Pejzaże Kolejowej Prowincji. Linia nr 3 (215, 201, 208): z Laskowic Pomorskich do Laskowic Pomorskich

To nie pomyłka: trzecia linia zaczyna się i kończy na tej samej stacji. Najpierw pojedziemy nią  z Laskowic Pomorskich przez Osie i Szlachtę  do Czerska. Stamtąd wrócimy do Laskowic, ale przez Wierzchucin i Drzycim. Dwa razy odwiedzimy także urokliwą stację w Szlachcie. Umożliwili nam to budowniczowie kolei, kładąc tory w Czersku (w 1873 roku), na linii z Laskowic do Wierzchucina (dziesięć lat później) i na całej trasie z Czerska do Laskowic przez Śliwice i Osie (w 1906 roku). Pojedziemy zatem pod prąd historii. Alfabetyczna kolejność stacji przedstawia się następująco: Będźmirowice, Czersk, Czersk Świecki, Dąbrowy, Drzycim, Jastrzębie Pomorskie, Kwiatki, Laski Tucholskie, Laskowice Pomorskie, Leosia, Lipowa Tucholska, Lniano, Łążek, Małe Gacno, Osie, Rosochatka, Szlachta, Śliwice, Śliwiczki, Tleń, Wierzchucin, Zarośle, Zielonka Pomorska.

            Zanim wyruszymy, spójrzmy raz jeszcze na mapy, aby nie zabłądzić. Na mapie kolejowej zarys tych linii układa się w spłaszczony kształt litery „V”. Oznacza więc zwycięstwo ludzkiego ducha nad naturą Mapa krajoznawcza wskazuje, że litera ta opiera się na rezerwacie cisów nad Jeziorem Mukrz. Mamy więc remis 1:1 w meczu natury z kulturą. Barwy mapy Borów Tucholskich podpowiadają zaś, że walka ta pozostanie nierozstrzygnięta: gdzieniegdzie rozciąga się co prawda białe albo żółte królestwo człowieka, ale gdzie indziej przyroda dumnie prezentuje błękitne sztandary jezior albo zielone chorągwie lasu.

             Ale nie powinno nas to martwić. Dzięki temu możemy w jednym miejscu podziwiać zakole rzeki i wiszący nad nią most, jak w Tleniu, albo stuletnie lipy i radosną czerwień cegieł dworcowych, jak w Osiu. Kolejowy zegar w takich miejscach doskonale komponuje się z czystym niebem lata. Tak w kolekcji wspomnień pojawia się poczucie harmonii, kojącej oczy i myśli.

             W jej poszukiwaniu wiele razy odwiedzałem tę linię, przemykającą pomiędzy kłosami zbóż i pniami drzew. Po raz pierwszy wziąłem ją pod lupę 2 maja 2007 roku. Na pierwszym peronie stacji w (1.) wytropiłem zielono-pomarańczowy szynobus z herbem województwa kujawsko-pomorskiego na burtach. Zająłem miejsce przy oknie. W pobliżu usadowiła się matka z popłakującą dziewczynką (kobieta na czerwonej torbie, córka na kolanach matki) oraz biały pies, reprezentant ginącej rasy, zwanej  szpicem pomorskim. Czworonóg entuzjastycznie oblizywał szybę, przyglądając się ruchowi za oknem (z sąsiednich peronów odjeżdżały  osobowy do Grudziądza oraz pospieszny „Bachus” do Zielonej Góry). Dziewczynka natomiast zastygła w odrętwieniu. Bardzo mnie to zaskoczyło ponieważ dzieci, jak wiadomo, lubią jeździć pociągami i na ogół  podczas jazdy jest ich wszędzie pełno. A tu taka niespodzianka!

            Tymczasem ruszamy, bo już jest 1250. Na wyświetlaczu pojawia się napis: „Następna stacja – 2.”. Głośnik to potwierdza. Pojazd przyspiesza, mknie przez bocznice, mijając zakład  PKP Energetyki  i betonową wieżę na pajęczych,  chudych nogach. Jest ona naocznym dowodem, że Wells miał rację, gdy pisał w „Wojnie światów” o inwazji  z Marsa. Najwyraźniej najeźdźcy pozostawili tu jedną ze swoich machin, by pilnowała ważnego szlaku kolejowego i jeziora. Wstęp do wieży – surowo zabroniony!

            Stopniowo odrywamy się od linii Bydgoszcz – Gdynia, jadąc na przełaj przez pola. I oto stacja (2.). Budynek jest szary, dwuczęściowy (poczekalnia oraz  kasa na parterze, a nad nią dyżurka i zegar w kwadracie). O ile pamiętam, we wrześniu 1939 roku przebijający się ku Wiśle Polacy stracili tu sporo krwi. Po chwili zadumy ruszamy dalej.

            Przecinamy szosę do (3.) z rogatkami i odbijamy łukiem w lewo, po tej samej stronie mając taflę wielkiego jeziora Stelchno. Zanurzamy się w pola, ku lasowi, a razem z nami biegną kolejowe żywopłoty. Po lewej pojawia się modny ostatnio rzepak, polny przejazd w towarzystwie samosiejek sosnowych oraz  patyczkowaty las z brzózek, sosenek i świerczków. W słońcu i błękicie wyrasta wielka łąka pod wyższym już borem. Tory przecina szutrowy przejazd i wtedy pojawia się ceglany dworzec w (3.). Jego piętrowa, zwarta bryła robi pozytywne wrażenie. Zaznaczono na niej początek „partyzanckiego” szlaku turystycznego. Jednak porastająca sosną betonowa rampa po prawej jest mniej sympatyczna. Po króciutkim postoju wykonujemy kolejny skok.

               Z prawej wciąż towarzyszy nam las z pasami przeciwpożarowymi (ciągnie się daleko, aż pod Warlubie oraz na północny zachód i można by nim, nie wychodząc spomiędzy drzew, pomaszerować wprost w lasy kaszubskie). Po lewej wdzięczy się piaszczysta droga z zieloną murawą między koleinami. Na chwilę obejmuje nas skarpa, za którą  las staje się wilgotniejszy – pełznie tędy Sobińska Struga, od źródeł pod Dębią Górą koło Radogoszczy aż po Żur. Za chwilę powrót do pomorskiej klasyki – na wzgórzach po obu stronach torów sosny, trawa, piach i mech. W lewo odchodzi droga do Jaszcza, po prawej umiera łąka spalona słońcem. I tak niepostrzeżenie wyrastają (4.). Ładny, ceglany dworzec z takimż budynkiem gospodarczym towarzyszy nam tylko przez chwilę.

            Bo jesteśmy już na łąkach i polach, na przejeździe ze znakiem X i biało-czerwonymi słupkami okalającymi drogę. Przecinamy nawis lasu; droga wije się pomiędzy drzewami (te cofają się w prawo, ku rezerwatom w pobliżu Miedzna), i szczerymi polami (rozległe na kilometr, dwa, może i trzy), z kilkoma punktami niewielkich gospodarstw; witamy się z pierwszymi domami. Malutkie jeziorko (Leśno) po lewej, szosa do Drzycimia i nadleśnictwo po prawej to już centrum (5.). Siedziba „Gromu” to duża wieś ze świecą białego kościoła w centrum. Rozciąga się na prawo od stacji. Ona zaś może być wizytówką kolei na Pomorzu – cegła, zegar, szlabany, czynna kasa, mieszkania kolejarzy na piętrze, majestatyczne lipy na malowniczym podjeździe od strony miejscowości.

            Gdy ruszamy, po prawej widzimy boisko piłkarskie. Po lewej zaraz za niewielkim polem rozpościera się las, porastający oba brzegi Wdy. Chyba dlatego obok tradycyjnych sosen i brzóz są w nim także dęby i modrzewie. To malownicza trasa, atrakcyjna przyrodniczo i krajobrazowo – koło torów, w dole, na leśnej drodze odpoczywa grupa rowerzystów (ja tym razem siedzę wewnątrz) na czerwonym szlaku. Teren zaczyna opadać ze wzgórz po prawej ku dolinie rzeki. Za drzewami przebłyskuje  jezioro (Żurskie, jak się wkrótce okaże). Przejeżdżamy przez stary most na Wdzie, szeroko tu rozlanej, i pomiędzy domami, ośrodkami turystycznymi, polami kempingowymi wjeżdżamy na stację 6.  (to ponoć taka ryba). Zwany „perłą Borów Tucholskich”  jest miejscowością, która ożywa w sezonie turystycznym. Na południe mknie szosa do Lniana, w drugą do Śliwic i Osia, na zachód do stolicy Borów – Tucholi. To skrzyżowanie dróg jest doskonale widoczne z peronu i stanowi niezły punkt orientacyjny w kolejowych podróżach. Tutaj też rzeczka Prusina wpada do Wdy, a płynie z dalekiej północy, ze Śliwic, Łobody, Krówna, Osiecznej i jeszcze skądś. Kiedyś sprawdzę.

            Kiedy jedziemy dalej ku przeznaczeniu, po prawej właśnie Prusina długo nam towarzyszy, i w lesie, i na łące. Las pełen jest jagodzin, przeplatają się tu wysokie sosny z uprawami i młodnikami. Na niebie chmurzy się trochę. I nagle z lasu trafiamy na stację (7.), z ceglaną, opuszczoną wieżą, pełną dziur. Na ceglanym licu dworca sterczą porcelanowe izolatory, ale przewody już od nich odcięto. Na peronie tańczą samosiejki sosny i trawy.  Wieś wstydliwie chowa się z prawej, po lewej zaś mamy drogę do Śliweczek i Śliwic.

            Pociąg turkocze powolutku, mijając przejazd polnej drogi. Witają nas brzozy i ubogie łąki,  a wreszcie suchy bór. Droga odbija w lewo. Po prawej zapamiętujemy duży zrąb. Przez drzewa migają pojedyncze domki. Na skrzyżowaniu dróg rozłożyły się (8.). Potwierdza to  zdjęcie. Drogi oczywiście są z czystego piachu, dom pobliski – stary, sosny – z patyków, a królami lasu  –  chrobotki i jagody. Po minięciu stacji widzimy, jak  szosa przeskakuje przez tor.

               Stąd już tylko kilka podkładów do (9.), tzn. blaszanej wiaty na ugorach. Marna wieś na piaskach, kilka domków, jej obrzeża obmywa znana nam już Prusina. Po prawej wije się droga, wśród wzgórz, pól i byszongów. Po prawej „nowy dwór polski” – samotnia pod lasem; oprócz tego bramka piłkarska na piaszczystym stoku, zastęp spadzistych dachów domowych, stacja paliw Lotos po prawej, betonowa rampa i bloki po lewej, pojedyncze domy oraz  trzy drzewa na wjeździe.

            10. wypada poświęcić trochę czasu. I tak zrobię, bo jak na pomorskie standardy, jest to spora wieś. Leży na wykarczowanym terenie, ale zewsząd otaczają ją ogromne leśne ostępy. Stąd wiedzie w świat pięć głównych dróg.  Po prawej Łoboda z wielkim tartakiem i młynem na rzece; białe domki kolejowe z tej samej strony. Zresztą i po drugiej stronie mamy domki z ogródkami, stosy drewnianych palet; z lewej podpełza cienisty las; dalej zaś ogromna łąka, wydarta borom,  z „pustką”  na środku i drewnianymi płotami. Towarzyszą nam starodawne druty na drewnianych słupach, w lesie sporadycznie wyrastają świerki i brzozy; drzewa robią się jakby starsze. Wśród nich ciągnie się leśna droga, przy niej tylko zamajaczy tablica zagubionej stacji Lipowa Wschodnia.Pociąg się tu nie zatrzymał wcale, rampa i pasy przeciwpożarowe zostały jedynymi świadkami tego skandalu. Chwilę później mijamy po lewej leśniczówkę nad jeziorem Różanek, gniazdowe rębnie i skręcamy po łuku  w lewo.  Przecinamy drogę obstawioną słupkami. Z prawej dołącza tor kolejowy, którymi nocami przyjeżdżają widmowe pociągi ze Skórcza, wiozącymi kolejarzy na służbie niebieskiej i duchy niespokojnych pasażerów.

            Pojawiają się trzy budynki i cztery semafory wjazdowe – to już przedpola 11., z rampą i cmentarzem po prawej.  Nie sposób nie zauważyć przejazdu na asfalcie, który wije się w tym miejscu, jakby piekło go słońce i wielkiego tartaku, którego strzeże figura Matki Boskiej na Rozdrożu. Blisko torów stoi kościół, po prawej też znajduje się  wieś. Stąd prowadzi pięć kolejowych szlaków (do Smętowa, Laskowic, Wierzchucina, Kościerzyny i Czerska), ale część torów porasta trawą i rdzą. Taki zardzewiały tor do Bąka i Kościerzyny przecinamy, odbijając w stronę przez nas zamierzoną. Szynobus buczy donośnie i mknie przez ugory, piach, młodniki, domy i walące się płoty z żerdzi wśród łąk, na których dominują łozy i kępy drzew.

            Pod lipą stoi sobie dom – to stacja (12.). Teren tutejszy nie sprawia wrażenia bogatego. Znowu pojawią się łąki, z rzadka rozsiane ubogie domki z czerwonej cegły jako pustacie we brzozowym gaju. Po lewej w jarze na łące nieco urozmaici widok Kląskawska Struga. A gdy do domów starych dołączą nowsze, będziemy już na przedmieściach. Ominiemy jeziorko po lewej, znikając w równoległej dolinie kolejowych skarp, jadąc przez betonowy wiadukt i plantację wierzb.  Ostrożnie objedziemy omszałe resztki dawnego wiaduktu, dotkniemy toru z Tczewa po prawej stronie naszego pociągu. Miasto schowane w łuku po lewej, symbolizują łąki, wieża kościoła, silosy, AIRPORT CLUB, nastawnia za ceglanym wiaduktem nad drogą do Odr, bocznice i rampa brukowana, magazyny i miejskie bloki, sznury towarowych wagonów i dwie charakterystyczne wieże. To nie siedziba Sarumana. Jest 1356 – a więc jest to (13.), koniec pierwszego etapu tej  podróży.

            Do Laskowic przez Wierzchucin odjedziemy o 1617  z peronu drugiego, choć w rozkładzie jazdy jest wskazany peron pierwszy. Nic to. Szynobus, zwany „kartonem” (o czym miałem dowiedzieć się kilka lat później) przyjeżdża z Kościerzyny. Zanim wtoczy się na stację od strony Chojnic, najpierw zameldują się tu dwa niebiesko- żółte piętrusy (SU-45) do miast objętych we wrześniu 1939 roku niemiecką „Akcją Pociąg”. Dwóch koleżków z Łęga puszcza głośną sieczkę rytmiczną z empetrójki w komórce i dlatego „karton” zrywa się w kłębach błękitnego dymu jak koń spięty ostrogą. Przez torowiska osypane mleczami i wielkie łąki  jedziemy znaną już trasą . Za cementownią  krzyżują się ponownie kolejowe szlaki i znowu jesteśmy na malowniczej stacji węzłowej w (11.). Obsługa pociągu (dwie osoby) przechodzi na drugi koniec pojazdu; tym razem trzęsąc się i wibrując szynobus skręci w lewo. Ominiemy wzmiankowany już tartak, kępy brzóz, przetniemy brukowany przejazd do Kręga. Poprowadzą nas drewniane słupy, odrutowane jak się należy, semafory i tarcze sygnalizacyjne, sześć budynków przycupniętych w pobliżu toru, zardzewiała bocznica i skrzypiące rozjazdy.

             14. to ni mniej ni więcej trzy perony (!) plus jeszcze dwa zardzewiałe tory oraz  imponujący dworzec, pamiętający majora „Łupaszkę”. W powietrzu wisi dziwna cisza, w której pobrzmiewa historia. Stąd bowiem 16 lub 17 lipca 1946 roku z ostatnią misją do Gdańsk wyruszyła sanitariuszka V Wileńskiej Brygady AK Danuta Siedzikówna ps. „Inka”. Po jej aresztowaniu między innymi na tutejszej stacji funkcjonariusze Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego postanowili zorganizować zasadzkę na „łupaszkowców”. Jednak nieumiejętnie przeprowadzona akcja zakończyła się 20 lipca ich  porażką w potyczce z żołnierzami 5. szwadronu V Brygady pod dowództwem sierżanta Olgierda Christy ps. „Leszek”.

            Dzisiaj trwają tu na posterunku kolejarskie domy, skrajnia i odbijacz. Zjeżdżamy więc na lewy tor, przez chaszcze i świerki. Przecinamy najpierw szosę Czersk-Śliwice, potem dwukrotnie (!) drogę z Lipowej do Śliwic przez Lubocień i Rosochatkę – raz pod wiaduktem, drugi raz w sosnowo-świerkowym borze.

            Po chwili pojawi się punkt orientacyjny – nadajnik telefonii komórkowej, plac pełen drewna i desek, bębnów do kabli, kopalniaków i starych maszyn. To skryta w lasku po lewej  borowiacka (15.), w której znalazłem mogiłę  Grzegorza Piotrowskiego.  Niedaleko wsi znajduje się słynny akwedukt w Fojutowie. Blisko też stąd w leśne ostępy Tucholskiego Parku Krajobrazowego i słynnych Okonin Nadjeziornych, ale uwaga! Turysto, jeśli marzysz o drogach oznaczonych szlakami, kamiennych drogowskazach z odnowionymi napisami, to marzenia zrealizujesz raczej gdzie indziej.

            Za przystankiem znowu borowiacki, rzadki las, drewniane szopy ze rdzą, młodniki, stare gospodarstwa, przejazd na szosie Lińsk-Okoniny, łąki, piaszczysta droga i zardzewiały tor po lewej; za chwilę drugi, skrajnia, blaszana wiata. To (16.).. Tutaj 5 maja 1945 szwadron „Lufy” z V Wileńskiej Brygady AK na wzór dawnych akcji ekspriopracyjnych Piłsudskiego zatrzymał pociąg, by przeprowadziwszy rewizję pasażerów, zgromadzić zapas zaopatrzenia. Dziś – dwa perony z płytek, ubikacja, dom. Wszystko, by tak rzec, łaciate, „dzięki” odpadającym tynkom. Poczekalnia i jeszcze jeden domek w lesie przy Brzozowych Błotach, do których zapewne prowadzi przejazd w las.

             Dalej mamy bory, gruntowe drogi przejazdów, gruby kabel  łączności na drewnianych słupach, a jakże. Asfalt  przeskakuje w lewo do Wielkiego Gacna, mniejszego niż to nazwane Małym. Może dlatego, mknąc przez nie kończący się las, szynobus buczy szyderczo. A może to buczenie dostojne, bo po chwili przecinamy Trakt Napoleoński z Tlenia do Tucholi i posuwając się wzdłuż chropowatego asfaltu meldujemy się w (17.), a właściwie przy szarej budce z  napisem. Za nią w słońcu pławią się pola i tutejszy kościółek razem z pocztą.

            Za tą stacją las staje się świeższy, bo po lewej rozciąga się bagienko. W czasie jazdy zauważymy dwa przejazdy i szosa prowadzącą z Tlenia do Cekcyna. Las skończy się jak ucięty nożem i wtedy wśród pól mamy (18.).

            Obok toru w trawie błyszczy szkło, nasypy z obydwu stron ładnie się zazieleniły. Na łąkach tu i ówdzie pojawia się rzeczka Ryszka, nabierająca siły i płynąca aż do Tlenia, oraz melioracyjne kanały i rowy. W lesie, zaraz za kolejnym przejazdem, w lewo odchodzi tor  do zapomnianego Starego Wierzchucina, rozłożonego na brzegu jeziora i dalej, do Tucholi i Chojnic. Jeszcze kilka minut i mamy chwilę (jedna chwila = trzy momenty; Tytus de Zoo) na przesiadkę na węzłowej stacji w (19.).

            W tych okolicach toczyły się zacięte walki we wrześniu 1939 roku. Wycofujące się polskie pułki i bataliony zostały tu zaskoczone przez zmotoryzowane oddziały niemieckie i w większości nie zdołały się przebić na południe w stronę Bydgoszczy ani też na wschód w stronę przepraw na Wiśle. Opis wydarzeń znajdziemy m.in. w książce Konrada Ciechanowskiego „Armia Pomorze 1939”, w relacji szefa Oddziału Operacyjnego Armii „Pomorze” (Warszawa 1982),  Kazimierza Sławińskiego „Bitwa o Pomorze 1939” (Warszawa 1974), a także w „Atlasie Wojny Obronnej 1939” wydawnictwa Taktyka i Strategia.  Sięgnę po te relacje przy innej okazji, gdy raz jeszcze będę przemierzał linię kolejową, prowadzącą przez Bory Tucholskie.

            A tymczasem o 1706 ruszamy w dalszą drogę. Tym razem pustawym, za to nowszym szynobusem, zostawiając za sobą w drodze do Grudziądza piaszczyste drogi, tartak i stacjęz lat 30. XX wieku. Omijamy domy z ogródkami, przejazd w lesie. Jak zwykle po obu stronach defilują sosny, rozciągają się piaszczyste wertepy, ale są też skupiska dębów, bo tory po dziesięciu minutach przecina rzeczka Mukrz, meandrująca długo i łącząca w ten sposób słynny rezerwat Cisów Staropolskich z Wdą w zakolu Gródka.

            Po rozległych łąkach wtaczamy się do (20.). Dworzec stoi sobie pod kasztanowcem, ale w tym roku drzewo jeszcze nie kwitnie (szrótówek kasztanowcowiaczek coś ma tu do powiedzenia?). Tor po lewej jest zardzewiały, beton rampy zapuszczony, szosa z Tlenia do Pruszcza Pomorskiego przechodzi za stacją przez torowisko; aż po horyzont ciągną się domy z lewej.

            No i tej właśnie strony towarzyszą nam szosa do Drzycimia, boisko, piaszczyste i żwirowe drogi, a z drugiej brzozowy las i łąki, kiedy po niedługim czasie meldujemy się w (21.). Piękny dworzec w bzach, ule po prawej, jemioła na topolach, za dworcem remiza z czerwonym żukiem, szutrowy przejazd – oto  typowa pomorska stacja kolejowa.

            Znowu pojawiają się łąki i pola, nowy element to połamane brzozy przy torze z lewej strony. A dalej jak zwykle – gospodarstwa (jedno może poszczycić się oczkiem wodnym tuż przy torze), spiczasta wieża neogotyckiego kościoła wyglądająca zza drzew, pola zieleniejące. No i mamy (22.) na skrzyżowaniu pięciu dróg. Stacja też stoi pod znakiem kasztanowca. Ta miejscowość należy do najstarszych na Pomorzu, wzmianki o bitwie nad Wdą w 1191 roku znajdziemy w „Kronice polskiej” Galla Anonima! Do tego mamy tu niezwykle urokliwy kościółek (wielokrotnie przeze mnie odwiedzany) i cmentarz na pagórku w samym środku tej rozległej wsi.

            Po lewej stronie krajobraz jakby załamuje się i stromo opada w wielką dolinę Wdy. Przeprawy przez nią strzeże od niepamiętnych czasów Gródek. Tu gdzieś wspominany Mukrz wpada do Wdy, a obecnie na polu grasuje wielki spychacz. Znowu przejazd na szosie (szosa do Świecia), kępy olszyny, kwitnący rzepak po prawej. Wjazd w las. Wybrzuszenia terenu uprzedzają, że za chwilę po moście metalowym przemkniemy przez Wdę, która zawija tu wielokrotnie między Gródkiem a Bedlenkami i Kozłowem, bo czuje już kres w Wiśle.

            Za mostem już niedaleko do (23.). Peron ozdabia tu kilka ceglanych, niskich budynków, stojących na skraju lasu po lewej stronie toru. Właśnie wsiada dwóch pijaczków, którzy agresywnie dopytują, dlaczego robię zdjęcia ich domów i do czego mi to potrzebne. Nie zdążyłem nawet się wytłumaczyć, bo kierownik pociągu wywalił ich za nieposiadanie biletu. Po lewej w lesie został też największy na Pomorzu głaz narzutowy, zwany Diabelskim Kamieniem (św. Wojciecha). Podziwiam jeszcze dąbrowę na wzgórzach, równinę i łąki, tor dochodzący z prawej strony, gdy pociąg wchodzi w łuk. Jedziemy w lewo, z prawej mając szosę ze Świecia do Laskowic oraz tory Bydgoszcz – Gdynia, ocieniane  lipami i kasztanowcami. Taki właśnie przejazd, neonowy krzyż werbistów z lewej, ogródki działkowe i bocznice oznaczają, że przybyliśmy do (24.). Jest 1740, czyli czas na koniec tej opowieści.

***Appendix, czyli ekspresem przez Bory

             2 maja 2015 roku, po ośmiu latach (co uświadomiłem sobie dopiero post factum), odwiedziłem ponownie stacje w Śliwicach, Tleniu i Osiu. Oto krótki meldunek. Śliwice – dworzec jeszcze na piętrze zamieszkany, ale stacja już jest nieczynna. Są tablice informacyjne o odjazdach czterech pociągów dziennie (dwa do Chojnic i dwa do Laskowic). Nie działa kasa biletowa, wnętrze dworca jest niedostępne, nie działa także sklep ogrodniczy, zajmujący niegdyś część dawnego magazynu. Otwarty jest jeszcze „parking dla klientów PKP”, przylegający do głównego peronu.

            Tleń: dworzec jest już niestety zupełnie zamknięty, nikt też nie mieszka w ceglanym budynku. Od strony peronu można zobaczyć szmatę z napisem „Na sprzedaż” i stosownym numerem telefonu. Na rampie dworcowej od strony Śliwic wciąż jeszcze stoją stare wagony. Powoli wchłaniają je przeszłość i las. Byli kolejarze (?) mieszkają w dwóch budynkach z szałerkami. Na jednym z nich tabliczka informuje, że dom stoi na ulicy Bydgoskiej. Hmm… ani na Kolejowej, ani na Dworcowej… Niedługo ta przeurocza miejscowość w ogóle straci jakiekolwiek związki z koleją. Bardzo chciałbym tego uniknąć, dlatego postanowiłem nabyć drogą kupna bilet na trasę Tleń – Osie albo odwrotnie, by pozostała jakaś materialna pamiątka istnienia tychże stacji.

            I tu na scenie pojawia się sympatyczny pan kierownik, pochodzący  z Pruszcza  Bagienicy.  Chciałem u niego kupić bilet w Tleniu, ale ponieważ pociąg był spóźniony o cztery minuty (planowy odjazd do Laskowic miał o 1450), a ja nie chciałem nim jechać, konduktor musiał mi odmówić. Gdy godzinę później wsiadłem w Osiu (1554) grzecznie za to przeprosił i żartem zapytał, czy ten bilet jest mi potrzebny jako alibi? Wyjaśniłem, że jeżdżę pomorskimi trasami,  by kiedyś opisać je w książce. Kolejarz od razu zrobił się bardziej wylewny. Nie chciał, co prawda, bym mu zrobił zdjęcie, ale powiedział, że zna Skórcz, bo kiedyś tam jeździł. Gdy dziwiłem się, że Osiu i Tleniu nie ma kas biletowych, rzekł: „Panie, a dla kogo te kasy? Prawie nikt nie jeździ. Kiedyś pociągi były pełne, do Czerska, Śliwic na zakupy, a dziś siedzą po tych wioskach”. Potem doszliśmy zgodnie do wniosku, że to dziwne, iż Niemcom opłacało się budować te linie, a nam się nie opłaca ich utrzymywać.  Jego zdaniem źródłem problemów był podział PKP na spółki, bo wcześniej przewozy towarowe mogły dotować nierentowne linie pasażerskie. Po ośmiu minutach jazdy i chwili zadumy wysiadałem w Tleniu. Mój bilet kosztował tylko 1,67 zł, ale wartość sentymentalną ma większą.

            Osie: dworzec jest przepięknie położony, wspaniale prezentuje się zarówno od strony (chciałem powiedzieć – miasta, bo takie wrażenie sprawia miejscowość) wsi, widoczny na pagórku otoczonym przez rzędy dębów (wzdłuż szosy do Drzycimia)  i lip (aleja dojazdowa), jak i od drogi wjazdowej ze Świecia i Drzycimia (zachodzące słońce podkreśla czerwień cegieł). Nie dział tu już kasa biletowa, ale wnętrze dworca jest dostępne, a starą ławkę w małej poczekalni niedawno chyba odmalowano. Nastawnia działa, wczoraj obsługiwała ją kobieta, dojeżdżająca na stację na rowerze (oparty o budynek, czekał na właścicielkę). Dworcowy zegar wciąż jeszcze odmierza czas.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *