Pejzaże Kolejowej Prowincji. Linia nr 2 (201, 208, 203): do Atlantydy

Ktoś może się zdziwi: jaka Atlantyda? To nie o pociągach będzie, tylko o statkach? Uspokajam – to opis kolejowej wyprawy z końcówki sierpnia 2006 roku No dobrze, ale co w takim razie w tytule robi Atlantyda?

            Zaraz wyjaśnię. Była to klasyczna kolejowa pętla. Prawdziwym celem podróży nie była jednak  sama jazda pociągiem. Zamierzałem na własne oczy zobaczyć Atlantydę, która opustoszała dopiero po II wojnie światowej. Widziałem ją wcześniej, ale te wspomnienia były nieostre jak pierwsze fotografie z XIX wieku. Po wieloletnich przygotowaniach ruszyłem więc przez Skórcz, Smętowo, Bydgoszcz Główną, Maksymilianowo, Stronno, Wudzyn, Serock, Świekatowo, Błądzim, Wierzchucin, Wierzchucin Stary, Cekcyn, Tucholę, Żalno, Silno… I tu znalazłem się w centrum mitycznej Atlantydy. Dalsza droga wiodła przez Chojnice, Krojanty, Rytel, Rytel Wieś, Gutowiec, Czersk, Łąg, Czarną Wodę, Kamienną Karczmę, Kaliska, Bytonię, Zblewo, Piesienicę i Starogard Gdański.  Ktoś być może zauważył, że tym razem nie zostawiam czytelnikom zagadki do rozwiązania. Sam wymieniam kolejne stacje, by jak najszybciej dotrzeć do  tajemniczej krainy w samym sercu Pomorza.

            Zanim wyruszyłem z  dworca w Skórczu,  zbadałem czynne tory: okazało się, że najstarsze pochodzą z 1852 roku (Smętowo – Bydgoszcz), nieco młodsze znalazłem w Chojnicach na szlaku z Piły do Tczewa (1872 r.), a także w Wierzchucinie (te z Laskowic, 1883 rok), a najmłodsze na słynnej magistrali węglowej, prostym ściegiem, od 1930 roku, idącej przez Bory Tucholskie i Kaszuby do Gdyni. Uspokojony dobrym stanem infrastruktury wskoczyłem w Smętowie do składu Szybkiej Kolei Miejskiej (wówczas jej pociągi dojeżdżały aż do Laskowic Pomorskich). Jadąc po lekko garbatych polach, mijając piękne Lalkowy i zabytkowy napis („Warluben”) zanurzyłem się w las. Pociąg przez chwilę mknął tam ponad wierzchołkami drzew. Tnąc Wysoczyznę Świecką, wspólnie przeprawiliśmy się przez Wdę. W Terespolu Pomorskim pomachałem linii do Świecia (już tylko towarowej), chwilę później zamyśliłem się nad smutnym losem toru do Złotowa (już nawet nie towarowego). Podziwiając krajobraz polodowcowych wytopisk, notuję w pamięci Parlin, Pruszcz Pomorski, Kotomierz, Maksymilianowo, Rynkowo, Rynkowo Wiadukt i wjazd do Bydgoszczy Głównej.

            Całuję rodzinną ziemię, a chwilę później wskakuję do następnego pociągu. Tym razem będzie to „Chojniczanin”. Gdy rusza o 1339, zauważam, że żółto-niebieskie piętrowe wagony specjalnie wystawne nie są. Ale ja jadę tym pociągiem nie po to przecież, by zaznawać rozkoszy miękkich siedzeń i kryształowo czystych szyb. Jest także bonus: „Chojniczanin” zatrzymuje się tylko na wyznaczonych stacjach – większość z nich dobrze znam z widzenia, bo defilowały przede mną notorycznie w latach 1982-1987, gdy uczęszczałem do Technikum Leśnego w Tucholi i w wesołej kompanii przemierzałem wielokrotnie ten szlak. I znowu: Rynkowo Wiadukt, Rynkowo i Maksymilianowo. Dopiero na tej trzeciej stacji na krótko stajemy. Pogoda, jak to mówią niektórzy meteorolodzy, przekropna. W przedziale dla podróżnych z większym bagażem stoją sobie trzy rowery, a siedzą kolejowi emeryci.  Opowiadają o swych nieżyjących kolegach z różnych posterunków i dworców.

            Rozjazd w lewo, pod żółtym wiaduktem. Po drugiej stronie, nieco wyżej, tory do Tczewa. Po chwili rozdziela nas klin lasu. Kryje betonowe przyczółki nieprzejezdnego wiaduktu. Po prawej ciąg przewróconych drewnianych słupów z porcelanowymi izolatorami, leśny przejazd. Pociąg jedzie z XIX-wieczną prędkością 20-30 km/h. Krzyżują się pasy przeciwpożarowe, młodniki,  piaszczyste przejazdy na ukos, z rozkrzyżowanym ostrzeżeniem (X) albo też zarastające trawą. Milczą dawne jeziorka, teraz tylko wodne oczka z grubym, zielonym kożuchem. Gdzieniegdzie druty z drewnianych słupów spływają na ziemię. Miga czerwony dom po prawej, pola, wysoka sucha trawa (trzcinnik) i pojawia się przed nami stacja. To Stronno. Dworzec jest typowo borowiacki – żółtawy jak po zakaźnej chorobie, ze spadzistym dachem z dwoma wolimi oczkami. Dookoła ciągną się pola obramowane lasem. Rampa towarowa spokojnie  popada w zapomnienie. Magazyn nie ma już większości szyb.

            Po prawej dołącza do nas szosa z liściastą aleją. Mijamy przejazd na drodze z Kotomierza  do Koronowa (z budką dróżnika i szlabanami), czerwony dom z sadzawką (prastarą chyba, sądząc po konsystencji i kolorze wody), gromadki nowych domów po prawej i las po lewej. No i mamy Wudzyn  – zdemolowaną małą szopę, Chodnik peronu wyrasta tu ze szczerego pola. Po prawej mamy domy – klocki. Dla kontrastu – za chwilę po tej samej stronie torów, kilkaset metrów od pociągu strzela niespodziewanie w niebo piękny, neogotycki kościół. To niestarty jeszcze z powierzchni ziemi ślad obecności niemieckich gburów i właścicieli majątków ziemskich na Pomorzu i Krajnie. Poza tym widok typowy – zbronowane już pola. Na horyzoncie po lewej ciągnie się nitka lasu, który ocienia Zalew Koronowski.

            I detale: betonowy wiadukt z metalowymi poręczami, pamiętający zapewne czasy Wilusia, po prawej klockowate domki, przejazd ze szlabanami.  Kolejny przystanek – Serock. Zagubiona  wśród pól stacyjka ma piękną wieżę ciśnień, budynki spedycji towarowej i tor  zarośnięty trawą oraz pustą rampę.

            Jedziemy więc  wzdłuż drogi asfaltowej. O, semafor!  Droga tymczasem wije się jak wąż i oplata tory, po chwili odbija w prawo. Po lewej widać lekko dziurawe gospodarstwo w czworokącie ceglanych, czerwonych budynków gospodarskich. I znowu rozległe pola, dzikie wysypisko śmieci. Las to zbliża się, to oddala. Tu i ówdzie w krajobrazie tkwią śródpolne kępy wierzb i bzów. Drugi z emerytów przygotowuje się, by wysiąść. Jak mówi, od 10 lat jest na emeryturze i tak właśnie wygląda: ma czarne półbuty, czarne spodnie z byłym kantem, granatową marynarkę, sweterek w klin, niebieską koszulę, ciasno zapięta pod samą szyją. Regulamin obowiązuje więc także nieczynnych pracowników.

            Tymczasem jedziemy dalej. Dookoła znowu pola i po chwili (jedna chwila = trzy momenty) Świekatowo. Czynna jest tu nastawnia, ale za to nigdy nie było dworca, przynajmniej według relacji  kierowniczki „Chojniczanina”. A może zmiotła go zawierucha wojenna we wrześniu 1939 roku, gdy w tej okolicy toczyły się przewlekłe i krwawe walki Armii „Pomorze” z korpusem Guderiana o odbicie przeprawy na Brdzie, a potem o otwarcie drogi na Bydgoszcz dla odciętych i okrążonych oddziałów polskich? Bo po chwili jazdy widać budynek dworca Świekatowo Wschód  na linii Świecie – Terespol – Parlin – Klonowo – Bruchniewo –Świekatowo Wsch. – Pruszcz Bagienica.

            Następnie ciągniemy przez łany kukurydzy; błyszczą jeziorka, migają stare stodoły, nowoczesne  dworki;  pociąg przyspiesza do 40-50 km/h. Po obydwu stronach las brzozowo – sosnowy. Po lewej plac dużego tartaku, a za nim stacja Błądzim z okrągłym zegarem, okienkiem zawiadowcy, dwupiętrowym budynkiem mieszkalnym oraz kilkoma gospodarczymi.

            Ruszamy. Wychodzi słońce, ale chmury wciąż czarne. Dookoła teraz  piękny, wysoki i pełen brzóz bór sosnowy. Wielka łąka po prawej, piaszczysty przejazd w lesie,  świerki pośród sosen, brzóz i dębów – majestat Borów Tucholskich. Dalej zaś olszynki i łąki.

            Powolutku dojeżdżamy chyba do Wierzchucina. Oznajmiają to droga gruntowa i przejazd w wysokim lesie, polana po lewej i duże jezioro po prawej (Mukrz z rezerwatem cisów. Pociąg buczy głośno i przyspiesza w lesie jak koń przed stajnią. Tak oto pojawia się Wierzchucin. Krzyżują się tutaj tory z Bydgoszczy, Kościerzyny, Chojnic i Laskowic.   Dworzec jest odpowiednio wielki; w jego poczekalni i w bufecie spędziłem wiele godzin, czekając na przesiadkę z pociągu Tuchola – Laskowice na skład Kościerzyna (Gdynia) – Bydgoszcz. Miłe chwile pamiętam też z górki przy zachodnim peronie („Bałtyk” i „Vistula” tu płynęły kiedyś, ale woda z nich koszmarna). Jest tutaj też budynek stacji rozrządowej i słynne WC z syzyfkami (chodzą po ścianie małe robaczki; wchodzi podróżny do szaletu; sika na ścianę; robaczki spadają; podróżny zapina rozporek i wychodzi; robaczki ruszają w górę; wchodzi następny podróżny i …tak dalej. Znacie tę opowieść).

            Po chwili skręcamy  w lewe odgałęzienie torów – do Tucholi i Chojnic. Wyjeżdżając pozdrawiamy dróżnika z czerwoną chorągiewką, który wychyla się z okienka piętrowego budynku między peronami. Podziwiamy Królestwo. Królestwo boru suchego i chrobotów. Jadąc pojedynczym torem mijamy po prawej ładny dworzec i zabudowania Wierzchucina Starego i w padającym słabo deszczu witamy stację Cekcyn. Starszy obiekt kryje się za dębem, a stacja mieści się (z posterunkiem dróżniczki ) w różowawym budynku na samym peronie po lewej. Za nim ciągnie się wieś, ze wspaniałym, spiczastym neogotyckim kościołem z czerwonej cegły, widocznym długo ze skarpy nad Jeziorem Cekcyńskim. Kościół niknie, by po chwili znowu pojawić się zza przesłaniających go krzewów. Pola są tu pięknie pofałdowane. Zaczynają się zagajniki, a pod lasem sterczy niezły okaz typu duży fiat 125p.  Pachnie grzybami; po prawej ogromna łąka,  młodniki, piaszczyste drogi, przejazd, pasy przeciwpożarowe i sośnina.  Polami wędrują słupy drewniane, a dalej klonowe lasy. Przy torze mijamy wysoki ceglany budynek; znowu suchy bór, w środku lasu – nitka metalowego, półkolistego mostu nad niewielką rzeczką Stążką.  Wjeżdżamy w wąwóz i na kolejny most, tym razem o niskich, metalowych poręczach – nad Brdą; dzięki rzekom w dolinie pojawia się więcej drzew liściastych. Pociąg daje sygnał, bo w prawo odchodzi rozjazd (zardzewiałe tory do tucholskiej cegielni?), ale my jedziemy prosto. Wtedy  po lewej stronie zaczyna się szosa Świecie – Tuchola, pierwsze domy i tartak,  mijamy magazyny i czynną rampę (na której wciąż „PALENIE WZBRONIONE”) z czerwonej cegły przykrytej dachem z czarnej papy. Godzina 14.52. Tuchola.

            Tucholski dworzec jest żółtawy, po tej samej stronie co miasto. Od budynku stacyjnego droga prowadzi prosto jak strzelił do poczty i internatu technikum. Gdy zaś ruszamy, po prawej mijamy trochę nijaki kościół z szeroką, ażurową wieżą, dużą remizę, obok niej neogotycką szkołę podstawową (gdzie onegdaj odbywały się alternatywne piłkarskie mistrzostwa świata – te w Argentynie). Widać też urząd miasta z tajemniczym ogrodem. Następnie wyłania się z krzaków teren byłego LOK-u (Ligi Obrony Kraju – przypominam, a młodszym wyjaśniam), na którym to placu ćwiczyliśmy  piruety na wuesce i jazdę samobieżną traktorem Ursus. Bo wiadomo, technik leśnik ówczesny musiał mieć prawo jazdy trzech kategorii i szkoła o to dbała. Na lewą stronę wkrótce przeskakuje droga do Sępolna, a po prawej rozciąga się bagienna dolina Kiczy.

            Szerokim łukiem odbijamy w lewo, po drugiej stronie ciągnie się nitka szosy do Chojnic. Wokół pola. Niewyraźne lasy raciąskiej kasztelanii w oddali. Teren po lewej jest ładnie pofałdowany i ta niecka wydaje się ciągnąć przez pogranicze borowiacko – krajeńskie aż po Sępolno i Złotów. Kotliny i lasy na zboczach  jakby z gór żywcem przeniesione, przeplatają się z mokradłami, jeziorkami, polami i kępami drzew wśród nich. 

            Dojeżdżamy do Żalna. Dookoła peronu poprzysiadały gospodarstwa, przeważnie „moderne”. Po odjeździe mamy klony przy polnej drodze, płoty, a od prawej nadciąga las z sosen, brzóz i dębów złożony, by za chwilę ustąpić miejsca okręgowi pól. Widać też, że PKP, zanim zapomniało o reszcie swojej infrastruktury, najpierw wyrzekło się żywopłotów wzdłuż torów – ten z klonów i świerków za Żalnem ma ze trzy, może cztery metry wysokości. No i zapewne zatrzyma wielkie mnóstwo śniegu.

            Po prawej wyłania się wieś oraz łąki poprzerastane  trzciną i kępami łozy. Odbijamy więc lekko w tamtą stronę. Dookoła robi się płasko, pod lasem sterczą pojedyncze zabudowania. Na horyzoncie asfaltowa szosa, a bliżej –  opuszczony młyn. Tak zaczyna się kolejna wieś – Silno. Mają tu neogotycki kościół i dla kontrastu: szare bloki PGR-u. Po prawej trasę do Chojnic, a po lewej – długo oczekiwane pola Atlantydy.        Rozciągają się niczym  gigantyczna pajęczyna od Granowa na północy do Dużej Cerkwicy na południu i od Niw na zachodzie do Piastoszyna na wschodzie. Szkielet konstrukcji stanowią cztery linie kolejowe: Piła – Chojnice, Chojnice – Nakło i Tuchola – Chojnice oraz Świecie – Pruszcz Bagienica – Więcbork – Złotów. Pomiędzy nitkami tych szlaków umiejscowiły się liczne wsie: Abrau, Annafeld, Blumfelde, Damerau, Deutsch Cekzin, Dὅringsdorf, Frankenhagen, Gerrsdorf, Granau, Gross Zirkwitz, Harmsdorf, Henningsdorf, Jakobsdorf, Lichtnau, Mosnitz, Obkass, Osterwick, Petztin, Schlagentin, Steinberg.

            Dlaczego nie wymieniam polskich nazw? Może pamiętacie z lekcji historii średniowieczną kolonizację na  prawie niemieckim? Nie? Ale o Krzyżakach słyszeliście? No to się nie zdziwicie, gdy usłyszycie, że po wojnach z Polską tereny krzyżackich komturii  człuchowskiej i tucholskiej były zdewastowane i opustoszałe. Zadbali o to przede wszystkim husyci, których Władysław Jagiełło w 1433 roku najął, by ogniem i mieczem złupili zachodnią część państwa krzyżackiego. Na początku lat 30. XV wieku panowie zakonni postanowili więc na te żyzne ziemie ściągnąć osadników z północno-zachodnich Niemiec (z Osnabrűck).  Tak zaczęła powstawać katolicka, niemieckojęzyczna grupa regionalna na polskim Pomorzu. Do historii przeszła jako Kosznajdrzy. W 2003 roku Władysław Lewandowski tak pisał  w bydgoskim dodatku „Gazety Wyborczej”: „Około 1484 urząd na Tucholi objął starosta Koszniewski, a słowo Koschnäwen, później brzmiące Koschneider oznaczać miało tyle co ludzie Koszniewskiego – czyli ludzie poddani prawom, ale i opiece tegoż starosty”. Losy Kosznajdrów były dość zawiłe. Przed polskimi królami reprezentowali ich starostowie. Prześladowani byli  przez protestanckie Prusy (jako katolicy). Od  Niemców różnili się też językiem, używali bowiem średniowiecznego Niederdeutsch.  W XIX stuleciu na tym podłożu ukształtowała się zwarta grupa regionalna Kosznajdrów. Ich poczucie tożsamości bazowało na zwartym terytorium, zamieszkanym od wieków, potencjale ekonomicznym (duże, nowoczesne gospodarstwa), odrębnym języku, kulturze i religii. Na początku XX wieku było ich  około dziewięć tysięcy. Zajmowali się rolnictwem, prowadzeniem mleczarni, gorzelni, młynów, wiatraków. Po 1920 roku stali się częścią mniejszości niemieckiej w II Rzeczypospolitej. Jako mieszkańcom pasa przygranicznego zabraniano im wówczas sprzedaży ziemi w inne niż polskie ręce. Rygorystycznie wymagano od nauczycieli – Kosznajdrów bardzo dobrej znajomości języka polskiego. W związku z tym systematycznie spadała liczba lokalnych, dwujęzycznych szkół. Jednak do roku 1934 nie odnotowano poważniejszych zadrażnień między Polakami a Kosznajdrami. Po przejęciu władzy przez Hitlera również na Pomorzu zaczęły nasilać się nastroje rewizjonistyczne, na które odpowiedzią był polski nacjonalizm i częste oskarżenia pod adresem obcojęzycznych sąsiadów o nielojalność wobec Rzeczypospolitej. W czasie okupacji w wielu miejscach regionu  Selbstschutz przeprowadził egzekucje mieszkających tam Polaków. Kosznajdrów wcielono do I lub II grupy niemieckiej volkslisty. Dlatego na konferencji w Poczdamie w 1945 roku postanowiono, że muszą opuścić Polskę i przenieść się do alianckich sektorów okupacyjnych na terenie Niemiec. Ostatni „Rucksack Deutsche” („Niemcy plecakowi”) pięć lat później wyjechali za Odrę, a wraz z nimi zaginęła pamięć o niezwykłej krainie. O pomorskiej Atlantydzie, której historia zakończyła się definitywnie.

            Musimy więc podążać dalej. Za chwilę mijamy kolejną parafialną wieś (kościółek jest bardziej przysadzisty), jedziemy przez  płaski, rolniczy teren z bąblami olszyn, łąki i ugory.  Przemykamy przez  Racławki bez zatrzymywania się. Teren po lewej obniża się, po prawej wyrasta nasyp i szosa, tory niemal dotykają wsi i boiska piłkarskiego po prawej.  Mknąc przez pola i łąki pociąg buczy niskim głosem, jakby na powitanie zagajnika ze słupów stacji energetycznej i drogi ze Świecia oraz wielkiego zakładu (słynnego ZREMB-u).

            Pojawiają się hale magazynowe, wysypisko starych osi kolejowych i złomowisko właściwe, budynki spedycji kolejowej (na ul. Towarowej) oraz rampa, a na niej m.in. zardzewiałe parowozy. To już Chojnice. Wyjazd do Czerska mamy za pięć minut, oczywiście znowu piętrusem. Tymczasem na stacji podziwiamy zadbaną wieżę ciśnień. Mają tu także potężną nastawnię (koło niej pamiątkową tablicę, przypominającą, że to – jak Tczew – „kolejarskie” miasto), przeszklone wejścia do tuneli peronowych i kamienną kostkę na peronach, czynny bufet oraz poczekalnię zamkniętą na kłódkę i piękny zegar peronowy. Warto też z Chojnic zapamiętać uśmiechniętą, bardzo życzliwą kasjerkę („Z rowerem?”) oraz  zawiadowcę z biało-zielonym lizakiem i pana młotkowego.

            Już jedziemy do Krojant. Wśród zabudowań stoi lokomotywa z małym wagonikiem (przedwojennym?!), od czasu do czasu prześwituje „berlinka” z Tczewa. W prawo odchodzą tory tucholskie, nasz pociąg przecina jezdnię (mamy ją po prawej), mkniemy przez wiadukt i bory z sosny i drzew liściastych.    Dworzec w Krojantach  niebrzydki całkiem, ale szpecą go szałerki gospodarzy. Do wsi (jakieś 2-3 kilometry) prowadzi polna droga w szpalerze lip i klonów, którą zamożni gospodarze tej okolicy nazwali ulicą – Dworcową, a jakże. Baron von Eckerstein, właściciel Krojant miał zwyczaj zjawiać się w dni targowe w Chojnicach (środy i soboty) powozem z czwórką koni. Z werandy na rynku rzucał drobne monety i śmiał się, gdy chłopcy je zbierali. Długo bawił w restauracji, a wieczorem wracał pociągiem. Kupował bilet do Rytla i wsiadał. A ponieważ w Krojantach nie było stacji, zatrzymywał pociąg hamulcem bezpieczeństwa i po uiszczeniu kary wędrował pijany do domu. Taką anegdotę przytacza Tomasz Krzemiński w swojej fenomenalnej pracy historycznej („Codzienność mniejszych miast Pomorza Nadwiślańskiego końca XIX i pierwszych dziesięcioleci XX wieku”, Warszawa 2017). Ha! Wiedziałem, że ta stacja kryje jakąś tajemnicę! Gdy pewnego razu szliśmy od Krojant leśną, a później brukowaną drogą, wydawało mi się, że obok nas szła jakaś niezwykła persona! To musiał być duch barona-kawalarza.

            Dalej jedziemy przez pola, las po obydwu stronach pojawia się i znika. Przy torze przycupnął kolejarski domek, szosa poszła w poprzek. Chłopskie pustki, wąwóz, żywopłot świerkowy. Wspinamy się na skarpę i wjeżdżamy do Rytla.Tutaj polscy kolejarze we wrześniu 1939 roku zniszczyli niemiecką drezynę pancerną, taranując ją parowozem mknącym z Chojnic; niestety nie udało się im uwolnić jeńców sterroryzowanych przez załogę pociągu pancernego.   Jednak dzięki kolejarzom i żołnierzom 1. Batalionu Strzelców oraz batalionu ON „Tuchola”  niemiecka akcja „Pociąg” skończyła się fiaskiem, tak  jak i w Tczewie.

            Za stacjąprzejeżdża się po wysokim moście nad Brdą i Wielkim Kanałem Brdy, ale jest on dobrze widoczny tylko od strony wody. Zaraz też pojawia się stacja Rytel Wieś. Obecnie miejsce to może służyć jako tło fotografii pt. „Po przejściu trąby powietrznej w 2017 roku”. Wtedy dookoła stał sosnowy las, młodniki i starodrzew. Do wsi ze stacji prowadzi wąska asfaltowa droga, przepleciona z drogami piaszczystymi. Budynek stacyjny jakiś nijaki, gomułkowsko – gierkowski.

            Kierownika pociągu, pana Kazimierza, z 35-letnim stażem na kolei, pochodzącego z Kaszub, ale mieszkającego w Gostycynie, nachodzą wspomnienia.  Mówi, że szkoda mu  pomorskich tras. Tej z Chojnic, ze Starogardu do Skórcza, do Szlachty. Wzdycha, że kiedyś regularnie jeździł  też z Tucholi do Koronowa, a dziś przejeżdża tamtędy tylko skład towarowy, no i raz jechał pociąg Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

            No, czas ruszać. A gdy jedziemy między drzewami,  zauważamy, że za rzeką, w borze   widać piaskowe wydmy! Zahaczamy o morze? Ale po chwili las otwiera się na śródleśne łąki i rzednie – to tylko Gutowiec.  Wsiadają grzybiarki z koszykami.

            Gdy mijamy przejazd i torowisko odchodzące na południe (do Szlachty i Bydgoszczy), przygotowujemy się do ewakuacji – wjeżdżamy do Czerska. Dworzec jest bardzo charakterystyczny: żółtawy, symetryczny, po bokach sterczą (jak u Tolkiena ) dwie wieże. Nastawnia nie ma szyb, jakby tu (na ulicy Kolejowej) też działały zastępy entów ze Śródziemia. Do miasta prowadzi urokliwa ulica Dworcowa, obsadzona lipami. Mamy okazję spożyć obiad. Poproszę maltych z Borów. Może być brukwianka. Jeszcze nie czas? No to plyndze. Pomogę, bo nawet ja wiem, że trzeba obrać kartofle, zetrzeć, wrzucić do tego jajo, wsypać mąkę i sól, w oleju usmażyć, a kogoś wysłać do składu po śmietanę i cukier na wierzch. Kompot z rabarbaru do tego? Poproszę. Trochę cynamonu znajdę w „Lalce”.  

            Po obiedzie. Do Starogardu zostały jeszcze 43 kilometry. Wyruszamy więc z peronu trzeciego klasycznym już w naszej podróży piętrusem. Mijamy ceglane domy na Kolejowej, rampę i magazyn. Tuż za miastem rozciągają się żyzne Czerskie Łąki. Na skos zaś prowadzą tory do Bąka i Kościerzyny. Mknąc wzdłuż szosy, przez pola i wąwóz, dojeżdżamy do Łęga.  Same łęgi mamy po lewej, po prawej zabudowania wsi i strzelisty neogotycki kościół, który uparcie wbija się w niebo długo po tym, gdy już opuściliśmy stację. Przeciskamy się pod nasypem węglówki. Bezkompromisowo mkniemy przed siebie.

            Gdy po lewej mijamy posterunek dróżnika, rozlega się nastrojowe dzwonienie, a w oczach – łąki i pasma drzew. Do dziennika podróży trafiają nieregularnie rozrzucone zabudowania (nowe i kanciaste), zardzewiały rozjazd oraz most nad Wdą, który gdzieś nam umknął (choć to wysoki, betonowy akwedukt). Torów nagle robi się aż pięć: to najmłodsze miasto Kociewia, stolica płyty pilśniowej – Czarna Woda. Nie jestem pewien, czy Zakłady Płyt Pilśniowych jeszcze istnieją, ale w latach świetności dawały pracę całej okolicy, dzięki nim powstał tu basen kryty, boiska, bloki, no i samo miasto. Mało kto je zauważa, bo leży jakby na poboczach „berlinki”.

            Wyjeżdżając, po prawej mamy łąki, po lewej trzcinowiska, a za chwilę po obu stronach – linię lasu.  Jedziemy więc leśną przesieką. Struga przecina torowisko i łąkę na krzyż, wjeżdżamy w las. Tutaj tkwi Kamienna Karczma, z żółtawym budynkiem dworca.

            Później jest wysoki las mieszany (sosna, brzoza, świerk, dąb), kolejny już wielki dom z czerwonej cegły tuż przy torze (któż w nich mieszka – kolejowi emeryci? dawni dróżnicy?), wielkie łysiny w lesie, budka nastawni („KL”). Pojawia się zardzewiały tor, a przy nim stacja Kaliska. Jej znaki charakterystyczne to tartak i peronowy płot,  kuty w żelazne lilie. Białawy dworzec prezentuje się godnie dzięki zawiadowczyni w czerwonej rogatywce i staremu zegarowi.

            Mijamy ruiny cegielni z wysokim kominem, wieś ciągnie się długo z obu stron. Patrzą na nas trzydziestoletnie świerki na nasypie i lasy stojące wzdłuż torów. Na odludziu zaglądamy w okna  domów kolejarzy, pasiemy krowy na łące, ostrożnie obchodzimy się z ogniem (palenie należało rzucić kilka lat wcześniej) w suchych, chrobotkowych borach. Dyskretnie przecinamy przejazd w lesie, ogromne łąki i meldujemy się przed czerwonym domem zawiadowcy w Bytoni.  Jest tu co prawda  tylko peron z płyt chodnikowych na nasypie pod lasem i łąka z wysokim domem kolejarskim, jednak  kawałek dalej  pojawia się krajobraz kompletny: łąka, mokradło, zboże w lesie, pola większe i mniejsze, ukośna droga.   

            Znowu robi się zielono od łąk i pól. W tej zieleni  stoi nastawnia z pustymi oczodołami okien. Kolej dorzuca do tego cień starych lip i zaskakuje mnie stacją Zblewo. Dworzec mają tu jakby ulepiony z piasku, oprócz tego wielkie składowisko (buraków? węgla?) z betonowych płyt, szosę do Kościerzyny i Skarszew z budką i szlabanem. Ale we wsi, by zaprzeczyć nijakości  … barokowy kościół. I piękny neogotyk.

            Gdy się już napodziwiamy, jedziemy przez rozległe pola. Na widnokręgu mamy drzewa, za chwilę wśród nich pojawiają się Piesienice.Dworzec i aleja lipowa ozdabiają ją wspólnie. Za tą miejscowością znowu wyrastają pola w zbożach, wysokie lasy z fragmentami dąbrowy (pewnie to zasługa rzeczki Piesienicy), ogromne jagodziska, szachownica lasu i pól, zarastające jezioro w lesie po prawej. Są jeszcze kotlina i wieś na zboczu, las liściasty, niewyraźne koryto rzeki. Po prawej zaś meandruje szeroko rozlana Wierzyca.

            Gdy zobaczyłem bloki i szpital od południowej strony, wiedziałem że przez Piekiełki wjeżdżamy do Starogardu, mijając po drodze rząd cystern na bocznicy Polmosu. Podróż kończę tym razem właśnie w stolicy Kociewia, witając ją po raz pierwszy od strony zachodniej. Tę wyprawę zakończę w języku dawnych bydgoszczaków (z książek Jerzego Sulimy-Kamińskiego „Most Królowej Jadwigi”  i profesora Andrzeja Dyszaka „Jak mówili bydgoszczanie. Mały słownik gwary bydgoskiej”): długo byłem weg, jak to plachander. Wziąłem einfach troki w garść i zrobiłem abtrimo, ale teraz trzeba sił uszparować, musi ich starczyć na gorsze czasy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *