Ten film musiał przyciągnąć moją uwagę, bo są w nim przecież i legenda, i punk rock, i kolej. Widzimy więc stereotyp punkowca w pociągu: jest jak dzikie zwierzę, jakby nigdy wcześniej nie opuszczał swojej nory i nie znał żadnych norm społecznych. Bunt przeciwko opresyjnemu systemowi nie wyrażał się tylko prymitywną destrukcją. A w scenach kolejowych mamy tylko chlanie, ćpanie, kompulsywny seks w brudnym kiblu, wrzaski na korytarzu, hałaśliwą muzykę w przedziale, do którego nawet konduktor boi się zajrzeć i ogólny bajzel. Ja wiem, że dla chłopaków z Bieszczad wyjazd na festiwal muzyczny do Kołobrzegu, leżącego na drugim końcu świata (tak, w realiach PRL-u tak to wyglądało), był początkiem właściwej historii ich życia, czyli rozpoznawalności i pierwszą cegiełką do sławy, ale bez przesady. To chyba byli raczej wojownicy niż chuligani. A tutaj mamy jabol punk. Zastanawiam się w tym miejscu, czy nie próbuję być brązownikiem, broniącym idoli swojej młodości, choć mówiąc szczerze, byli nim raczej muzycy z bydgoskiego Abaddona niż ci z KSU. Może jednak moje wspomnienia to klasyczna retrotopia?
Druga scena kolejowa jest związana z relacjami damsko-męskimi. Dziewczyna oznajmia bohaterowi, że będą mieli dziecko, jednak on, jak na klasycznego punkowca przystało, ignoruje ten fakt. Nie warto by odnotowywać tego momentu filmu, gdyby nie fakt, że tłem dramatu obyczajowego z epoki są zielone wagony PKP, niemożliwie już do zobaczenia w realnym świecie oraz – i tutaj fanfara! – dworcowe rozkłady jazdy pociągów naklejone na obracane bębny. Słodki to widok, podobnie jak obraz stacji Ustrzyki Dolne, choć nie wiem, czy tak ona wtedy wyglądała, bo nigdy tam nie dojechałem pociągiem.
Kolejna scena, która ma miejsce na torach, ma związek z przekleństwem męskiej młodości w Polsce Ludowej. Wyjazd do wojska jest dla głównego bohatera jednocześnie apokalipsą i pogrzebem za życia, tylko że nikt na niego nie przyszedł. No, jedna z dziewczyn krążących wokół protagonisty przyszła, ale akurat jej bohater zdaje się nie chciał widzieć i nic sobie nie mieli do powiedzenia. Armia to dla Siczki czarna dziura nicości, ale i tutaj nie wszystko się zgadza – lider zespołu sam przyznawał, że właśnie w wojsku napisał mnóstwo tekstów i rozwinął się muzycznie.
Młodzi punkowcy wyglądają też zbyt ładnie w swoich eleganckich skórach, jakby dostali je prosto ze sklepu z modną odzieżą młodzieżową. Ale powinienem jednak machnąć ręką na takie nieistotne detale, twórcom filmu chodziło przecież o legendę KSU, zbudowaną przez kilku kumpli z końca świata i marginesów historii. Film nie musi być wierny prawdzie, bo legenda powinna nią pozostać. I najważniejsza jest chyba muzyka, która w nim rozbrzmiewa, bo to kolejny dowód na to, że dawny underground najwyraźniej zapisał się już w narodowych dziejach. Z jakąś cząsteczką mnie samego.