Pejzaże Kolejowej Prowincji. Linia 49 (201, 218, 203),   czyli „węglówka” i Ostbahn albo ekspresem przez Bory Tucholskie

Trzeci raz tą samą trasą?! No bez przesady, powie ktoś. Ale mimo że już kiedyś tędy jechaliśmy („gagarinem” i z Kościerzyny do Bydgoszczy), to jednak warto dla tej linii uczynić wyjątek. Bo wszystkie nazwy stacji na tym szlaku brzmią magicznie, a poza tym, jako niedoszły pracownik Lasów Państwowych, czuję bliską więź z Borami Tucholskimi, a jako technik leśnik również pokrewieństwo z mundurową, kolejarską bracią. Poza tym pojawiła się pogłoska, że wkrótce linia zostanie zamknięta, więc trzeba ją odwiedzić, zanim znikną ostatnie połączenia. Poza tym pojedziemy nie tylko „węglówką”, ale i Ostbahnem, czyli najsłynniejszymi szlakami w północnej Polsce. No i jest jeszcze piąty powód: rzeki. Pociągi, którymi będziemy jechać, poruszają się na obszarze, którym płyną Brda, Wda i Wierzyca oraz Dolna Wisła. W ramionach trzech pierwszych leżą Bory Tucholskie, a trzech ostatnich – Kociewie, regiony etnograficznie pokrewne. Łatwo więc odnaleźć tę podróż na mapie Polski.

            Tym razem jednak wybrałem porę nietypową dla projektu, bo wtorek 14 października 2014 roku, gdy  wracałem od rodziców.  Przejazd też będzie nietypowy, bo ekspresowy. Trasę ułożyłem sobie w kształcie pętli, zaczynając od Tczewa. Tego dnia od rana było pochmurno, około dwunastej zaczęło padać, ale  termometr wskazywał aż siedemnaście stopni. Najpierw włóczyłem się po księgarniach, bo przecież tak szybko odchodzą. Przez miasto szedłem wzdłuż torów, bo chciałem przejechać się także tramwajem, młodszym bratem pociągu. Dlatego pod operą sprzed wskoczyłem do trójki, by przez Brdę przewiozła mnie na dworzec. I była to swoista artystyczna rekonstrukcja: wychyliłem się z okna pojazdu, aby sfotografować spotkanie tramwajów mijających  przed dworcem, w miejscu, w którym w roku 1914 uwieczniono taką sytuację na skrzyżowaniu Dworcowej i Królowej Jadwigi. Poza tym bardzo chciałem zobaczyć jeden z charakterystycznych dla Bydgoszczy budynków, a mianowicie gmach byłej Dyrekcji Kolei Wschodniej. Robię to za każdym razem, gdy pojawiam się w swoim rodzinnym mieście. Gdy piszę te słowa, docierają do mnie właśnie wiadomości, że obecny zarządca zabytku chce stworzyć w nim hotel. Trzymam kciuki za pomysł!  Tym bardziej, że od strony przystanków autobusowego i tramwajowego przed dworcem widać smutny, odrapany wieżowiec Eltry, ważnej w mojej biografii i znanej kiedyś w Polsce firmy produkującej elektronikę. Obydwa budynki dzielą wspólny, niełatwy dla zabytków techniki los, dlatego tak cieszy mnie wiadomość, że komuś na sercu leży los gmachu Dyrekcji.

            Na stacji Bydgoszcz Główna mimo deszczu też rośnie serce, bo na wszystkich peronach stoją składy pasażerskie.  Uwieczniam żółtą tablicę odjazdów z kursem dzisiejszym.  Przez chwilę ogarnia mnie panika, bo wydaje mi się, że pociąg do Czerska przez Szlachtę o 14.20 (nr PA 140088)  jeździ tylko w soboty i niedziele. Zobaczymy, co to będzie…  Potem robię pamiątkowe zdjęcie placu budowy, widzianego od strony peronu trzeciego. To ważny moment w historii, bo właśnie rośnie nowy dworzec, który zastąpi ten, który od zawsze kojarzył mi się z podróżami kolejowymi.

            Pół godziny spędzam w prowizorycznej poczekalni pomiędzy peronami trzecim i czwartym, siadając na żółtej ławce ze szczebli blisko drzwi dawnej restauracji dworcowej. Nasz skład stoi już na peronie 3a, umytego przez deszcz, aktualnie pozbawionego zadaszenia.  Okazuje się, że podstawiono tu dwa sczepione autobusy szynowe Arrivy. Zgodnie z sugestią kierpocia tego pierwszego, wsiadam do drugiego szynobusa , ponieważ w Wierzchucinie pojazdy rozdzielą się i stojący bliżej odbije do Tucholi, my natomiast zmienimy numer i  pojedziemy aż do Szlachty, gdzie trzeba będzie się szybko przesiąść w pociąg do Czerska, jadący z Laskowic. Dobra nasza! W ciepłym wnętrzu pojazdu robię sobie tradycyjny autoportret, patrząc jak z prawej,  w ociekających deszczem szybach odbijają się dawne koszary – trzy ceglane bloki, połączone czerwonym ryglem korytarza, bo to widok „od zawsze” kojarzący się z tą stacją.

            Następnie włączam słuch, ponieważ maszynista w kabinie ma włączony zestaw głośnomówiący i słyszymy rozmowy dyspozytorów ruchu z innymi maszynistami na trasie, zbliżającymi się do Bydgoszczy albo z niej wyjeżdżającymi. Tymczasem pani kierownik naszego pociągu jest na służbie: patrzy w stronę dyżurki ruchu i dzielnie moknie na peronie. Jednocześnie razem z nami słucha komunikatu w radiu: „Wyjazd według wskazań po torze piątym. Prędkość po torze piątym pięćdziesiąt”. Jednak nadal stoimy, choć mamy już cztery minuty opóźnienia. Kierowniczka odzywa się do maszynisty na jego pytanie:  „Stoimy?”. „No, mówią, że oni wczoraj też czekali”.  Po czym wychodzi na peron i rozmawia przez komórkę. Pojazd wypełniony jest w 70-80%, przeważnie przez ludzi wracających z pracy. Dziesięć minut po planowym odjeździe bez zbytniego pośpiechu do pociągu wsiada grupa mężczyzn, idących od strony PESY. Idą jak po swoje, zamaszyście i pewnie. Okazuje się więc, że to przystanek na żądanie.  Ruszamy więc dopiero o 1433. Jednocześnie po prawej od strony Torunia wtacza się TLK IC z prawie pustymi wagonami. Przed wojną pociąg ruszał w tym kierunku o 1437, w latach 80. XX wieku zaś o 1430, z czego wynika, że zmieniają się epoki, władze, systemy polityczne, operatorzy, nazwy, ale rozkłady jazdy w zasadzie pozostają niezmienne. Czas przejazdu nieco się zmienił, bo przybyło kilka przystanków.

            Po kilku minutach na takim właśnie stajemy. To Rynkowo Wiadukt, przystanek stworzony specjalnie dla pracowników kolejowych, toteż wsiada tu około trzydziestoosobowa grupa mężczyzn. Na skarpie wycięto w tym miejscu prawie wszystkie krzaki. W ich miejscu leży za to pełno śmieci. Ale nie sądzę, aby to wszystko uczynili akurat nowi pasażerowie, nudzący się w październikowym deszczu.

            A w środku toczą się nieskrępowane rozmowy: „Ale dziś dostałem, k… W kanale klocki wymieniałem” – mówią siwe wąsy faceta z naprzeciwka. Następnie demonstrują opakowanie ibupromu i dodają: „Z rana muszę jedną pier…, inaczej nie wytrzymam”. Potem narzekają na bolące plecy i konieczność kilkugodzinnego schylania się. Oprócz smutnych wniosków, dotyczących ludowej polszczyzny, jest i nieco radośniejszy: chyba nie tylko ja mam problemy z kręgosłupem. Tymczasem w Rynkowie  obok mnie siada żabowata kobieta w różowym swetrze, która raczej nie zna polskiego, bo nie zdołała ani zapytać, czy wolne miejsce, ani też powiedzieć dzień dobry, choć może po prostu nie chciała mi przerywać rozmyślania, bo wie z autopsji, jak trudno myśl się z myślą zaplata.

            W Maksymilianowie akurat nie pada, ale jest mokro jak wszędzie.  Moknie peron, domy po prawej i wiadukt, którym w dawnych czasach jechało się do Samociążka. W tym chyba miejscu miało powstać połączenie linii z Koronowa z trasą Bydgoszcz – Gdańsk, dzięki czemu można by zwiedzać całe Bory Tucholskie pociągiem. Jednak przed II wojną światową projekt ze względów strategicznych storpedowało dowództwo Wojska Polskiego, uważające linię Brdy za naturalną rubież obronną. We wrześniu 1939 roku okazało się, jak błędne to były rachuby. W PRL-u temat zaś nie został już podjęty.

            Tymczasem na torach działo się. Po prawej z naprzeciwka nadciągał niebieski Cargo z pustymi platformami. Długo zwlekałem ze zrobieniem mu zdjęcia, potem przypadkowo nacisnąłem spust migawki. Zanim skasowałem fotograficznego knota, lokomotywa już nas minęła. To był jeden z momentów, gdy chciałem pogryźć swój poręczny, ale złośliwy apart fotograficzny. Na szczęście deszcz sprawił, że szybko ochłonąłem.

            No to jedziemy dalej przez mokry las. Pośrodku tego odcinka zawsze oznaczam rów Kotomierzanki. Za nim pociąg buczy jak krowa i hamuje w mokrej pustce. To Stronno, czyli dom kolejowy i dworzec, który profesor Tomasik wybrał na okładkę swojej kultowej książki o literaturze kolejowej.

            A my za oknami mamy zaorane już pola, zrudziałe ugory, gliniaste drogi z bąblami kałuż. Polska jesień w pełnej krasie. Teraz zaś Wudzyn – tartak na wjeździe, rozdroże, budynek stacyjny. Jego wygląd natychmiast podpowiada, że  nie istniał  na trasie przedwojennej węglówki. Patrząc na depresyjny krajobraz, myślę, że w tych okolicach można nakręcić ciąg dalszy serialu „Daleko od szosy”, bo droga do sukcesu jest stąd wyboista, długa i kręta. I jeszcze ten deszcz. Dzisiaj jednak, w momencie powstawania opisu, stwierdzam, że na opady nie wypada narzekać w wysychającym kraju, w którym rzeki nabierają latem iście australijskich czy afrykańskich cech.

            I zgodnie z zasadą szklanki do połowy pełnej szukam zalet. W Serocku na przykład cieszy oczy duży dworzec (zamknięty jednak) oraz majestatyczną, charakterystyczną wieżę wodną z epoki dwudziestolecia międzywojennego. Kto chciałby zobaczyć historyczne zabytki, powinien odwiedzić tę stację.

            W pociągu zaś większość pasażerów to mężczyźni. Drzemią, zmęczeni pracą, znużeni niepogodą, grzebią w komórkach, tępo patrzą przed siebie. To nie jest kraj szczęśliwych ludzi. Ale czego oczekiwałem po połowie października, gdy za pasem najbardziej depresyjny miesiąc w polskim kalendarzu?

            Idealnie wpasowuje się w atmosferę chwili przystanek Lubania Lipiny: kilka osób wysiada w ten nieciekawy krajobraz z wiatą, doskonale wpisaną w otoczenie (szarość, zieleń, brąz) i samochodem, czekającym na kogoś pod drzewem. Ot, widzimy właśnie lokalną odmianę europejskiej koncepcji Park& Ride, mającej zachęcać zarówno miejską, jak i prowincjonalną ludność do korzystania z usług kolejowych. Przed wojną chyba nie było kogo tutaj zapraszać do pociągów.

            Jedziemy więc. Powoli, hamując, przetaczamy się przez mokrą szosę. Mijamy pochyłe kamienie szlakowe i słupy telefoniczne, kalecząc oczy o  zagrodę z opon. To już Świekatowo, kiedyś stacja wyłącznie na linii Świecie- Złotów. Po wojnie wyznaczono tutaj miejsce przystanku także na trasie do Kościerzyny. Większość mężczyzn przygotowuje się do wyjścia z pociągu. Szosa nas wyhamowała i przystajemy na skrzyżowaniu. Wzrok wypatruje czegoś ładniejszego i znajduje  resztki alei na szosie oraz jeden z niewielu starych domów w tej okolicy. Reszta przepadła podczas wrześniowych walk.

            Dalej toczymy się przez ściernisko po rzepaku, które wygląda tak, jakby ktoś postanowił stworzyć symbol błota i beznadziei. Po chwili zatrzymujemy się na przystanku Lipienica. Po prawej wytworzony po wojnie kanciasty, obecnie już  zamurowany budynek, nowa tablica z nazwą, biała, murowana wiata, gruntowa droga z aleją.  I tyle.

            Choć nie do końca. Pustkę pól zastępuje od tego miejsca las. Pojawia się w nim tajemniczy drugi tor. Faceci w pociągu twardo milczą i  spoglądają przez okna, jakby wycięto ich z kart prozy Stasiuka, jednego z moich ulubionych pisarzy.

            W środku lasów stacja Błądzim z ładnym budynkiem po lewej. Po prawej mamy drugi tor. Parę osób, mały czas. Wysiadają. Nikt nie wsiada. Tylko nad lasem unosi się obraz Leona Wyczółkowskiego, miłośnika cisów staropolskich.

            Jedziemy przez mokry, paprociowy las. Przecinamy dwukrotnie szerokie szosy w Borach, łączące Świecie i Osie  z Tucholą. Piękne klimaty, ale nie dziś, gdy świat jest rozmoczony. I nie we wrześniu, gdy wędrują tędy cienie poległych żołnierzy z armii „Pomorze”, na tej właśnie szosie definitywnie rozbitej w 1939 roku.

            Zanurzając się w zieleń, rozmyślam, że gdybym się tutaj w przeszłości urodził, żyłbym na pustkowiu, czyli małej osadzie, złożonej z jednego lub kilku domów pośród lasu, może nad jeziorem czy rzeką i pewnie byłbym drwalem. Nie przypadkiem w stodole mam aż trzy zadbane siekiery. A gdyby rzecz działa się w XIX lub XX wieku – pracowałbym w szkółce leśnej, bo wolę sadzić drzewa niż je wycinać. Czyli byłoby to godne antycznej tragedii przeznaczenie. Całe życie dawnych Borów Tucholskich skoncentrowane było wokół lasu właśnie. Do obsadzenia miano wtedy tylko kilka życiowych ról: bartnik, drwal, flisak, kłusownik, pasterz, rybak, smolarz, a dla kobiet – koszykarka, tkaczka albo zielarka. W każdej jednak należy też mieć umiejętności budowniczego, bo chałupę i zagrodę trzeba było samemu postawić. Tkaczka nie mogła mieć uczulenia na wełnę albo len, ale za to niezbędny był jej dar opowiadania. Zielarki zbierały kwiaty, pędy i liście magicznych roślin, sok z brzozy na porost owłosienia, grzyby i jagody. Rybacy zakładali buchty na rzekach, łowiąc ryby do wiklinowych koszy, dlatego lubili koszykarki. Te zaś plotły naczynia również ze słomy, używały też dartych korzeni sosnowych do wyrobu trwałych, półokrągłych kip. Kłusownik musiał być człowiekiem chytrym i skrytym oraz obytym z bronią i inteligentnym. Bartnik nie mógł się bać wysokości i owadów, bo inaczej nie mógłby łazić po drzewach z barciami. Pasterz zmuszony był pogodzić się z faktem, że dorośli nim pomiatali i lubiły go tylko dzieci, które patrzyły, jak zbiera stado pobrzękujące dzwonkami, wędrujące po wsi, by później pół roku spędzać pod gołym niebem na śródleśnej polanie. Flisak rodził się nad śródleśną rzeką i na niej spędzał większość dorosłego życia, spławiając lodem i wodą sosnowe płyty na bindugach. Smolarz siedział w drewnianej budzie i wędził się w dymie, zapewne marząc, by kiedyś popłynąć dookoła świata angielskim statkiem, który uszczelni wyprodukowana przez niego smoła, gdy już sprzeda swoje „błękitne złoto z Borów”. Drwal musiał być odporny na deszcz i zimno, potrafić nie tylko machać siekierą i powozić koniem, ale też posługiwać się ośnikiem do wykonywania spał żywiczarskich. O tym tajemniczym misterium opowiem jednak kiedy indziej.  

            Wróćmy jednak do jadącego na północ pociągu, bo po prawej pojawia się płot drewniany z marnych sztachet, tamże zabudowa stacyjna – czyli stacja Wierzchucin. Tutaj można popatrzeć na  stado aut przed dworcem, zobaczyć, jak wygląda rozłączenie szynobusów (my pojedziemy prosto przed siebie). Powinniśmy pojawić się tu o 1511 i  pięć minut później ruszyć dalej,  a udało się nam zameldować dopiero o 1523. Maszynista, niezbyt chyba zestresowany opóźnieniem, na chwilę wyszedł, po czym wrócił od dyżurnego ruchu z podbitymi papierami. Pani kierownik w tym samym czasie czujnie nadzorowała rozłączenie składów, żeby każdy pojechał w odpowiednią stronę.

            No i ruszamy dalej w deszcz. Po chwili pojawia się mokry, kanciasty bunkier w Zielonce Pomorskiej. Za nim dom z czerwonej cegły. Następnie  przejazd na szosie.

            Kolejnym przystankiem jest Małe Gacno przy szosie obok słupka hektometrowego 78,3.  Mokną tu krowy przy szosie, a ona lekko odbija w prawo. Po prawej także leśna osada i duże skrzyżowanie na drodze z Osia do Tucholi lub Śliwic. Po chwili przecinamy zamoknięte drugie pasmo tej drogi po prawej. Buczymy i pędzimy przez las. Mkniemy z dużą szybkością, chyba ze sto na godzinę.  I nie ma czego żałować, bo przez deszcz i tak nic nie widać.

                Po chwili docieramy do stacji Zarośle. Tutaj trzeba przygotować się na smutny widok opuszczonego budynku pod numerem dziewiątym, od wielu lat będącego wcieleniem entropii. Krzaki intensywnie pracują w tym miejscu na nazwę stacji, zjadając okolicę razem z dawnym magazynem, który spokojnie rozkłada się po zachodniej stronie toru.  Później za oknami mignie  skrzyżowanie leśnej drogi do Zaroślaka i sam teren obozu, w którym kreatywna młodzież i takaż kadra latem grają w RPG, a wszystko w melancholijnym deszczu. Może to od nadmiaru wody zauważone na poboczu torów  kępy chrobotków okolicznych mają kolor złocistej siarki? Tak czy owak, jest to ciekawe zjawisko. Dodam szybko, że po zachodniej stronie leżą słynne Okoniny i jestem pewien, że o tej porze roku zapewne nie ma tam tłoku. Więc jeśli ktoś nie ma planów na jesienny wypad do lasu, może skorzystać.

            Trzy pojedyncze gospodarstwa stoją wśród marnych łąk, zwiastując zbliżający się przystanek. To ostatni z tych, które na dzisiejszej trasie powstały dopiero po II wojnie światowej – Rosochatka. Poprzedza ją jeszcze leśniczówka, otoczona przez intrygujące siarkowe chrobotki.   Nadal działa tu tartak, wytrwale produkujący  hałdy trocin.  Kanciasty budynek kasy i poczekalni nie ma wiele wdzięku, w przeciwieństwie do klasycznego dla lat 30. XX wieku domu kolejowego, wyprzedzającego przystanek o kilka metrów. Byłbym niesprawiedliwy, gdybym nie dodał, że również liche brzózki, rosnące po prawej, z całych sił  bronią honoru Rosochatki i drzew liściastych. Wsiadają tu aż dwie osoby, kupujące bilety do Czerska. Chwilę traw obsługa podróżnych i kierownik nie może dać znaku do odjazdu, więc zaglądam przez uchylone drzwi do zabytkowej kuchni: jest  westfalka z żeliwną platą, drapaka, kipa z sosnowymi szyszkami, ryczka, i grapa, z której pachnie kartoflami i  skwarkami – niechybnie  akurat ktoś przyrządza borowiacki „zagraj”. A może to był zapach oleju, kartofli, cebuli i majeranku, czyli flendzy? Już nie pamiętam, ale bym zjadł.

            To w takich okolicach właśnie przetrwały opowieści o jeszcze bardziej tajemniczych ludziach, zajmujących się wytopem szkła z ukrytego w borach piasku albo tych, którzy piasek taki przesiewali, by wyszukiwać prehistoryczną żywicę. Starożytne opowieści utrwaliły także pamięć o eksploatacji naturalnych zasobów rudy darniowej i hutach żelaza. Ich śladów szukać należy w drzewostanach bukowych nad brzegami śródleśnych jezior. Kto nic nie umiał, mógł pójść na służbę do młynarza (jeśli chłopak), do karczmy stojącej na skrzyżowaniu leśnych dróg (jeśli dziewczyna) albo szukać zarobku przy załadunku wagonów kolejowych (jeśli był silny i posłuszny oraz miał szczęście żyć pod koniec XIX stulecia). Dodam, że w dawnych czasach nie tak łatwo było zmienić zawód, nawet mając wykształcenie. Zresztą, co to było za wykształcenie:   w pruskiej szkole, tak katolickiej, jak i ewangelickiej, chodziło raczej o wychowanie posłusznego poddanego. Miał być pożyteczny (dla państwa), wierzący (dla swojego Kościoła) i tylko „nieco oświecony”. Toteż lekcje obejmowały przede wszystkim język niemiecki, religię, naukę pisania i czytania, rachunki, dopiero w późniejszych latach podstawowe wiadomości z historii (wiadomo, czyjej), przyrody i geografii. Aby lepiej uświadomić sobie skalę trudności, przed jaką stawał każdy uczeń takiej ludowej szkoły, dodajmy, że notatnikiem nie był tablet czy laptop ani nawet zeszyt, tylko tabliczka łupkowa, zamiast myszki i klawiatury potrzebny był rysik, a do korekty zapisu – mokra gąbka.

            Jeśli więc ktoś zdołał ukończyć szkołę i nie chciał do śmierci pracować w odziedziczonym po rodzicu zawodzie, mógł zaryzykować wyprawę w daleki świat (czyli albo do dużego miasta, albo za wielką wodę – na emigrację) lub udać się na cotygodniowe targowisko, bo tam odbywała się wymiana informacji. Można więc bez większej przesady powiedzieć, że dla dawnych mieszkańców Borów Tucholskich to stragan był pierwszą formą Internetu.

            A wszystkie te refleksje naszły mnie w pociągu rozciągnięte gdzieś na długim dystansie między stacjami Błądzim i Rosochatka, gdy przypadkiem w gazecie, wyciągniętej z plecaka, znalazłem zdjęcie robotników z końca XIX wieku. Nie rozpoznałem żadnej twarzy, ale jeden z nich spokojnie mógłby być moim przodkiem.

            Tymczasem  mijamy dom nad strugą łąkową.   Wjeżdżamy w gęstszy las z wysokimi drzewami. Nad nami mignął w przelocie łuk szarego wiaduktu. Fotografowanie przy tej prędkości (około setki) nie miało szans.

            Na wschodzie pojawia się w oddali jakaś osada.  Jesienny bór milczy. Tamże miga żółto semafor i czerwono rogatki na szosie ze szlabanem. To piękna Lipowa Tucholska. Widzimy najpierw skrajnię towarową porzuconą w lesie, domy kolejowe, dworzec. Tutaj serce modelarzy bije szybciej: po prostu chciałoby się całość zakonserwować w beczce soli i kawałek po kawałku przenieść na makietę w skali 1:1 z napisem „Nie dotykać!”. Ale musiałaby to być makieta 3D, bo bez poczekalni z klasyczną podłogą z ułożonych w romby białych i brązowych płytek oraz ręcznie malowanych ławek klimat byłby niepełny. Z trudem ruszamy więc dalej, wiedząc, że najlepsze już w zasadzie za nami. Za samotnym semaforem kształtowym robimy zakręt w prawo do Szlachty, na który wkraczamy ze zgrzytem kół. Po chwili trudno rozeznać, czy jeszcze jesteśmy w Lipowej, czy już w Szlachcie. Ale to zagubienie w kolejowej przestrzeni było bardzo przyjemne, mimo że tak krótkie

            W Szlachcie czeka już niecierpliwie drugi szynobus Arrivy, jadący z Laskowic do Czerska.   Dworzec, semafory – to trzeba zobaczyć, jeśli chce poczuć się klimat lat 80! W środku budynku nie jest już tak przyjemnie, bo poczekalnię ktoś beztrosko dewastuje, ale samą stację, torowisko, mijanki, semafory, opuszczone nastawnie  naprawdę warto choć raz odwiedzić, by zrozumieć, czym jest kolejowa bajka o magii podróżowania.

            Pech chciał, że akurat w tym miejscu przydarzyła mi się przykra przygoda. W trakcie szybkiej przesiadki robię kilka zdjęć, chcę je opisać i… Gdzie jest mój notes?!  O, rany… Został w pociągu z Bydgoszczy!!! Najpierw z wrażenia nieruchomieję na chwilę. Przygnębiony ignoruję piękny widok prostej jak drut magistraliwęglowej prowadzącej pod nami w dal. Kolekcja kolejowych notesów doznała właśnie dużego uszczerbku. Już nie mówiąc o tym, że będę musiał z pamięci odtwarzać refleksje z podróży. Niby da się zrobić bez większego problemu, ale poczucie utraty jest dojmująco silne. Potem jednak postanawiam działać.Za Będźmirowicami (czyli przystanku z kempingiem, którego nazwę na poprawną – Będźmierowice- skorygują dopiero za trzy lata, ale za to posiadającego najbrzydszą wiatę na linii)  zwracam się do kierownika  z pytaniem, gdzie można odebrać rzeczy pozostawione w pociągu? On pyta o szczegóły, po czym dzwoni do dyspozytora firmy, zdobywa numer służbowy pani kierpoć i po chwili rozmowy telefonicznej ustalamy, że mój cenny notes miła pani kierownik zostawi u dyżurnego ruchu w Szlachcie. Od razu poprawia mi się humor! Dziękuję, kolejarze z Arrivy za serdeczną życzliwość!  I za niespodziewany prezent w postaci możliwości odwiedzenia miejsca pracy stacyjnego dyżurnego.

            Tutaj wtrącę, że odwiedziny te odbyły się nazajutrz. Około 1740 docieram autem do Szlachty. Odzyskuję swój notes, chwilę rozmawiam z panem Błażejem Burandtem, pochodzącym z Kościerzyny. Pamięta on piękne czasy, gdy około piątej ze stacji tej odjeżdżały prawie jednocześnie pociągi do Skórcza, Laskowic i Czerska. Mówi, że dworzec tutejszy czeka zagłada, bo niedawno wyprowadził się lokator z piętra, a nowego PKP nie chce zameldować. Nieogrzewane cegły zapewne nasiąkną wodą i rozpadną się. Dyżurny z  goryczą stwierdza również, ze on i jego koleżanka oraz koledzy to już ostatni przedstawiciele mundurowej służby kolejowej, a będą je nosić („Pewnie niedługo” – wtrąca) do chwili, gdy  zdejmą im stacyjne rozkłady jazdy. Pozwala mi na wejście do dyżurki ruchu, wychodzi przed posterunek, przekłada zwrotnice, a ja, korzystając z okazji, robię zdjęcia wnętrza i szynobusa jadącego z Laskowic do Czerska oraz pana Błażeja z zielonym lizakiem. Na wieczną rzeczy pamiątkę.

            I wracamy na właściwy szlak podróży. Jadąc w lepszym już humorze obejrzałem więc stację  w Czersku, czyli początek Ostbahnu (dzisiaj), piękne semafory kształtowe, kanciastą wieżę, klasyczne jarzeniówki w poczekalni. Słucham także legendy o pożarowym gongu, który jeszcze niedawno wisiał podobno na peronie pierwszym i był znakiem szczególnym tego pomorskiego dworca, ale czy to opowieść prawdziwa, nie wiem. Wiem za to, że Czersk dzisiaj to też deszcz, zimno, wiatr i opóźnione pociągi z Chojnic oraz Tczewa. Mój (ten pierwszy) spóźni się o dwadzieścia minut, ten drugi o dziesięć. Tymczasem cztery minuty przed planowanym przyjazdem pociągu z Chojnic szynobus Arrivy spokojnie odjeżdża do Laskowic. Brawo, mistrzowie skomunikowania konkurencyjnych spółek! Zaufania do kolei raczej w ten sposób nie zbudujecie. Ale w sumie i i tak nie jest najgorzej, bo przecież na początku, gdy Czersk był tylko przystankiem na szlaku kolejowym oraz trakcie z Berlina do Królewca, przebywanie tutaj było niebezpieczne, gdyż populacja składała się wyłącznie z młodych mężczyzn, pijących, pracujących i łajdaczących się na zmianę.

            Gdy wreszcie skład z zachodu przyjeżdża, wsiada do niego ze dwadzieścia osób, do tej pory marznących w szarówce.  Po chwili w ruchu mijamy pociąg jadący z Tczewa. Siadam w przytulnym wnętrzu, niedaleko toalety. I to był błąd. Po chwili jakiś desperado, trzymający rękę przy ustach, przebiega obok i ochlapuje przejście oraz moje nogawki rzadkimi wymiocinami.  Za pomocą chusteczek doprowadzam się do ładu i przechodzę do przodu, bo niestety na podłodze pozostało to i owo. Tęga pani kierownik ściga „zbrodniarza” i przed Tczewem wypisuje mu mandat, o ile dobrze zinterpretowałem sytuację.

            Zagęszczenie w pociągu wynosi jakieś siedemdziesiąt procent. Naprzeciwko mnie siedzi brodacz, wyglądający na twardego Skandynawa. Ma bowiem krótkie spodenki i takąż koszulkę oraz spory plecak. Jakiś hardkor, bo lato dawno już minęło. Podziwiam jego odporność i fotografuję zalany deszczem świat: dawnego dróżnika dom za Czerskiem, piaskulę, charakterystyczną dla tych terenów, i następny, tym razem ceglany, posterunek.

            Mijamy, jak zawsze czujni w tym miejscu, białą, niestety zaniedbaną stację Łąg, bo tutaj zawsze wydarzają się dwie rzeczy na raz: przejeżdżamy pod nasypem przedwojennej linii Bydgoszcz – Gdynia, czyli słynnej „węglówki” i jednocześnie przekraczamy umowną granicę Kociewia.

            Na moście ukrytym w zieleni pokonujemy również rzekę, która dała nazwę zbliżającej się właśnie stacji Czarna Woda. Sekwencja obrazów jest następująca: po prawej, z rampą na przedpolu, majestatycznie tkwi kolejowa i jednocześnie zabytkowa kamienica. Za nią mniejszy (ceglany) i większy dom pracowników tej branży. Nastawnia, białawy i dość zadbany dworzec z oszczędnie wybrukowanym podjazdem, wokół którego podziwiać możemy  park liściasty. Do drzew przytula się tam szereg wagonów towarowych na bocznicy.

            Dalej pomiędzy torem a szosą stroszą  się szorstkie łąki. Przystanek w Kamiennej Karczmie to dom przy leśnej drodze i prosta tablica na peronie oraz żółtawa wiata jak z PKS-u. Patrząc na nią obstawiałbym ósmą dekadę minionego wieku, choć nie całość (budynek mieszkalny! Dom dróżnika po drugiej stronie!) jest tutaj wytworem lat powojennych. Choć sam termin dziwnie brzmi, gdy znowu w Europie grzmią działa na froncie. W czasie tej podróży jeszcze nie przeczuwałem, że Donbas i Krym to zaledwie preludium do pełnoskalowej inwazji rosyjskiej na Ukrainę.

            Tymczasem pociąg przemierzał mokry las, rozmazujący się za oknem.  W Kaliskach, gdzie na pozór  tylko chodnik z płyt betonowych, wsiada sporo grupa podróżnych. Jest tu jednak także duży dworzec, typowy dla Ostbahnu oraz rampa z kolejowym domem, a przede wszystkim drzewa tuż za zabytkowym niewątpliwie, ręcznie kutym ogrodzeniem koloru zielonego. Aż prosi się to o  dotknięcie, zwłaszcza że znajduje się na wyciągnięcie ręki z okna.

            Za tym przystankiem na granicach łąk puszą się duże kępy drzew. Widoki są bardzo przyjemne, nawet późną jesienią. Przecinamy leśny przejazd i po chwili zatrzymujemy się   na peronie w Bytoni   przy rozwalonej ławeczce. Nieco dalej, przy gruntowym przejeździe, pociąg zwalnia, a stary budynek mieszkalny przy torze „starogardzkim” spokojnie czeka na swój los, razem z częścią gospodarczą zanurzoną w krzakach.

             A w pociągu niespodzianka. Siedząca po prawej starsza pani w moherowym berecie coś zawzięcie czyta. Kto zgadnie, co? Nie, wcale nie religijną gazetkę, tylko jakiś komiks! Może jego treść jest biblijna, ale i o to bym się nie zakładał. W Zblewie wita nas dworzec z białej cegły, zamieszkany, ale dla pasażerów niedostępny. Są za to pomieszczenia zabytkowe „Dla mężczyzn” i „Dla kobiet”, przyczajony za rampą dom kolejowy oraz romantyczne ruiny dawnego zajazdu przy szosie prowadzącej do Kościerzyny i Skarszew. Nikomu nie posłużą już, nawet jako źródło cegieł. Tylko na zdjęciach będą znakiem rozpoznawczym tej stacji.

            Zaraz za wsią w deszczu rozpuszcza się także klasyczny dom pomorski w czworoboku zabudowy.  I tak jedziemy sobie dalej ku wschodowi. A ja rozmyślam, dlaczego Pinczyn, który będzie następnym przystankiem, kojarzy mi się z brakiem? Tyle razy tamtędy przejeżdżałem, a jakoś miejsce to nie zapadło mi w pamięć. Gdy tym razem się w Pinczynie zatrzymujemy, zaczynam rozumieć: nie ma tu żadnego dworca i chyba nigdy nie było,  są jedynie wyniosły dom kolejowy po lewej oraz niewielkie domostwo dróżnika tuż obok, ale obydwa obiekty znajdują się już przy granicy terenu stacyjnego.

            Również następne Piesienice mają starą zabudowę pruską w postaci budynku mieszkalnego. Jego wschodnia ściana wskazuje, że do niedawna musiał istnieć ciąg dalszy zabudowań. Podobno jakiś rok temu kolej wyburzyła istniejący tam szkieletowy dworzec, mieszczący nie tylko pomieszczenia obsługi podróżnych i stacji, ale też pocztę. Dla obecnych pasażerów postawiono wiatę, przypominającą te, które zwykle widujemy na przystankach autobusowych w miastach. Myśląc szklanką do połowy pełną stwierdzam: i dobrze, przynajmniej ludziom deszcz nie kapie na głowę, gdy czekają na pociąg.

            Tę samą metodę musiałem zastosować w odniesieniu do siebie chwilę później. Zobaczyłem bowiem, że „skandynawski hardkor” (nie odezwał się ani słowem, więc nie wiadomo, kto zacz) wyciągnął notes i zaczął coś w nim kaligrafować. Spojrzałem na jego pismo i spłonąłem ze wstydu, gdy porównałem je z moimi roztrzęsionymi  bazgrołami w kolejowym notesie. Nawet ucieszyłem się, myśląc: „Dobrze, że tenże zaginął chwilowo!”.

            Nic tak nie koi, jak zimna woda, dlatego zabrałem się za fotografowanie meandrów Wierzycy w okolicy słynnego „Dreimostu”. Wyszło tak sobie, ale nic to. Przecież każdy, kto chce, może zobaczyć te okolice na własne oczy, bo pociągi wciąż tędy kursują, a całego świata na zdjęciach i tak uchwycić się nie da. Zachowajmy więc olimpijski spokój i przygotujmy się na spotkanie z królewskim miastem Starogardem Gdańskim.

            Koronę z joannickim krzyżem ma ono w herbie, a wieża wodna na stacji jest majestatycznym berłem, dobrze widocznym chyba z każdego tutejszego osiedla. Trudno sobie wyobrazić, by kiedykolwiek stąd zniknęła, bo jest elementem charakterystycznym tak samo, jak nastawnia wykonawcza SG1 na skrzyżowaniu Kolejowej i Skarszewskiej. Co ciekawe, do obowiązków pracowników tej ostatniej należało także pilnowanie stanu metalowej kładki dla pieszych nad przejazdem kolejowym, dopóki nie została rozebrana. Koniecznie trzeba tutaj pozdrowić jeden z ostatnich „karzełków”, obejrzeć zabytkowy dworzec zbudowany przez Kolej Wschodnią w złotych latach Ostbahnu. Warto też zauważyć drugą nastawnię na wylocie wschodnim i tamże położony magazyn, tęskniący za dawnymi czasami, gdy na bruku miasta dźwięczały kopyta koni szwoleżerów z 2. pułku.

            Dalej mamy słynną fabrykę mebli okrętowych, wiadukt drogowy nad ulicą Gdańską, a za nim  z niegdysiejszy rozjazd do Skórcza i  rzeczkę Kochankę na tczewskim przedmieściu. Jedzie się wtedy przez bagnisty las z dużą ilością buków. Ma on mroczną historię związaną z masowymi egzekucjami w roku  1939, gdy Niemcy zaczęli mordować kociewskie elity na terenach włączonych do Rzeszy. Pociąg zatrzyma się tutaj na przystanku Szpęgawsk. Budynek dworcowy umarł tu już jakiś czas temu i został zamknięty, obecnie tylko nowa wiata służy podróżnym swoim dachem w razie opadów, tak jak jej bliźniacza siostra na peronie pierwszym. Im obu przyglądają  się z ceglanej wartowni potomkowie dawnych dróżników, którzy przekształcili budynek służbowy w mieszkalny. Grupy zabytkowych domów nie możemy tutaj dostrzec, ponieważ znajdują się bliżej szosy, kilkadziesiąt metrów od torów, przy ulicy Starogardzkiej, a więc nie Dworcowej czy Kolejowej, ale za to z dumnym skrótem „PKP” na tabliczkach z numerami.

            Na kolejnym odcinku znowu trzeba wspomnieć o tragicznym wydarzeniu, ponieważ sto lat temu, w kwietniu 1925 roku, nieznani sprawcy doprowadzili do wykolejenia niemieckiego pociągu z Insterburga do Berlina, jadącego tranzytem przez polskie Pomorze. W tej nigdy nie wyjaśnionej katastrofie zginęło aż dwadzieścia pięć osób. Miała miejsce w lesie na wysokim nasypie.

            Było to niedaleko stacji Swarożyn. A my znajdujemy tutaj bardzo ładny dworzec, z tych mniejszych, magazyn z żółtej cegły, osiedle  domów na ulicy Kolejowej oraz jedyną na odcinku pomiędzy Starogardem a Tczewem mijankę. Mnie natomiast zaintrygowały napisy peronowe w obcych językach: angielskim i niemieckim. Czyżby były pamiątką z okresu międzywojennego, gdy kursowały tędy niemieckie pociągi tranzytowe? Ale wtedy nie wolno było z nich wysiadać pod groźbą kary. Moją uwagę zwrócił też klasyczny polski zegar dworcowy z bydgoskich zakładów KZŁ, wciąż niespiesznie odmierzający czas. W padającym deszczu nie dostrzegłem tylko, czy pracująca tutaj dyżurna ruchu wyszła, aby pomachać nam swoją służbową chorągiewką.

            Dalej droga wiedzie przez ogromne sady jabłoniowe, które od dwóch czy trzech lat czekają na kupca. Pośród nich w polodowcowej kotlince stoi samotnie wyjątkowo spektakularny budynek dróżnika, ale dzisiaj go przeoczyłem ze względu na padający deszcz oraz senną atmosferę w rozgrzanym wnętrzu pociągu. Nie tylko ziewanie jest, jak się okazuje, zaraźliwe, przysypianie także, a dziwnej ciszy drzemali tam prawie wszyscy. Z tych samych powodów nie jestem pewien, czy zatrzymywaliśmy się na przystanku w Rokitkach Tczewskich, gdzie zawsze pozdrawiam upiory z bagien na grobli. Najstarsze  w roku 2014 liczyły sobie czterysta trzydzieści siedem lat, nieco młodsze trzysta osiemdziesiąt siedem. Te pierwsze legitymowały się głównie gdańskim obywatelstwem, te drugie polskim albo szwedzkim, a wszystkie gniją w wodzie, padłszy w zażartych bitwach między Gdańskiem i Rzeczpospolitą Batorego oraz wojskami dwóch Wazów.

            I oto na koniec docieramy do stacji, bez której nie mogłaby funkcjonować kolejowa Polska Północna, czyli do Tczewa.   Żegnamy nasz pociąg, lśniący od wody . Na peronie czwartym pada deszcz, ale schody tutejsze wciąż prowadzą do nieba. Ponieważ wiem, że nie wolno tutaj nie odwiedzić jedynego w regionie baru z widokiem na pociągi i perony, udaję się tam właśnie, by spożyć niezdrowy posiłek typu sznycel z ziemniakami i modrą  kapustą. Do tego zamawiam herbatę z cytryną w wysokiej szklance (jak za dawnych lat!)  i przez moment czuję się królem życia, mimo że nie była to kuchnia regionalna, tylko wiedeńska raczej. Po chwili opuszczam dworzec, robię mu pożegnalne zdjęcie, a on odwdzięcza się mruganiem neonowego napisu, pozdrawiam oczywiście słynną marsjańską wieżę wodną i w dobrym humorze udaję się na ulicę Kozią, gdzie na strzeżonym parkingu czeka mój samochód. I autem wracam do domu w deszczowy wieczór,   postanawiając jeszcze, że zajrzę do książki Bernarda Sychty „Kultura materialna Borów Tucholskich”. Gdyby ktoś chciał wejść do środka tego nieistniejącego już świata, polecam ją z całego serca. W trakcie lektury, Drogi Czytelniku  poczujesz zapach żywicy, dotkniesz szorstkiej kory sosnowej i gładkiego trzonka grabowego, usłyszysz jak szumią drzewa i jak śpiewa rzeka, zobaczysz falowanie rzadkiego zboża na piachu, posmakujesz kartoflanego placka. I to niezależnie od pory roku, bo przecież każda jest dobra na podróżowanie, zwłaszcza takie w wyobraźni.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *