Będzie to muzyka awangardowa, jednak nie do tego stopnia, co “Błękitna rapsodia”. Gershin sto lat temu przyznał, że jego utwór nie powstałby, gdyby nie podróż kolejowa i towarzyszące jej dźwięki: „To było w pociągu. Jego mechaniczny rytm, te stuki i łomoty, nierzadko okazuje się inspiracją dla kompozytorów – ja sam często słyszę muzykę w samym sercu hałasu. I właśnie wtedy, w pociągu, nagle usłyszałem, wręcz zobaczyłem na papierze, całą strukturę Rapsodii, od początku do końca”.
Skoro tak, czas skomponować z kolejowych szumów, zlepów i ciągów (jak powiedziałby Białoszewski) symfonię Północy. Co się na nią złoży? Proponuję zgrzyt kół hamującego pociągu, bo te słodkie dźwięki poprzedzają przecież cudowny moment wejścia do pociągu i rozpoczęcie podróży albo dotarcie do celu, który staje się początkiem następnego etapu wędrowania. Usłyszeć by można w niej nuty z gwizdków kierowników pociągów płynące wzdłuż peronów, no i dudniące echem w korytarzu basso continuo na głos konduktora i kameralny zespół (czyli lubiany standard „Proszę przygotować bilety do kontroli!”). Byłby tam oczywiście delikatny powiew letniego wiatru w oknie, które można szeroko otworzyć (zdarzają się jeszcze takie wspaniałe wagony), a w tle młoteczki dźwięcznie kujące ciszę leśnego albo polnego przejazdu (te z opowiadań Stefana Grabińskiego), no i szum jeziornej fali, który tak często towarzyszy północnym krajobrazom. Nocą zimową ledwo słyszalny trzask zamarzających na niebie kryształków gwiazd. Dla szczególnie wyczulonych na świat dźwięków północna kolej mogłaby mieć w swojej ofercie tajemniczy odgłos pnących się ku słońcu drzew, a także baśniowy szmer trawy, rosnącej na polodowcowych wzgórzach. A na deser wszyscy pasażerowie dostaliby jeszcze harmonię sfer, czyli grę obłoków, zderzających się tutaj nieustannie nad ludzkimi głowami.
Tak brzmieć mogłaby nasza cywilizacja. I każdy może do niej dopisywać swoje nuty.