Pejzaże Kolejowej Prowincji. Linia nr 21 (202, 213): z Gdyni do Helu, czyli podróż do ostatniej stacji

  • by

Dlaczego warto pojechać na Hel? Choćby dlatego, że tam znajdują się ostatnia miejscowość i stacja kolejowa, którą Polacy oddali najeźdźcom w 1939 roku. Dzisiaj mieszkańcy miasta reklamują swoją miejscowość nie jako koniec, ale początek Polski. Przeciętnemu Polakowi nazwa ta kojarzy się z fokami, a znawcom historii z tak mitycznymi istotami jak wodnosamoloty, zatopione okręty i lokomotywy stacjonujące w poprzek lądu. 

            Dnia 21 kwietnia 2009 roku, czyli we wtorek, korzystając ze zwolnienia lekarskiego po nieudanej próbie odcięcia sobie palucha lewej stopy, ruszyłem na północ, by przemierzyć odcinek z Gdyni do Helu. Zachęcił mnie do tego między innymi kolega-kolejarz, pracujący w Przewozach Regionalnych, mówiąc: „Moje ulubione trasy? Na Hel! Większość ludzi to Kaszubi i turyści, no i niesamowite widoki za oknami szynobusu. Z tamtej trasy mam zdjęcie pasażera  z Konga – studiował w Warszawie ekonomię, dobrze mówił po polsku.  Na pożegnanie rzekł:  Jak będziecie kiedyś  przejeżdżać koło mnie pociągiem, to wpadnijcie”.

            No to słowo się rzekło. Patrząc w okular fotoplastikonu na dworcu w Gdyni, widzimy, że kolej zagościła tu już w 1870 roku, gdy położono tam tory w kierunku Słupska. Z leżącej na tym szlaku Redy osiemnaście lata później pociągi ruszyły do Pucka. Stamtąd w 1903 roku uruchomioną prywatną linię do Krokowy (Kleinbahn Aktiengesellschaft Putzig – Krockow) ze stacjami pośrednimi w Swarzewie, Łebczu, Starzyńskim Dworze, Radoszewie, Kłaninie i Sławoszynie. W roku 1922 akcjonariat KAP-K rozwiązano, bo państwo niemieckie i przedsiębiorstwo budowy kolei Lenz&Co nie były zainteresowane linią leżącą za granicą, prowincja Prusy Zachodnie i powita pucki rejencji gdańskiej przestały istnieć, a hrabia von Krockow nie posiadał już wystarczającego majątku. Linię przejęło PKP i  oznaczyło ją numerem 263. Tak dotrwała do 1989 roku, kiedy to zawieszono na niej przewozy osobowe i do 1991, kiedy przestały tam kursować także składy towarowe (czternaście lat później szlak rozebrano). Pozostały po niej nieliczne ślady, w tym fotografia kobiety w fartuchu (pracownicy stacji? żony zawiadowcy?) na stacji Cecenowo z żurawiem wodnym i lokomotywą w tle oraz zdjęcie prezentujące polskiego harcerza pozującego w 1936 roku na tle parowozu Tkh1-1.

            W 1920 roku postanowiono przedłużyć linię z Pucka do Helu, wówczas istotnego portu, w którym przeładowywać miano broń z Zachodu ze statków na kolej ( Wolnym Mieście Gdańsku było to problematyczne). Wojsko linię zbudowało dopiero dwa lata później, kiedy wojna z bolszewikami już się skończyła, ale pierwotnego zamysłu nie zmieniło to znacząco, ponieważ Hel stał się od lat 30. XX wieku ważną bazą polskiej marynarki wojennej.

            Przed jazdą do celu tradycyjnie rozglądamy się wokół. Gdynia Główna to dwa dworce w jednym,  bo razem z kolejowym mamy tu dworzec autobusowy PKS-u. Naprzeciwko  widać budynki w stylu modernistycznym z lat dwudziestych XX wieku. Przed wejściem do hallu głównego umieszczono tablicę pamiątkową dla gdynian wysiedlonych z miasta w 1939 roku. To skromne upamiętnienie przedstawia oddalający się wagon składu towarowego i szyny biegnące poza horyzont. Bardzo to sugestywne, bo oznacza przecież deportację stu tysięcy mieszkańców Gdyni, która tym samym zamieniła się w Gotenhafen, „czysto niemiecką” bazę nazistowskiej Kriegsmarine.

            Żółto-niebieski (czyli w barwach województwa pomorskiego) szynobus już od dłuższego czasu się niecierpliwi na peronie piątym. W wakacje (gdyby przetrwała II RP) mógłby nas zawieźć w rekordowo długą, liczącą aż 1314 kilometrów podróż z Gdyni do Zaleszczyk, słynnego karpackiego kurortu, nazywanego „polskim biegunem ciepła”, gdzie w śródziemnomorskim klimacie można było pławić się w słońcu. Skąd taka dziwna propozycja? To skojarzenie przyszło mi na myśl zapewne dlatego, że z Gdyni właśnie wypłynął za morze Witold Gombrowicz, by nigdy już do kraju nie wrócić. To arcypolskie miasto było ostatnim skrawkiem ojczyzny, tutaj się z nią pożegnał na zawsze, by później za nią tęsknić i ją wyszydzać. Te złożone uczucia towarzyszyć mu będą  do końca emigracyjnego żywota. Nic więc dziwnego, że to Gombro współcześnie został patronem gdyńskiego teatru miejskiego.

            Od wyprawy pisarza do Argentyny minęło już wiele lat. Pomachajmy mu zatem chusteczką i popatrzmy, jak maleje jego sylwetka na pokładzie transatlantyku. Gdy już zniknie nam z oczu, ruszajmy o 1034 w stronę mierzei helskiej. Z prawej strony towarzyszy nam przez chwilę skład pociągu Intercity, a z lewej widok ograniczają wieżowce. Nieoczekiwanie stajemy raz jeszcze na końcu peronu, bo akurat trwają prace remontowe na torach.  W okolicy gdyńskiej stoczni (akurat likwidowanej…) robotnicy kładą nowe szyny.  Oprócz dźwigów i budynków stoczni z prawej widać też kilka zabytkowych zielonych wagonów pasażerskich, zwanych „kowbojkami”. Pociąg wcale nie zatrzymuje się na stacji Gdynia Grabówek.

            Po sześciu minutach jazdypierwszy postój na stacji Gdynia Chylonia, na koncie też sześć (kilometrów). Z prawej stoi mnóstwo wagonów,  z lewej mijamy zadaszony peron Szybkiej Kolei Miejskiej, następnie z prawej u dołu migają szyny przetokowe. Przed przejazdem rejestrujemy czerwony dom, z lewej wielkie Targowisko Chylonia. Pociąg zatrzymuje się wreszcie i kierownik uprzejmie uchyla drzwi mamie. Jesteśmy lekko zaskoczeni, więc  ledwo dostrzegamy przyczajony z lewej dworzec.  

            Być może obiekt ten trwa tak od września 1939 roku, bo po prawej znajdują się tereny walk Lądowej Obrony Wybrzeża. Rozumiemy, że dla wielu współczesnych lekcje historii wieją nudą albo są niezrozumiałe. Zanim opuścimy na chwilę wody Zatoki Gdańskiej, spróbujmy jednak wczuć się w emocje polskich żołnierzy i marynarzy, które mogły tworzyć tkankę ich przeżyć we wrześniu 1939 roku. Jakie znaleźlibyśmy tam nici? Czerwoną osnowę złości na agresora. Złotą barwę chwilowych sukcesów.  Zieloną pajęczynę nadziei na pomoc aliantów. Żółto-czarny ścieg goryczy. Czarną studnię klęski. Brunatną rozpacz z powodu śmierci wielu kolegów. Szkarłatną dumę z powodu waleczności żołnierzy. Purpurową gwiazdę wytrwałości strzelców i kosynierów, broniących nie tylko tej wielkiej ojczyzny, ale także tej małej, bliższej sercu.

            Umiłowawszy wolność, nasz szynobus skacze i gna jak mustang. Mkniemy więc wzdłuż szosy, w pędzie obserwując składy elektryczne, stojące po lewej. Z prawej panoszy się wielka hala Real, a za ogródkami widać bloki.  Z lewej wyrasta zdecydowanie morena sosnowa, a pociąg buczy na jej powitanie. Mijając nowe osiedle i zielony namiot kościoła, wskakujemy na peron stacji Rumia,zaliczając jedenaście kilometrów. Najpierw kołyszemy się na zwrotnicach, a potem spotykamy zmodernizowany skład elektryczny EN-57. Z prawej tętni życiem hala Castoramy – czy handel wciąż dominuje w gospodarce polskiej? Z lewej mamy jednak ładniejszy widok – na morenę.  

            Z prawej wzrok zaczyna przyciągać malowniczy klif i wysoki komin.  Chwilę stoimy, po serdecznej stronie mając małe domki i kominiarza, roznoszącego ulotki. Z prawej ciągnie się wielkie składowisko węgla. Po piętnastu przemierzonych kilometrach jesteśmy już na stacji Reda. Po prawej stronie rampy stoi sobie dom.  Pod dworcem parkują samochody, stojąc niemalże na torach.  W lewo biegnie szlak do Lęborka i Słupska. Z prawej sterczą domy z lat 80. XX wieku, a za nimi wystrzeliwuje w górę szpica kościoła.

             Ruszając, przejeżdżamy mostem rzekę Redę, potem miejskie nieużytki, przejazd strzeżony na ulicy Puckiej. Następnie szybko mijamy szeregi domków – z lewej, pod moreną i z prawej. Z tej strony robi się płasko i pojawia się szosa. A tymczasem przed nami już Reda Rekowo. Pod lasem wyrósł żółty, nowy kościół, a przy szosie – niebieski kiosk. Tymczasem tutaj, dwadzieścia kilometrów od stacji początkowej,  do pociągu wsiada ktoś z Żelistrzewa –może to Drzeżdżon jaki? 

            Na końcu alei dojazdowej stoją stare domy, z lewej ciągną się wciąż garbate wzgórza, z prawej urocze ujście Redy. Zbocze tam tak się wypiętrza, że całkowicie zasłania widok. Pojawia się też las, najpierw z lewej. Są to głównie sosny, ale jest i trochę buków. Po chwili okaże się jednak, że ten las to tylko wąski pasek drzew wzdłuż toru.

            Wjeżdżamy między nasypy za lasem, po prawej wciąż rozciąga się ładna dolina. Stajemy za nią w Mrzezinie, na dwudziestym czwartym kilometrze. Z prawej strony mamy szary, mały dworzec (zatem – dworczyk?), a za nim nowoczesną, kubistyczną wieś.

            Przejazd idzie w lewo, ku alei, wieś rozbudowuje się także z tej strony. Z prawej towarzyszy nam nieustannie dolina. Trzy kilometry za Mrzezinem zatrzymamy się w Żelistrzewie, gnieździe rodu, z którego pochodził autor „Leśnej Dąbrowy”. Z prawej jest rampa i dworzec oraz przejazd drogowy, z lewej, frontem do torów, usadowił się kościół. Ku naszemu zdziwieniu jakoś nie słychać tu kaszubskiej mowy.

            Za to z prawej stoi coś z kamienia. Za tym nowe i szare domy. Z prawej widać już chyba Zatokę Pucką. Szosa z prawej ponownie się przybliża do pociągu. Gdy pojawia się duży budynek wytwórni musztardy „Dagoma”, wjeżdżamy na teren stacji Puck. Kiedyś tutaj, na trzydziestym pierwszym kilometrze naszego szlaku, produkowano mocne piwo puckie, którego wartość sprawdzano za pomocą skórzanych spodni i drewnianej ławy na zasadzie: piwo nie skleja spodni z ławą – wylać!

            Teraz z lewej stoją nowe domy, z prawej na wiosnę czekają ogródki i altany działek, a tor prowadzi wciąż wzdłuż szosy. Rampa kolejowa dziś służy za przystanek Pomorskiej Komunikacji Samochodowej. Pucki dworzec znajduje się z prawej strony, za nim widoczne są kolejowe domy  i zabudowa stacji, a także  ulice i budynki miasta.

Powinniśmy tu na chwilę wysiąść. Mamy bowiem do wykonania dwa zadania: dokonać osobistych zaślubin z morzem i wytropić ślady Antoniego Abrahama. Zrobimy to dyskretnie. W roku 1920 Polska w osobie generała Hallera przyrzekała zjednoczyć bałtyckie wybrzeże z resztą kraju. Zatem i my możemy wrzucić w morskie fale coś cennego. Nie mamy też wątpliwości, że idąc tropem Antoniego Abrahama, znanego działacza ludowego, orędownika polskości Kaszub, nie naruszymy jednak regulaminu ruchu pociągów. Miejsce zajmiemy wyłącznie w wagonie, a nie w kabinie maszynisty. Nie powtórzy się więc w naszym wykonaniu historia sprzed I wojny światowej, gdy Abraham zamierzał jechać z rybami na sprzedaż do Krokowy. Podobno podpuszczony przez znajomych wsiadł wówczas do lokomotywy, by samemu podczepić wagony, ale nie zapanował nad pociągiem i uderzył w stojący już na torze skład, po czym zniknął po angielsku, zostawiając ryby.

            Nawet gdybyśmy chcieli zobaczyć owe ryby jako dowody rzekomego przestępstwa, nie pokażą nam ich. Ale w zamian możemy zażyczyć sobie opowieści o słynnych wodnosamolotach, niegdyś będących chlubą Pucka. Szczątki Lublinów RXIII hydro, zwanych „erami”, znajdziemy być może na dnie morskim pomiędzy Juratą a Helem, ale w mieście nad zatoką po Morskim Dywizjonie Lotniczym pozostały imponujące hangary, w których obecnie mieszczą się rozmaite zakłady produkcyjne.

            W Pucku mogą nas też poczęstować słynnym piwem albo rybacką legendą o dzielnym Pucku, podstępnym jak szewczyk Dratewka, dzięki któremu kaszubscy rybacy pozbyli się smoka mieszkającego w grocie pod Mechowem. O legendarnej bitwie pod Świecinem w roku 1462 raczej nam nie opowiedzą, bo ci z przodków pucczan, którzy wzięli w niej udział, nie wrócili po klęsce. Jednak jeśli będziemy mieli jeszcze trochę czasu, możemy pomyszkować w pobliżu młyna w poszukiwaniu pozostałości zamku krzyżackiego rybiczego.

            Jeśli zaś będziemy mieli szczęście, na peronie stacyjnym dostrzeżemy cień „stonki” SM42-762 prowadzącej dwa wagony pociągu numer 9328 albo SU46-049 i jej dziesięciowagonowy skład od dekady kursujące widmową trasą na półwysep.

            Przepuszczając te legendarne składy (ostrożność nie zawadzi!) ruszamy dalej  w stronę Helu. Mijamy wielką kamienicę, robimy wielki zakręt w prawo i  jedziemy powoli ścieżką wśród łozy, zarastającej brzegi aż do zatoki. Z lewej mielą powietrze wielkie turbiny wiatrowe, a z prawej zauważymy dyskretne ujście rzeki Płytnicy. Za szeroką szosą Zatoka Pucka pokazuje się już w pełni,  widać też Kępę Swarzewską w Nadmorskim Parku Krajobrazowym. Na trzydziestym szóstym kilometrze szlaku znajduje się bowiem Swarzewo. Kościółek z prawej szybko pokazuje się w krajobrazie.  Sterczą tu też nieruchome turbiny.  Krótko stoimy przy żółtawym dworcu z wiatrakami w tle i ruszamy nad morze.

            Na polu z lewej pracują kolejne rzędy turbin,  z prawej samotny kościół także otaczają wiatraki. Pola są tu płaskie jak stół.  Wiosną i latem krajobraz wydaje się przyjazny, ale jesienią i zimą wiatr zapewne daje się tu mieszkańcom i pasażerom we znaki. W kronikach kolejowych zachował się zapis, mówiący, że  3 stycznia 1979 roku po niespotykanej śnieżycy dowództwo Marynarki Wojennej skierowało w okolice Gnieżdżewa i Swarzewa oddziały marynarzy do odkopywania ze śniegu pociągu osobowego relacji Reda – Hel. Co z tego zapamiętali nieszczęśni podróżni? Być może dwa morza: z jednej strony zamarzniętą zatokę, z drugiej morze śniegu po horyzont.

            Dzisiaj także możemy podglądać widać zatokę.  Z lewej zaś wbił się w brzeg mały lasek sosnowy, któremu z prawej towarzyszą samotny dom i foliowy tunel. Poza tym u nasady cypla pokazał się i ponownie skrył miejski kościół. Z lewej i prawej krzyczą do nas nowe osiedla. Zaraz pojawi się przejazd, za nim z prawej trawiaste boisko. Wieża kościelna kręci się z prawej strony i przykuwa nasz wzrok. Tymczasem czeka na nas zielonkawy dworzec Władysławowo. Od poprzedniego przystanku przejechaliśmy zaledwie sześć kilometrów. Za budynkiem stacyjnym widzimy kościół i miasto. Tu wsiada jakaś wycieczka szkolna. W szynobusie mamy więc tłok.

            Miasto otaczamy od lewej, osią obrotu jest wciąż kościelna wieża, a razem z nią wesołe miasteczko. „Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie”… Przetoczyliśmy się trzy kilometry dalej w stronę punktu docelowego i zatrzymujemy się, mając po lewej port. Władysławo Port przyciąga turystów m.in. rekonstrukcją drewnianego żaglowca – chyba jest to średniowieczna koga. Widok psuje nieco kompleks elektrociepłowni. Teraz po prawej mamy Zatokę Pucką, a z lewej już  otwarte morze. Ląd jest tu wąski na jakieś 300 metrów. Jedziemy przez sosnowy las, z prawej zaczynają się ośrodki wczasowe. Otwiera się ładny widok na zatokę.  Od morza oddziela nas sosnowy lasek. Z prawej wciąż rzędy przyczep kempingowych i  ośrodków.

            Jesteśmy na helskiej kosie, w Chałupach.W dzienniku podróży zaznaczamy pięćdziesiąty kilometr. Kątem oka dostrzegamy jak, jeden z tutejszych ośrodków imituje okręt. Ale przystanek kolejowy jest pusty. Z lewej mignęła nam leśniczówka. Widoki są przyjemne, tymczasem jeden z pasażerów ma smutną minę – chyba dostał bilet kredytowy? Rozmyślając o bólu istnienia w zatoce minęliśmy plażę,  a po chwili otaczają nas sosenki. Dołączają do nich brzozy i maliny. Z tyłu, z prawej strony, Gdynia lśni na drugim brzegu Zatoki Gdańskiej.

            My zaś, interesując się także historią kolei, wytężamy wzrok, bu zobaczyć, czy dostrzeżemy na dnie morskim jakiś ślad zatopionych tutaj przez Niemców na przełomie 1944/1945 roku pięciu lokomotyw. Miały stanowić, razem z polami minowymi, barykadę zatrzymującą rosyjskie czołgi. Po wojnie cztery usunięto z morza (ponoć dwie wysadzono, dwie przywrócono do ruchu), ale jedna podobno nadal obrasta wodorostami pod Chałupami, jak twierdzi Aleksandra Arendt w książce Bałtyk. Historie zza parawanu (Poznań 2018).Jednak niczego nie dostrzegamy w szarozielonej toni.

            Zauważamy natomiast kolejną leśniczówkę, która znajduje się z lewej strony, właściwie już nad morzem. Teraz przed nami stacja Kuźnica (56. km). Szary dworzec z pewnością nie jest szczytowym osiągnięciem architektury współczesnej. Dwa perony ułożono z płyt chodnikowych. Z lewej bałwani morze, próbując przedrzeć się przez najwęższy punkt półwyspu. Za wydmą z lewej znajduje się opustoszałe boisko sportowe (obiekt wojskowy). Z prawej sterczy sygnaturka, a wzdłuż zatoki ciągną się rzędy starych, rybackich kiedyś domów. Z lewej ulokowano cmentarz, który chyba morze niekiedy zalewa w czasie sztormu… W lesie po lewej przyczaił się tradytor – zielonkawy bunkier, ze strzelnicą w kierunku toru kolejowego. W tym miejscu świata należałoby zacząć czytać  opowieść o walkach na półwyspie w 1939 roku.

            Ląd robi się naprawdę wąski. Na zatoce huśta się jeden kuter rybacki. Przy torze zaś stoi metalowy krzyż. Z lewej oczy cieszą piaszczyste wydmy, z prawej wciąż trzyma się nas szosa, a za nią widać płytką zatokę.  W lesie, który pojawił się właśnie z tej strony, widzimy chyba… rowy strzeleckie? Z lasu też prowadzi przejście przez tory na plażę nadmorską. Sosny są tu spazmatycznie powyginane przez wiatr. Jastarnia Wczasy (na sześćdziesiątym trzecim kilometrze trasy) to długi, żółty pawilon wzdłuż peronu z lewej strony stacji, znajdującej się pośród sosnowego lasku. Mnóstwo tu domów wczasowych, bungalowów, przyczep i chat wypoczynkowych.

            Jedziemy dalej, przez las, mijając cmentarz i kościół z prawej strony.  Toczymy się dostojnie przez podwórka, przecinając przejście dla pieszych między domami, powolutku wjeżdżając na stację Jastarnia. Od ostatniego przystanku to zaledwie kilometr. Tutejszy dworzec też pomalowano na zielono.  Ale to nie byle co – jest tu nawet kolejowe WC, no i mnóstwo pensjonatów, hoteli, ośrodków wypoczynkowych. Turyści mają do dyspozycji także ścieżki rowerowe.

            Mijamy kolejne przejścia na plażę, jedziemy między wydmami, w lesie widoczne są jeszcze leje po bombach i pociskach z II wojny światowej. Tu reklamuje się park linowy. Na sześćdziesiątym siódmym kilometrze trafiamy do Juraty. Zamiast dworca mamy zwykłą blaszaną wiatę, a w niej kłębi się dziki tłum.  Okolica jest bowiem wybitnie wczasowa, a las taki, w którym nie wiem, czego jest więcej – drzew czy ośrodków wypoczynkowych?

            Szosa przeskakuje na lewą stronę toru, las gęstnieje do tego stopnia, że pojawiają się w nim jagodziny, a niektóre drzewa są nawet bardzo wysokie. Oprócz tego sporo tu młodników. Pociąg długo, bo aż przez dziesięć kilometrów, sunie przez nadmorski las. Do niedawna bowiem strzegły tego obszaru wojskowe posterunki i patrole, ale od kilku już lat „Hel bez wojska”…  Za leśną przecinką hamujemy nieco, wciąż za oknami szynobusu mając wydmowy las. Kiedy pojawia się przejazd drogowy i grupa wagonów wczasowych z prawej,  zaczynają się zwrotnice stacji końcowej. Dom w kratkę i z lewej  cmentarz to już Hel. Za nami siedemdziesiąt siedem kilometrów nadmorskiego szlaku, przed nami cmentarzysko polskich okrętów wojennych, zatopionych w  pierwszych dniach września 1939 roku oraz lektura dziennika obrońcy półwyspu. Antoni Seroka w 32 dniach obrony Helu (Olsztyn 1979, s. 152) pisze, że pod koniec września, gdy walki w głębi lądu już wygasły, żołnierze ostatniej placówki nad morzem już tylko czekali na nieuchronną kapitulację: „Bateria Laskowskiego w dalszym ciągu betonuje centralę artyleryjską. Czym to właściwie jest podyktowane? Istotną potrzebą czy koniecznością zatrudnienia ludzi? Ludzie nie mogą mieć zbyt wiele czasu do myślenia, szczególnie w takich warunkach jak nasze. A ponadto dalsze intensywne przygotowania podtrzymują chyba wiarę. W co? W zwycięstwo? W odsiecz aliantów? Mrzonki. By to pojąć, nie trzeba być wielkim strategiem”. I dalej (s. 157): „Jubileusz miesięcznej obrony przechodzi wśród nas bez echa. (…) Masa przeżyć, lawina ognia i żelaza, która w ciągu minionego miesiąca przeorała wydmy helskich piasków, wydaje się nam dzisiaj czymś zupełnie naturalnym. Nie ma okrętów, nie ma latarni morskiej – wszystko naturalne. Było, przeszło… Gorsza dla nas jest świadomość jutra”.

            Skoro Hel oznacza głównie oczekiwanie, możemy też i my poczekać. A ponieważ mamy to szczęście, że żyjemy w powojennej Europie, czekać będziemy mogli na lepsze czasy. Podobno w najbliższej przyszłości ma nastąpić modernizacja linii na półwyspie. Czas oczekiwania można wypełnić sobie także jedzeniem ryb, ponieważ już od XIX wieku Hel słynął z połowów byklingów. Jednak zdajemy sobie sprawę, że nie wszyscy rozsmakują się w wędzonych śledziach, dlatego załączamy przepis na zdrowego dorsza. Trzeba przygotować dwa kilogramy pomuchla, jedną marszew, jedną piotrëszkę, jedną trzecią selera, połowę pora, pieprz, sól; do tego òbléwka: jedna cëbùla, jedno uwarzone jaje, sztërë  zôrna  kùbaby,  lëstk laurowy, cytróna, łeżëczka masła, sól, pieprz. Rëba pokroić, uwarzëc, òbònic  òbléwką. Bòże przeżegnôj!

            Po posiłku czas rozejrzeć się za pociągiem powrotnym. Dworzec niezbyt tu imponujący.  Zresztą nie on ma być główną atrakcją Helu, tylko plaże, na które szybko biegną wszyscy pasażerowie pociągów. Oprócz jednego, który niniejszym żegna się – do zobaczenia na kolejowych szlakach! 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.