu, ale uparcie czernię papier, bo tak jak on wierzę, że jedynie osobista wizja świata może przetrwać upływ czasu. To, co napisałem, nie oznacza oczywiście, bym uważał, że jestem jego artystycznym spadkobiercą. Widzę w nim jednak bratnią duszę.       

            Hopper malował obrazy, którymi bez żadnego retuszu można by ilustrować kolejne wydania „Demona ruchu” Grabińskiego. Nawet jeśli ukazywał słoneczny dzień, okna dworców są całkowicie zasłonięte albo czarne. Emanuje z nich jakaś tajemnica. Kształty wydają się być wykute z jednej bryły marmuru, zupełnie jakby były wyrzeźbione w nieruchomym pejzażu. Ta szczególna atmosfera dzieła wynika też z charakterystycznej kompozycji, której zasadą jest przecinanie się horyzontalnej linii torów z pionem dwupiętrowej budowli. Na ich skrzyżowaniu rodzi się jakaś zagadka. Niepokój wzmaga także   kontrast kolorystyczny. Malarz, posługując się ukośną perspektywą,  wyraźnie oddzielił  rdzewiejące szyny od trupiobladej fasady dworca, którego jedynym gospodarzem wydaje się być wiatr. Ponadto kolumny wiktoriańskiego ganku wydają mieć fakturę wypłowiałych w słońcu kości. Ich proste, geometryczne kształty trwają w ciszy wypełniającej ramy obrazu. Brak tu jakichkolwiek śladów życia, których spodziewalibyśmy się na stacji kolejowej.

            Ale obraz bardzo mi się podoba, bo lubię takie okolice, z których już wycofała się cywilizacja. Drzemią w nich liczne niespodzianki, które czekają na swego odkrywcę. Można tam znaleźć niezwykłe skarby: fragmenty porcelanowych izolatorów, unieruchomione na wieki obrotnice parowozowni, przerdzewiałe śruby, unieważnione przez czas rozkłady jazdy w zakurzonych oknach. A poza tym – kolejowe podróże są przecież dla jadącego metaforą istnienia, bo prowadzą w stronę Ultima Thule.

Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *