Kolej na film. „Pociąg do Darjeeling” 2007

  • by

Ostatnio  coraz częściej spada na nas wieczorami lodowata mgła, a słońca nie pamiętają już najstarsi ludzie w okolicy. Zaczynając te rozważania w Dniu Kolejarza rozpędziłem pociąg wyobraźni i dotarłem nim do ciepłych krajów. A konkretnie do Indii, bowiem poczułem się jak niegdyś Monisha Rajesh: „Kiedy spoglądałam na niebo za oknem, mroczne mimo dziesiątej rano, pogodniejszy klimat Indii wydał mi się kuszącą perspektywą”. Co prawda nie wyruszałem z Londynu jak autorka „W 80 pociągów dookoła Indii”, tylko z …mniejsza skąd i nie miałem do dyspozycji żadnej linii kolejowej, która zaprowadziłaby mnie na Daleki Wschód, ale od czego sztuka iluzji  i potęga kina?

            Za sprawą Wesa Andersona i jego The Darjeeling Limited dotarłem na jakiś indyjski dworzec, z którego zaczął właśnie bohaterom (a więc także i mojej skromnej, jak przystało na honorowego Hindusa, osobie) uciekać pociąg[1]. Kiedy uda się im cudem (wszak to Indie) wskoczyć do niego, możemy zacząć poznawać ich historię. Dowiemy się, że są braćmi o imionach Francis (Owen Wilson), Peter (Adrien Brody) i Jack (Jason Schwartzman), którzy po śmierci ojca jadą pociągiem przez subkontynent, co ma rozpocząć ich duchową odnowę i wzmocnić więzy rodzinne. Później okaże się, że niejako przy okazji chcieliby odszukać matkę. Powiem tylko, że ich misja nader często kuleje. Dodam też, że w jednym z braci można dopatrzeć się reinkarnacji Freddiego M. z grupy Queen.

            A dlaczego  mężczyźni wsiedli właśnie do pociągu do Darjeeling, skoro mieli ich do wyboru o wiele więcej niż wspomniana na wstępie Monisha Rajesh? Może liczyli, że  na tej linii seryjnie zdarza się „inspiration day”, jaki przytrafił się 10 września 1946 Matce Teresie? A może, tak jak wielu ludzi, zamierzali wyrzucić z pociągu i  zostawić za sobą swoją nieciekawą przeszłość jak porzuca się niechciany bagaż?

            Oprócz całkiem poważnych refleksji na temat poszukiwania sensu życia w filmie możemy liczyć także na sporą dawkę komizmu. Są to przede wszystkim sceny, w których dochodzi do spięć z obsługą pociągu, wynikających z nieznajomości kodów kulturowych. Jest też w dziele Andersona wiele przygnębiających obrazów. Wszak Indie to nie tylko luksusowe ekspresy z wygodami i wykwintnymi specjałami dla sahibów (chociaż najlepsze zakupy spożywcze robi się przez okno podczas postoju na stacji, jak to w Azji), np. słynny „Pałac na Kołach” do Kaszmiru, ale też ojczyzna pociągów osobowych, którymi podróżuje się zajmując miejsce na dachu albo za drzwiami.

            Bracia ruszają w swoją drogę, ja wracam na swój szlak. Raz jeszcze Monisha Rjaesh i mądrość Indii: „Na tym polega urok podróżowania pociągami. Ludzie przychodzą i odchodzą. Niektórzy zostają do stacji końcowej, ale inni wsiadają, posiedzą trochę i znikają”. Pomachajmy im więc na pożegnanie.


[1] Na marginesie – kto nigdy nie miał takiego snu, proszony jest o uniesienie ręki w górę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *