Pejzaże Kolejowej Prowincji. Linia nr 43 (208, 241): z Chojnic drezyną do Koronowa, czyli gra w karty

  • by
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Tak się pechowo złożyło 27 lipca 2012 roku, że chociaż drezyny czekały według rozkazu w połowie drogi, a szlak był przejezdny, drezyniarze nie dostali jednak zgody, by pomknąć z Pruszcza Bagienicy do Koronowa. Urządzili więc wyścigi na czas, w których finalnie triumfatorem okazał się Rafał (z załogą oczywiście).

            Poza tym cieszyliśmy się samą podróżą. Zielonkawe malowanie wagonów i żółto-niebieska spalinowa lokomotywa pięknie prezentowały się na licznych fotostopach. Ten obyczaj przyjął się wśród miłośników kolei bardzo szybko. Wymaga on wcześniejszej wyprawy znawców szlaku, którzy muszą wyszukać ciekawe tło dla maszyny kolejowej. Zazwyczaj jest to jakiś długi zakręt, najlepiej w sztucznie usypanym wąwozie, zabytkowa nastawnia, semafor kształtowy, prowincjonalna stacyjka, most kolejowy albo wiadukt, brzeg jeziora albo morskiej zatoki. No, jednym słowem – jakieś malownicze dekoracje, na tle których pociąg z uśmiechniętymi pasażerami wyjdzie jak na pocztówce. Biada jednak tym, którzy podczas fotostopu ośmielą się zostawić otwarte drzwi wagonu albo wystawiać głowę za okno! Ortodoksi kolejowej fotografii, tworzący złudzenie realizmu, będą rzucać na gromy, wyzwiska i klątwy!

            Klasycznym przykładem takiego miejsca, ulubionego przez hobbystów podróżujących pociągami, jest tor przy imponującej parowozowni w Pruszczu Bagienicy. Ileż to ja napstrykałem zdjęć pociągu, wjeżdżającego tamtędy od strony Tucholi i Świecia! A przecież nie jestem rekordzistą.

            Nie inaczej było osiem lat temu. Zaliczywszy ten punkt programu, mogliśmy z Rafałem zabrać się za odhaczanie punktów spożywczych. Koło gospodyń wiejskich oferowało słynne pajdy ze smalcem i ogórkiem, ktoś sprzedawał piwo, które w ten upalny dzień szło jak woda. Racząc się delicjami (trwał  legendarny Festyn Kolejarski!), pozwoliliśmy pociągowi pojechać do Koronowa, zobowiązując szefa imprezy, by zabrał nas wieczorem w drogę powrotną do Chojnic. I bardzo przyjemnie spędziliśmy czas, zwiedzając stację, poznając ludzi, którzy tak jak my mają bzika na punkcie kolei pachnącej żywicą… Wróć, to Kanada!

            I było przyjemnie, jak się rzekło. Ale później zrobiło się przykro, bo uświadomiliśmy sobie, że chyba przegapiliśmy ostatni kurs do Chojnic. A następny pociąg przyjedzie, o ile to nastąpi, najwcześniej za kilka lat. Na takie opóźnienie nawet my, znani z dziwacznych zachowań (na przykład całowania zabytkowych lokomotyw i wzdychania do złomu), nie mogliśmy sobie pozwolić. Co gorsza, telefon szefa imprezy milczał. Czyżby cały skład został napadnięty i porwany? Może przez Kosmitów?  Gdy z kilkugodzinnym opóźnieniem pociąg wreszcie powoli wtoczył się na peron drugi stacji w Pruszczu, okazało się, że rzeczywiście został – ale nie napadnięty, a napadany. Przez ulewny deszcz, który podstępnie zalał tor. Skutkiem tego stalowe koła  lokomotywy zaczęły się ślizgać, ponieważ natrafiły na mokrą trawę, która zarosła torowisko między Koronowem a Tucholą, prowizorycznie tylko oczyszczone z krzaków i drzew przez ekipę przygotowującą imprezę.

            No, ale pociąg przyjechał i zabrał nas z Pruszcza. I tak zaczął się slow life w naszym wykonaniu. A może to był slow motion? Bo że slow, to pewne. Mając dużo czasu, bo do Tucholi jechaliśmy przez trzy godziny, obliczyliśmy średnią prędkość składu (bo ileż można drzemać w pustych wagonach, leżąc normalnie, następnie z nogami w górze, a później na półkach bagażowych pod sufitem) i wyszło nam, że idąc pieszo bylibyśmy na tej stacji węzłowej prawie dwa razy szybciej niż pociąg. Ale komu chciałoby się wędrować przez zimne i mokre odludzie?           

            Po tej refleksji ktoś zaproponował grę w karty. I to nie byle jaką grę, bo w kolejarską baśkę! Za jej sprawą mogliśmy przenieść się w czasie do epoki, w której kolejarza w pociągu można było poznać nawet wtedy, gdy wchodził do wagonu, dajmy na to w Terespolu Pomorskim,  w stroju cywilnym. Jeśli w przedziale dostrzegł kilku podobnie ubranych kolegów z innych pociągów lub stacji, natychmiast na kolanach jednego z mężczyzn lądowała skórzana teczka (koniecznie zamykana na dwie klamry albo na  dwa paski), siadali wokół niej we czterech i się zaczynało: okrzyki, walenie pięścią, rajcowanie – ‘zolo du!’, ‘gran!’, ‘wesele!’. Pamiętam takie sceny, bardzo malownicze zwłaszcza, gdy w „kibelku” jechało wielu pasażerów, nie znających tego kolejarskiego obyczaju. To gra dla bystrzaków, bo używa się tylko szesnastu kart – asów, waletów, dam i dziesiątek, ich porządek jest bardzo oryginalny, podobnie jak punktacja bitek; rozgrywka trwa około minuty. Czyli to gra dla  orient menów, którymi najwyraźniej nie byliśmy w tamtym czasie, bo zanim zrozumieliśmy zasady, pociąg dojechał już do Tucholi, szybko zmienił czoło i z pełną prędkością pomknął po suchych już szynach do Chojnic. Tam letni, ulewny deszcz zmył z nas zmęczenie i złe wspomnienia, a nad deser lipcowa noc przyniosła nam burzę, słabe echo trąby powietrznej, która dwa tygodnie wcześniej przeszła przez Bory Tucholskie i zniszczyła lasy oraz domy w okolicy Starej Rzeki nad Wdą oraz Wycinek koło Osieka nad jeziorem Kałębie. Ponieważ pięć lat później jeszcze potężniejsza wichura zmiotła spore połacie drzew w Borach, pamięć o nocy poprzedzającej rekonstrukcję bitwy pod Grunwaldem w roku 2012 szybko się zatarła, podobnie jak obraz ostatniego kursu z Pruszcza Bagienicy. Ale nie wśród uczestników przejazdu specjalnego do Koronowa, który rzeczywiście był niezwykły.

            Jeśli zaś na koniec ktoś chciałby rozpaczać z tego powodu, że niewiele tu napisano o kolejarskiej baśce, nie musi tego robić, ponieważ znajdzie opis gry na różnych stronach internetowych. Kaszubi, jak to oni często mają w zwyczaju, uważają swoje plemię („kaszubska baśka”) za wynalazców tej popularnej kiedyś na całym Pomorzu i w Wielkopolsce (zwanej tam „kopem”)  zabawy karcianej.  Wśród kolejarzy byłych ziem pruskich chyba tylko  wśród Ślązaków  większym powodzeniem cieszył się podobny do baśki skat.

            Appendix, czyli  lista stacji według porządku, bo to był, jak się rzekło, przejazd wyjątkowy (nawias oznacza stacje pominięte bez przystanku): Chojnice 1040, (Racławki, Silno, Piastoszyn, Żalno), Tuchola (Brzuchowo, Przyrowa, Gostycyn, Kamienica Pomorska), Pruszcz Bagienica, (Mąkowarsko, Wilcza Góra, Buszkowo), Koronowo i zurűck. Ponad dwanaście godzin przygód i czarów. A na koniec jeszcze służbowy połykacz piorunów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *