Dalsze szlaki. Hel – Szklarska Poręba Górna – Jaworzyna Śląska – Katowice – Brodnica, czyli podróż skrajem burzy

Wagon piętrowy

            O dziewiątej rano na stacji w Starogardzie jest już ponad dwadzieścia pięć stopni ciepła. Mimo to połowa mieszkańców powiatu zgromadziła się na peronie, by jechać przyspieszonym pociągiem nad morze. Nic dziwnego, lato w piętrowych wagonach smakuje wspaniale! Przez szeroko otwarte okna obydwu pokładach wyraźnie słychać kolejowy koncert na zgrzyt i stalowe piski kół, stukot rozjazdów, szum wiatru, gwizdki kierownika pociągu i śpiew ptaków. Kolej uraczy ich też niespodzianką (życie to pudełko czekoladek…) – pociąg ominie Tczew i nie zatrzyma się na stacji w Sopocie. W dodatku w pierwszym wagonie otwarte zostało za Pruszczem Gdańskim (na krótko, prawda!) kolejowe studio fotograficzne. Uczestnicy rejzy korzystają z okazji, by zrobić sobie tam portrety podróżne w pozycji leżącej, zapobiegliwie ćwicząc tym samym nocny etap wyprawy w głąb kraju.

            Potajemnie wyznać jeszcze należy, że podróż ta była nielegalna, bo na większości stacji  zbyt długi, wężowy skład  zatrzymywał się poza skrajami peronów.

Hel, początek. Polski i rejzy

            Nie mogli nasycić się morzem, bo z plaży przegonił ich Posejdon, zazdrosny najwyraźniej o Liczyrzepę. Ze słodyczy życia pozostały im więc ciasto i kawa, spożyte w uroczych okolicznościach Juraty (antrakt). Po dotarciu do Helu kierownik Pomorskiego Projektu Poetyckiego uroczyście spożywa rybę typu halibut (asystent, jak to on, zjada jakieś nadmorskie barachło), po czym przystępuje do kierowania ruchem pociągów, zmieniających czoła. Jego pomoc jest niezbędna, bowiem lokomotywy gubią się na torze manewrowym, głęboko wbitym w półwysep i niknącym w prywatnym ogrodzie.

            Po odegraniu dwuaktowej tragikomedii pt. Poszukiwanie wina, czyli prawdy – In vino veritas – εν οίνω αλήθεια  – w markecie, ścigając się z czasem, podróżnicy zaopatrzeni w wino, środek do celu oraz dobry nastrój, biegną do wagonu sypialnego, ścigani przed mściwego Posejdona, który zaczyna ostrzyć kosę Helu  wichurą i ulewnym deszczem. Wsiadają do nocnego „Rozewia” o 2013, by przez Gdynię udać się do Wrocławia; zawiezie ich tam SU4210-010 z przestronną kabiną o szerokich perspektywach.

Gdynia i dalej.  Nad wodą i pod wodą

            Z kilkudniowej prognozy wynika, że trasa rejzy prowadzi skrajem frontu burzowego, który ukośnym pasem z północy-północnego wschodu na południowy zachód podzielił kraj na połowę. Zatem gdyby  pociąg z Helu do Wrocławia był w stanie rozwinąć żagle, mógłby przejść do kategorii superekspresów. Mógłby też po drodze wziąć udział w paradzie żaglowców, jaką urządza się w Gdyni od wielu lat. Jednak tego wieczoru paradę odwołano, podobnie jak część koncertów Opener’a. Za dużo wody. Zwłaszcza u góry.        

            Tłumy przelewają się także na peronach, w rozpaczliwym poszukiwaniu pociągu, który zechciałby przed nimi otworzyć swe drzwi i wywieźć ich na suchy ląd, którego nie omiatają apokaliptyczne burze. Wędrowcy kolejowi uwieczniają te dramatyczne sceny na serii zdjęć, które nieobecnym mogą dać przedsmak końca świata w mikroskali.

            Dokumentując  rosnące opóźnienie TLK „Rozewie” i spełniwszy kilka toastów za wszystkich podróżnych tego świata, uczestnicy rejzy udają się w objęcia nocy. A była to noc prawdziwie czechowiczowska – przy oknie otwartym na burzę, ulewę i huk wiatru. Stalowy wieloryb pociągu tak nasiąka ciemnością, wodą i powietrzem, że coraz wolniej się toczy. W Poznaniu ma już 85 minut opóźnienia, o  czym informuje odrętwiałych pasażerów senny głos na peronie 56. poznańskiego dworca. Jeden z nich, latając po ciemnych korytarzach, myśli: „W to mi graj! Znowu załapaliśmy się na słynną promocję w PKP: dwa razy dłużej za tę samą cenę! Otrzymaliśmy też ponad godzinę snu w gratisie!”.

Wrocław. Akt II

            Planowy przyjazd  do Wrocławia o 406 unieważniony został w środku nocy niczym sfałszowany dukat. Na peronach tej stacji odegrany został akt II burzowego pandemonium. Milczący, rozespani podróżni wypadają z metalowych pudeł. Zdezorientowane tłumy dworcowe z obłędem w oczach przyglądają się, jak manewrowi zaskakują kierowników pociągów błyskawicznymi zmianami tablic kierunkowych, wyciąganych znienacka niczym asy z rękawów. Nie mniej oszalali pasażerowie wyskakują z wagonów, by po chwili wskakiwać z powrotem do ich wnętrz, ze zdziwieniem konstatując, że według komunikatów głosowych pojadą w innym niż zamierzali kierunku. Za oknami kierownicy pociągów i dyżurni ruchu odgrywają pantomimę ukwiałów. W kilku końcowych przedziałach odkryto działalność rosyjskich dywersantów. Wrogie ślady: pomięte bilety, niedopałki, popiół na siedzeniach, walające się butelki po wódce i puszki po piwie, wstrętny zapach, sterta śmieci na podłodze oraz atmosfera kulturowego konfliktu. Podróżnicy kolejowi wsiadają więc do pociągu byle jakiego (byle nie do Warszawy) i ruszają ku ciepłym, słonecznym krajom.

Do Szklarskiej Poręby Górnej , Tanvaldu i z powrotem. Wizyta smoka

            Zmumifikowani uczestnicy wyprawy zapadają się w siedzenia. Głowy zostawiają w otwartych oknach przedziału. Z odrętwienia budzi ich dopiero wałbrzyska kotlina. Tutejszy krajobraz  głośno domaga się zdjęć pamiątkowych. Działa reguła inżyniera Mamonia. Po powrocie znowu z upodobaniem będą oglądać obrazy, które już widzieli. Na przykład żmijową pętlę toru przed Szklarską Porębą i okoliczne szczyty, podparte lasami. Alpejski dworzec, z którego wiatr wywiewa podróżnych na górskie ścieżki i ulice miasta.

            Szklarska Poręba Górna. Mrówki chodzą swoimi ścieżkami: kiosk – sklep – kantor – sklep – restauracja – sklep – bankomat – sklep. Zawsze jednak wracają na dworzec. Tu bowiem obiecuje się im przedsmak raju i zjadanie boga: przed południem na stacji pojawi się smok parowy, a wybrani dostąpią radości uczestniczenia w świątecznej podróży. Nikt jednak nie zna dokładnie ścieżek jego. Trzeba więc  szukać draha w ojczystej jego ziemi. Tam, gdzie wesołe tłumy celebrują kolejowe święto. Tam, gdzie zubačka połyka pasażerów i wypluwa ich na stacji węzłowej. Tam, gdzie słońce wisi wysoko nad górami.

            Uczestnictwo w szaleńczej radości. Podróż w głąb czasu, razem z ludźmi z początków XX wieku. Przymierzanie cylindrów, wielkich kapeluszy i fraków do aparatu. Trzeszczenie drewnianych ławek w przedziałach III klasy. Sadza i pył na uśmiechniętej twarzy, wchłaniającej świerkowy las wzdłuż toru. Radosne machanie dłoni, gdy czerwonogwiezdny smok już znika za horyzontem Kolei Izerskiej.

Jaworzyna Śląska. Kraina dinozaurów

            W wagonie barowym pociągu przyspieszonego „Kamieńczyk” czas płynie przyjemnie między jajecznicą a piwem. Po kilku godzinach podróży pierwszy kontakt ze stacją, która przylepiła się do zaklętej krainy stalowych dinozaurów. Odkrycie w żywicznych osadach  ukrytego w cieniu drzew wagonu sypialnego z lat 70., w którym krążą duchy Edwarda Gierka i jego czerwonej świty. Odprężający sen, bo Polska znowu podobno rośnie w siłę, a ludzie żyją dostatniej. Na pewno w sąsiednich przedziałach żyją bracia-Ukraińcy, spożywający gorzki chleb uchodźczy. To oni pielęgnują stalowe olbrzymy, zdrętwiałe na bocznych torach kolejowego skansenu. Te zaś ożywiają się, gdy dotyka ich dłoń przewodnika, pana Zbigniewa. Jego  słowa i gesty tchną żarem. Uczucia wypełniają pozornie martwe kadłuby lokomotyw i wagonów. Triumf techniki kolejowej. Zwiedzający ruszają w wyobrażoną podróż. Odwiedzają w niej mityczne stacje, spotykają znanych ludzi i tysiące podobnych sobie pasjonatów. Po drodze przestają działać zegary, wędrowcy dziwią się więc nocy.

            Przed snem pokrzepiają jeszcze ciała i dusze w wagonie restauracyjnym. W nim stają się młodsi o dwadzieścia kilka lat. Uczą się miękkiej wschodniej mowy. Dzięki niej  powstają dwa wnioski racjonalizatorskie.  Wniosek numer 1 („Powrót do czasów świetności”) to pakiet podróżny dla wszystkich pasażerów polskich kolei. Powyżej 150. kilometrów jeden pakiet gratis: dwa jajka na twardo, szczypta soli, pomidor, bułka z masłem. Wniosek racjonalizatorski nr 2 („Kingsajz dla wszystkich!”) to  jajecznica dla chętnych w wózkach Warsu w pociągach pospiesznych w komunikacji krajowej.

Do Katowic. Kraina słońca i gór

            Żeby do nich dotrzeć, trzeba zmierzyć się z potęgą natury: słonecznym żarem i górami. Z tym pierwszym zwyciężają, dzięki przedziałowi 1. klasy w pociągu pospiesznym „Sudety” Kolei Dolnośląskich. Czują zawistne spojrzenia, bo tylko dla nich starczyło tu miejsca w spalinowym zespole trakcyjnym. Zazdrość ulatuje jednak szybko przez szeroko otwarte okno, przez które zaczynają się wpychać góry. Nic dziwnego, magistrala sudecka. Uzbrojeni w aparaty fotograficzne śmiało mierzą się z pejzażem. Pozdrawiają stare dworce, linie telefoniczne, posterunki dróżników, semafory, mosty, wioski i miasta. Podzielają szacunek, jakim zawiadowca stacji w Racławicach darzy pociąg: na klęczkach omiata go wzrokiem z poziomu peronu. Nie wierzą przy tym cynikom, mówiącym, że  pracownik kolei reaguje tylko na ostrzegawczy komunikat z nastawni, iż pociąg coś za sobą wlecze.

            Nie opuszczając wnętrza wagonu wędrowcy odwiedzają zamki piastowskich władców. Przeskakują doliny i wzgórza. Kłaniają się duchom gór. Jak tajny szyfr starają się zapamiętać nazwy poszczególnych pasm: Karkonosze, Góry Kamienne, Góry Wałbrzyskie, Góry Sowie. Góry Bardzkie, Masyw Śnieżnika, Jesioniki, Góry Opawskie… Przepływają rzeki. Widzą, jak za Kędzierzynem-Koźlem technika zaczyna intensywną współpracę z naturą. W Katowicach pomagają wsiadać dzieciom do stojącego na sąsiednim torze pociągu kolonijnego, cierpliwie tłumacząc różnicę między Łebą a Helem.

            Idą w głąb miasta, by znaleźć spokojny sen.

Do Tczewa przez Sierpc i Rypin, Brodnicę. Ostatni odcinek

            O 841 wyjazd pociągiem „TLK „Flisak”, który dwukrotnie w drodze do Tczewa przeprawi się przez Wisłę.   Mijanie Zawiercia, Myszkowa, Częstochowy. Doświadczanie próżni środkowej przestrzeni. Łódź Widzew, Ozorków, Łęczyca. Płaski talerz krajobrazu. Jakiś diabeł w nich wstępuje. A może to demon ruchu? Zaczynają się pleść wątki przygodnej opowieści. Czas zawraca do  minionych lat. Pociąg zdwaja wysiłki, by brnąć naprzód. Jego strudzone cielsko często obmywa deszcz. Królowa polskich rzek otwiera drogę na Wschód. Stukot  mostu budzi  czujność wędrowców. Zbroją się w aparaty i wyobrażenia. W Płocku pospiesznie umacniają swoje pozycje szańcem kanapek i kubkami kawy.

            Nieoczekiwany zachwyt: jakże piękna leśna rzeka! Oszołomieni wjeżdżają w pagórki ziemi dobrzyńskiej. Smętne dworce, malownicze pejzaże. Brodnica: kolejowy most, Drwęca, nastawnia, dworzec z wkomponowaną weń ceglaną wieżą. Kolejarskie wspomnienia. Wjazd do znanych krajobrazów i opowieści.

            Zabytkowa stacja w Jabłonowie Pomorskim, a przedtem chwytanie tego, co minione z korytarza ostatniego wagonu. Przejazdem przez Grudziądz. Czy wciąż pachnie tu octem i musztardą? Powracający: bądź pozdrowiona, Wisło! Zmiana czoła pociągu i składu osobowego przedziału. Jeszcze jeden miłośnik kolei w akcji. Opowieść o liniach, z których wszystkie prowadzą do Laskowic Pomorskich. Pospieszny przejazd do Tczewa.

            Rozchodzą się kolejowe szlaki. Jeden wiedzie na zachód, drugi na wschód. Ale to chyba nie koniec opowieści, bo 1878 kilometrów kolejowego szlaku to zbyt mało.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.