Dalsze szlaki. Rumunia i Bułgaria, czyli podróż do granic cywilizacji albo martwy pies na powitanie

  • by

Najpierw garść faktów. Rzeczywista trasa tej podróży w styczniu 2020 roku  wiodła ze Starogardu i Tczewa przez Warszawę i Katowice do Wiednia, a na właściwym odcinku – z Budapesztu do Bukaresztu i dalej do Sofii, skąd przejechaliśmy jeszcze  do nadmorskiego Burgas i z powrotem. Zsumowane szlaki przejazdów dziesięcioma (jedenastoma, jeśli doliczyć powrotny skład bułgarski znad Morza Czarnego) pociągami dają łącznie prawie 2800 kilometrów. To siedem procent długości równika i prawie 800 kilometrów więcej, niż nasz dotychczasowy rekord (przejazd do Baru w Czarnogórze).

            Ta przestrzeń oddycha ciemnością i  zimową porą wydaje się dusić  w szarej beznadziei, wymieszanej z toksyczną mgłą. Tylko pasterze krów, kóz i owiec zdają się ignorować tragiczną historię wielowiekowej niewoli (tureckiej i komunistycznej), tak jak przed wiekami swobodnie przemierzając Karpaty, nie mając niczego, co nie dałoby się unieść poprzez niestałe granice państw.  Zabetonowane stolice nie zachęcają do dłuższego w nich pobytu, ale krajobrazy wzdłuż linii kolejowych naprawdę przyciągają wzrok. Gdy skaczesz z prawej na lewo, od okna do okna z aparatem i notesem (to moja ulubiona technika reporterska), nie wiesz, w którą stronę masz patrzeć: z jednej strony rwąca albo majestatyczna rzeka, z drugiej malownicze urwisko; milczący las; stado owiec wędrujących za pasterzem i strzeżonych przez wielkie owczarki; rozległy horyzont kontra skarpa, o którą pociąg ociera się bokiem; droga prowadząca znikąd do nikąd; wjazd do tunelu i jednoczesny rozbłysk słońca na zimowym niebie; przechodzący przez wagon ciekawi ludzie; rozłożone w oddali, świecące miasta i slumsy niczym z Azji albo Afryki, które tor przecina na pół. No a przede wszystkim – nieustannie wijący się wąż pociągu, oglądany z głową wychyloną daleko za okno, chociaż zimowe powietrze na górskich zakrętach wpycha oczy w głąb czaszki i odrywa uszy.

            Patrząc na mapę, zauważyć można, że, poruszając się po torach, przenieśliśmy się ze świata zachodniego na Wschód, chociaż mieszkańcy Rumunii zapewne poczuliby się obrażeni takim określeniem. W rozmaitych publikacjach na ten temat można bowiem wyczytać, że uważają się oni w prostej linii za potomków starożytnych Rzymian, którzy podbili Daków i przejęli ich najlepsze cechy. Rumunii uważają się więc za lud śródziemnomorski, nie bałkański, w dodatku wyraźnie różniący się od narodów słowiańskich, które ich otaczają. Wystarczy wspomnieć, że na terenie prowincji Dacja umarł (na wygnaniu jednak) słynny poeta Owidiusz. Chociaż Andrzej Stasiuk, jadąc do Babadag, zapisał, że zapytawszy kiedyś pewnego znajomego we Włoszech, jak tamtejsi mieszkańcy postrzegają Rumunów, usłyszał, że dla przeciętnego Włocha wszyscy Rumuni to Cyganie. I tyle byłoby ze śródziemnomorskiego i starożytnego pobratymstwa?  Bułgarzy zaś lubią wspominać Traków, spośród których pochodzić miał słynny Spartakus, ale czy pochodzeniem od zbuntowanego niewolnika da się uzasadnić pretensje do terytoriów leżących na pograniczu z Turcją, Macedonią czy Rumunią?

            Skoro zaś mowa o antyku, narysujmy jeszcze jedną umowną granicę. Gdzieś w Austrii, na Słowacji albo na Węgrzech przebiega linia podziału między cywilizacją piwa, wódki i wina. Co prawda kraje południowo-wschodniej Europy kojarzą się raczej z piciem rakii niż winem, ale trzeba przypomnieć, że na Węgrzech, w Rumunii i Bułgarii wciąż można napić się przednich win. Można z karty wybrać choćby węgierski Tokaji Aszu (za zatopione w nim nuty moreli, śliwki i polnych  trzeba jednak zapłacić 400 złotych). Wielu Polaków zna „byczą krew” z jej aromatem jeżyn i czekolady, dobrze komponującej się z serami. Z Rumunii na moją domową półkę trafiło Feteasca Alba Cotnari, bo przecież można czasem osłodzić sobie życie. Z Bułgarią kojarzy się oczywiście nieśmiertelna Sofia, lokatorka peerelowskich półek sklepowych. Ale przecież z Tracji przyszedł bóg wina z całym swym bogactwem. A Dionizos przyniósł nam nie tylko sztukę uprawy winorośli, ale też poezję wina: „Dojrzałe wiśnie/ nieprzejrzyste/ z refleksami ceglastymi/ nos ma intensywny/ zaczarowane aromaty/ z owoców koloru słońca/ kiedy już zachodzi/ znajdziesz też w nim/ szczyptę kory z drzewa,/ które mieszka w Indiach/ goździków i lukrecji/  ponadto usta  pełne , świeże/  soczyste i na  końcu korzenne”.

            Można na Bałkanach słodko się zapomnieć. Ale może się zdarzyć, że pociąg nagle utknie w środku nocy. Budzą cię węgierscy pogranicznicy. Tak jak ten w uszatce i kamizelce odblaskowej, wyglądający jak tania wersja matrioszki. Znalazłeś się na granicy strefy Schengen i musisz na własnej skórze poczuć, jak smakuje wszechwładza mundurowych służb. Oczywiście nie grozi ci, że, tak jak przed 1989 rokiem, zabiorą ci cały bagaż, dokumenty i wtrącą do lochu, ale  specyficzny zapach niepewności wciąż unosi się w pasie granicznym między Węgrami i Rumunią. Więc gdy pociąg wreszcie rusza, po cichu oddychasz z ulgą. Organizm może znowu zacząć funkcjonować normalnie. I robisz się głodny.

            I ponieważ nie samymi pociągami człowiek żyje (nawet ja), wspomnę  o narodowych potrawach Rumunów i Bułgarów. W ten sposób zaspokojone zostaną też inne zmysły poza wzrokiem. Nieco przekornie wskażę dwa dania: rumuńską mamałygę i bułgarskie kebabcze. Przepis na mamałygę: weźmij kure czarno… A, przepraszam, pomyłka! Przygotuj ćwierć kilograma mąki kukurydzianej  i niecały litr mleka. Zagotuj mleko. Wsyp mąkę. Dodaj trochę masła. Dosyp soli, pieprzu, dorzuć paprykę, aby poczuć piekło w gębie. Mieszaj. I zjadaj, gdy zrobi się tak gęste, że już nie możesz mieszać. Ewentualnie na talerzu połóż także kebabcze. Zrobisz je z dużej bryły mięsa mielonego. Wystarczy wsypać do niego pieprz, kminek i cząber, następnie masę  uformować w grube  parówki,  zmrozić je w lodówce, a potem przeturlać na grillu. I już zjadać prosto z ognia. Tak jak robią na całych Bałkanach rozmaite narody. A po takim jedzeniu i piciu może się zdarzyć, że wagon będzie „zalatywał gipsem, uryną, zjełczałym serem, kiełbasą, tytoniem, śliwowicą, ludzkim potem i dawno niepranymi ubraniami” (Robert D. Kaplan, Bałkańskie upiory. Podróż przez historię).

            Człowiek najedzony może znowu zająć się obserwacją. I wtedy okazuje się, ze podróż pociągiem może być czymś więcej niż tylko przemieszczaniem się. Za jej sprawą możemy przenieść się w czasie i odbyć wyprawę do samego jądra ciemności, jakim był europejski komunizm. Uświadomiła mi to wyprawa z 2018 roku, gdy  w drodze ze Splitu do Zagrzebia przejeżdżaliśmy przez Knin, a także tegoroczna podróż do Rumunii i Bułgarii.  Z samej natury ciemności wynika trudność wskazania jej epicentrum. Równie dobrze może więc znajdować się ono w chorwackim mieście, na Nizinie Trackiej, w Dobrudży czy w delcie Dunaju. Wszędzie tam jeszcze świat wydaje się być pogrążony w ciemności, jaką odziedziczył po  nieludzkim systemie.

            Bałkańscy satrapowie znęcali się bowiem nie tylko nad swoimi poddanymi (bo słowa „obywatelami” są tu wyjątkowo nie na miejscu), ale też nad przestrzenią. Tylko góry w pewnym stopniu stawiały im opór, ale doliny rzeczne i niziny padły ofiarą ich paranoicznych, potwornych planów. Do dziś sąsiedztwo torów poraża brzydotą i poczuciem beznadziei. Czy jedziesz ze wschodu na zachód, czy z północy na południe, nie uciekniesz przed horrorem.        Jadąc z Węgier do Bukaresztu przecina się słynną Transylwanię (czyli węgierski Siedmiogród, z którego pochodził polski król Stefan Batory). Jej najsłynniejszym mieszkańcem jest oczywiście hrabia Dracula, ikoniczny wampir, choć historyczny „Smok” rządził Wołoszczyzną, a nie Transylwanią. Gdyby żył w Siedmiogrodzie, byłby raczej Niemcem (Sasem) albo Węgrem, bo Rumunami w tej okolicy byli w XV wieku wyłącznie chłopi, a nie arystokraci. Zresztą to Nikolae Ceausescu był prawdziwym potworem z Rumunii. Wzniesiony przez niego w centrum Bukaresztu betonowy pałac jeszcze dziś przeraża bardziej niż zamek Draculi. Nawet umierając, dyktator pociągnął za sobą w otchłań kilkaset dusz.  Zgniły w ciałach, które leżały w grudniu 1989 roku na bukareszteńskich ulicach. A żyjący w Rumunii i Bułgarii do dzisiaj nie podnoszą głowy, gdy chodzą, wbijając wzrok w ziemię. Gdy chcesz im zrobić zdjęcie na peronie, chyba nie są pewni, że Securitate już nie istnieje i że mumia Živkova naprawdę została przebita osinowym kołkiem. Lepiej więc nie pokazywać twarzy.

            Gdy patrzę na dzieje tych narodów, wcale im się nie dziwię. Eksplozje nienawiści i niebywałego okrucieństwa wybuchały na Bałkanach często; faszyści z Żelaznej Gwardii znęcają się nad Żydami, oprawiając ich jak zwierzęta na taśmociągu w rzeźni, rumuńskie wojsko morduje 200  tysięcy Żydów w Bukowinie w latach 1941-1942, Sasi i Węgrzy są z Rumunii deportowani do ZSRR albo uśmiercani;  tuż przed upadkiem dyktatury w Bukareszcie górnicy masakrują strajkujących studentów; Żydzi i Niemcy traktowani są jak „najlepszy towar eksportowy” Rumunii; dyktator zostaje rozstrzelany przed kamerami telewizyjnymi; Bułgarzy w połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku wypędzają swoich tureckich obywateli albo zmuszają ich do przyjęcia słowiańskich imion, mszcząc się za osmańskie podboje w XIV wieku i 600 lat muzułmańskiego panowania, itd.

            Jadąc szlakiem żelaznej kurtyny jeszcze i dziś możemy zauważyć, że najpilniej strzeżonymi granicami były trzy: ta pomiędzy NRD i RFN, czechosłowacko-austriacka i rumuńsko-węgierska. Cierpliwe lokomotywy elektryczne dzisiaj już spokojnie wożą pasażerów poprzez bałkańską noc, ale większość z nich jest wyraźnie zmęczona. Nic dziwnego, że do Sofii powróciliśmy z Burgas elektrowozem z płonącym pantografem. Zniechęcenie dopada niekiedy samych kolejarzy i wtedy powtarzają się sceny z rewolucyjnej Rosji. Maszynista zatrzymuje pociąg w ciemnościach, pośrodku  niczego i oznajmia, że mamy awarię. Naprawi ją, jeśli pasażerowie wypełnią pieniędzmi jego czapkę.  A niby nic dwa razy się nie zdarza.

            Podróż kolejowa może pomóc też obalić inne stereotypy. Otóż w świetniej skądinąd książce Bukareszt. Krew i kurz znalazłem mrożące krew  w żyłach relacje ze spotkań ze stadami bezpańskich  psów krążących po ulicach stolicy Rumunii. Tymczasem psów prawie wcale nie było. Co prawda na wjeździe na stację Bucuresti Gara Nord powitał nas rozkładający się psi trup, ale jedyny żywy jego pobratymiec, na którego natknęliśmy się w centrum miasta, zignorował nas zupełnie. Ku naszej radości oczywiście.

            W pewnym momencie, gdy już w ciemnościach styczniowego wieczoru przemierzaliśmy drogę powrotną z Burgas do Sofii, R. nagle zaświeciły się oczy. Jest on wielbicielem bałkańskiego folkloru i, usłyszawszy z daleka odgłosy wesołej muzyki, doskoczył do okna, otworzył je na oścież i zaczął filmować. A było co: płonące tuż za stacją wielkie ognisko, miecze laserowych świateł, no i ten dziki, radosny śpiew niewidocznych z pociągu ludzi. Dziękujemy wam, mili Bułgarzy, za ten artystyczny akcent, wliczony w cenę biletu (tylko  150 złotych za dwie osoby tam i z powrotem na łącznym dystansie 680 kilometrów, bagatela!). Mieliśmy też okazję odebrać lekcję historii najnowszej. Przez pociąg, na trasie Płowdiw – Burgas, na każdej stacji przechodził patrol żandarmerii, ponieważ poruszaliśmy się wzdłuż szlaku imigracyjnego, którym uchodźcy z Bliskiego i Dalekiego Wschodu przedzierają się ku Unii Europejskiej.

            I nieprawda, że pociągi w Rumunii i Bułgarii są brudne, a dachy im przeciekają albo okna się nie zamykają, zwłaszcza że prawie wcale nie padało. I wcale nie jest prawdą, że mijane w drodze z Bukaresztu do Bułgarii wioski wyglądają jak w Afryce Środkowej, o czym pisał w 1916 roku John Reed. Przecież w Afryce nie ma takiej mglistej zimy. Jednak gdy wsiadasz do bałkańskiego pociągu, miewasz niekiedy wrażenie, że wyjeżdżasz z Europy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *