Pejzaże Kolejowej Prowincji. Linia nr 11 (233): do Skarszew, czyli bilet za złotówkę

Na tej linii zawsze świeciło słońce. Przynajmniej wtedy, gdy odwiedzałem Skarszewy. Może dlatego, że zawsze przypadało to  między majem a sierpniem. Kolej dotarła tam w 1885 roku i miasto nad Wietcisą znalazło się mniej więcej w połowie trasy między Pszczółkami a Kościerzyną. Po dwudziestu latach (w 1905 r.) Skarszewy uzyskały też dziewiętnastokilometrowe połączenie ze Starogardem. Pociągi musiały na tej trasie pokonywać trzy mosty: dwa na Wierzycy i jeden na Wietcisie. Będzie o nich mowa nieco później, teraz chciałbym jeszcze odnotować pewną ciekawostkę. Otóż warto zauważyć, że region kociewski łatwo można odnaleźć na mapie, bo tu występuje najwięcej  rzek, które noszą nazwy na literę „w”:   mamy tu przecież Wdę, Węgiermucę, Wierzycę, Wietcisę i Wisłę. Nie zamierzam w tym miejscu rozstrzygać, czy Skarszewy są miastem kociewskim czy kaszubskim, tak jak trudno mi jednoznacznie odpowiedzieć, czy Kaszuby zaczynają się w Czersku. Dodam tylko, że w kolejowych rozkładach jazdy trasy Skórcz – Starogard i Starogard – Skarszewy umieszczono w jednej tabeli numer 433, co dodatkowo gmatwa sprawę. Na pewno są to miasta pomorskie i tego będziemy się trzymać.

            Tak sprawę widzą też  archeolodzy i historycy. Gdy piszą o plemionach Wierzyczan, wymienionych w tzw. Geografie Bawarskim z połowy IX wieku, większość widzi ich siedziby na terenie, przez który tysiąc lat później przecięła linia Starogard – Skarszewy. Gdy badacze  wskazują ślady Joannitów na ziemiach polskich, część z nich  umieszczają  na Pomorzu Gdańskim. To najstarsze tropy, po których będziemy szli. Po Wierzyczanach pozostało tylko wspomnienie, tzw. Pania Góra (grodzisko na stromym wzniesieniu w pobliżu linii kolejowej Skarszewy – Kościerzyna) i kilka lokalnych nazw, po rycerzach Zakonu świętego Jana prawa miejskie (od 1320 roku) i ruiny zamku oraz młyn, który funkcjonował w tym samym miejscu aż do początków XXI wieku.

            Inny prowadzi w stronę Mazurka Dąbrowskiego. W Skarszewach uczczono bowiem pamięć o Józefie Wybickim. który w tamtejszym sądzie grodzkim odbywał praktyki prawnicze w latach 1762-1765. Dzisiaj  ma tam ulicę i dwie tablice pamiątkowe.

            Mieszkańcy Skarszew z pewnością pokażą wam też kościół, za sprawą którego trafili  do Księgi Rekordów Guinnessa. Powtórzyli bowiem historyczny wyczyn miejscowych ewangelików, którzy w  1741 roku wybudowali zbór w ciągu jednego dnia, bojąc się, że polski król August III (były to czasy kontrreformacji) nakaże wstrzymać prace budowlane.

            Nie będą się zapewne chwalić awanturą z sprzed kilku lat, gdy okazało się, że władze skarszewskie na terenie poniemieckiego cmentarza urządziły plac zabaw dla dzieci. Mnie to tylko trochę zaskoczyło, znam bowiem taki przypadek z mojego rodzinnego miasta. W Bydgoszczy też istnieje tzw. „park sztywnych”, czyli wyspa zieleni w środku miasta. Do 1945 roku był to cmentarz ewangelicki, w którym po II wojnie światowej powstał Park Ludowy z alejkami spacerowymi i muszlą koncertową. Pamiętam, że dorośli raczej nie bywali tam na koncertach, pamiętając o poprzedniej funkcji owego parku. Te dwa przypadki dobrze ilustrują zapomnienie o wielokulturowej historii pomorskich miast. Są też smutnym świadectwem powojennej (i propagandowo wzmacnianej przez komunistów) niechęci i pogardy wobec pokonanych „niemców” (tak bowiem przez pewien czas tuż po wojnie zalecano pisać nazwę tego narodu), których en masse utożsamiono z nazistami, choćby żyli w XVII czy XIX wieku. Dzisiaj, gdy już bardziej obiektywnie  ocenia się rolę niemieckich mieszkańców Pomorza,  w wielu miejscach przywraca się godność zapomnianym cmentarzom, świątyniom czy pałacom, jak chociażby ten w Bolesławowie, o którym jeszcze powiemy.

            Skoro zaś o historii mowa, przenieśmy się na nieistniejący już szlak kolejowy. Stacje w porządku alfabetycznym: Bączek, Bolesławowo, Krąg, Skarszewy, Starogard Gdański, Żabno.  

            W piątek 17 sierpnia 2007 roku  objechałem jej pozostałości. Ze stacji początkowej (1.) tory wybiegają na zachód. Kiedyś moglibyśmy po nich ruszyć jadącym z Tczewa wagonem motorowym SN61- 140 z doczepionym wagonem 7A albo w jednym z dwóch kremowo-zielonych wagonów 113A ciągniętych przez SP42-175. Pod koniec istnienia linii pasażerów woziła tu jeszcze w „bonanzach”  (wagonach 120A) lokomotywa SU45-161. Z wybranej przez nas stacji początkowej w (1.) w latach osiemdziesiątych mielibyśmy do dyspozycji pięć pociągów: trzy przed południem (o 523, 733 i 935) oraz dwa popołudniu (o 1552 i 1820). Przed II wojną światową było ich jeszcze mniej, bo na tym odcinku kursowały zaledwie  trzy pociągi dziennie (o 751, 1437 i 2132).  Nam zaś pozostaje już tylko  użycie  zdjęć i wyobraźni.

            Gdy ruszamy, mijamy wielką nastawnię, której kształt sugeruje, że powstała podczas okupacji. Na przejeździe stoją natomiast budka dróżnika (oznaczony jako 24.3) i metalowy wiadukt z przejściem dla pieszych, ale tylko dla tych, którzy nie boją się utraty życia. Jego stan jest już bardzo zły i podobno ma zostać definitywnie zburzony. Po lewej tymczasem  mijamy mur wytwórni wódek,  po prawej magazyny i bocznice.  Przy słupku 24,2 kończy się nasz szlak kozłem oporowym.  Został tylko nasyp, nie ma już szyn i podkładów.  Nasz tor wspina się na  coraz wyższy nasyp.  Po lewej zobaczymy dolinę Wierzycy i bloki, po drugiej pola i zabudowania Kocborowa. Gdybyśmy mogli użyć widoku z lotu ptaka, zobaczylibyśmy imponujące zabudowania tamtejszego słynnego szpitala dla nerwowo i psychicznie chorych o bardzo ciekawej (choć miejscami mrocznej) historii. Gdybyśmy zaś mogli dostać się w dolinę rzeki, ujrzelibyśmy jeszcze jeden zabytek, tym razem kolejowy – tzw. „Dreimost”, czyli trzy betonowe łuki wsparte na dwóch filarach nad zakolem Wierzycy. Po tym moście jeżdżą pociągi w stronę Chojnic.

            Pozdrawiamy więc semafory na chojnickim szlaku, odbijamy w prawo, omijając spory płaskowyż. Tu ścieżkę wzdłuż toru tłamszą wysokie chwasty. Cały czas droga wiedzie polami. Pomiędzy nasypami dochodzimy do wiaduktu przed Żabnem, pod  którego zarastającym grzbietem przechodzi polna droga. Jest to prosta, ale w płaskim krajobrazie imponująca konstrukcja. Po lewej ciągle jeszcze słychać ruch kolejowy na szlaku Starogard – Chojnice.  Z prawej tymczasem pojawiają się domy wsi.

            Przystanek osobowy (2.)  znajduje się wśród domów i pól. Dawny peron całkowicie zarósł już trawą, ale nadal stoi tu kolejowy budynek mieszkalny. Mijając go powoli polami docieramy do wąwozu i  do bardzo wysokiego nasypu nad brzegami rzeki.  Po lewej łąka, po prawej odnogi Wierzycy. Most, zawieszony wysoko nad rzeką, do złudzenia przypomina ten na Wdzie przed Ocyplem – Wierzyca jest zawrotnie nisko, wydaje się niedużym strumieniem.  Z prawej nurt zasłaniają gałęzie,  ale widok z lewej to rekompensuje.  No i ta łąka pod lasem z lewej!

            Ówcześni budowniczowie kolei uczcili w 1905 roku otwarcie linii kolejowej Starogard – Skarszewy wydaniem okolicznościowej pocztówki[1]. Składają  się na nią cztery fotografie (oznaczono na nich kilometraż trasy). Most w Kręgskim Młynie przedstawia dolne lewe  zdjęcie, an którym widzimy trzy łuki przęseł i betonowe filary, po których współcześnie wspinają się skałkowicze, nazywający ten obiekt „małym Dreimostem”.

            W XIX wieku pasażerowie podczas podróży często wysyłali  pocztówki, przedstawiające dworzec, stację czy most, bo tego typu obiekty uważano za nowoczesne i prestiżowe (bywały symbolami miast i źródłem dumy ich mieszkańców). Podejrzewam, że pocztówka, którą podczas podróży z Kalisza do Częstochowy kupiła na jednej ze stacji Barbara Niechcic (bohaterka „Nocy i dni”), przedstawiała właśnie jakieś kolejowe dzieło. Współcześnie zamiast takich pocztówek wysyłamy miliardy zdjęć na Instagramie czy na internetowych forach. Obrazy  z XIX wieku, tak jak współczesne, mają świadczyć, że „tu byłem!”, jak napisał Byron na ruinach Partenonu.

            Inna refleksja jest gorzka. Wydaje mi się bowiem, że z XIX wieku zostało  więcej fotografii, niż z nieodległych przecież czasów PRL-u. Wtedy zabraniano robienia zdjęć na terenach kolejowych i fotografowania taboru. Trudno mi obronić się przed myślą, że przepadła w ten sposób znaczna część naszego historycznego dziedzictwa, obejmującego zabytki kultury technicznej.

            Zostaje nam docenić to, co jeszcze trwa, zwłaszcza że często kolei towarzyszą piękne okoliczności przyrody, że zacytuję klasyka. A kiedy już nacieszymy  się widokami, ruszamy nasypem dalej.  Przed nami las, po prawej samotny szeregi brzóz. W lesie przecinamy skosem szosę i spomiędzy drzew wyskakujemy na pola. Po lewej zbliża się wieś z zabytkowym kościółkiem. Stacja (3.) stoi samotnie wśród lip. Na budynku dworca widać jeszcze niemiecki napis „poczekalnia”. Od dworca większy jest budynek mieszkalny. Życie toczy się tu leniwym rytmem.  Na przejeździe wieś zostaje z lewej,  w prawo prowadzi polna droga do Bączka.

            Poruszamy się więc przez pola, przecinamy tylko  jedno pasmo lasu. Z prawej, wzdłuż Wierzycy, ciągną się drzewa. W szczerym polu, mając z prawej za sąsiada PGR, rozłożyła się kolejna stacja. To (4.)  Zapamiętuję mały budynek stacyjny, okazały dom kolejowy,  klasyczną alejkę lipową, no i malowane opony, które służą tu  za kwietniki.

            Ruszamy dalej. Przecinamy szosę Linowiec – Czarnocin (tam do Wierzycy wpływa Wietcisa) i po chwili jesteśmy w lesie. Tu przekraczamy mostem Wierzycę, bo od dłuższego czasu z prawej mamy jej zakole. Ta konstrukcja również została uwieczniona na wspomnianej przed chwilą pocztówce po prawej stronie u dołu. Jest to obiekt jednoprzęsłowy o konstrukcji kratownicowej. Znajduje się pomiędzy elektrownią wodną w Czarnocińskich Piecach, otwartą w 1907 roku, a grupą głazów narzutowych, zwanych ‘Skamieniałymi Workami”. Oczywiście, jadąc tą trasą, aby je zobaczyć, musielibyśmy wysiąść na moście z pociągu i wykarczować las.

            Zamiast tego ruszymy znowu przed siebie. Za mostem rozciąga się sosnowy bór.  Prace budowlane na tym odcinku również ukazano na pocztówce z 1905 roku. Na zdjęciu (po prawej u góry) zobaczyć możemy wyrąb lasu i niwelację terenu oraz grupę pracujących (oczywiście ręcznie!) robotników. Pomyślawszy chwilę o ich trudnej, a zarazem odpowiedzialnej pracy, wznawiamy naszą podróż. Mijamy wiadukt nad leśną drogą z Zapowiednika do Skarszew, omiatając wzrokiem pagórki, rozlokowane w lesie po obydwu stronach torowiska Wreszcie z lewej pojawiają się brzozy i podmokły teren, co sygnalizuje przesmyk kolejowy między dwoma jeziorami.  Po lewej mamy Wielkie Borówno. Na torami w głębokim wąwozie przechodzi wiadukt szosy, prowadzącej ze  Starogard przez Linowiec do naszego miejsca docelowego. Rejestrujemy to w pamięci. Następnie po zarośniętym nasypie poruszamy się skrajem lasu, robimy lekki łuk w lewo i docieramy do dawnego wzorcowego PGR-u.

            To przedostatnia stacja na naszej trasie, czyli (5.). Przedwojenne rozkłady jazdy nazywały ją Nygut, a wcześniej Niemcy – Nigut. Miejscowość aż do 1945 nosiła nazwę Modrow – od nazwiska właścicieli tutejszego dworu. Po samobójczej śmierci Wernera von Modrowa, ostatniego dziedzica, w marcu 1945 roku, kiedy to zastrzelił w pałacu ulubionego psa, następnie żonę i jednego z synów, a na koniec siebie, zaczęła krążyć po okolicy  legenda o zakopanym rodzinnym skarbie.  Ponoć miał on być ukryty na terenie istniejącego do dziś rozległego parku. Pilnować go miał duch Modrowa, bo już za życia bano się go jako „farmazona” z darem bilokacji. Legendę do dziś umacnia fakt, że w parku do dziś istnieje grobowiec rodzinny. Nie wiem, czy przetrwał inny nagrobek, którym ojciec Wernera uczcił swego serdecznego druha – konia Bobbiego, który ocalił go od śmierci podczas I wojny światowej[2]. Myślę, że duch tego wierzchowca nadal jest tam obecny, bo to tłumaczyłoby niezwykłą miłość do koni, jaką można zaobserwować w tej wsi (dlatego oprócz znanej szkoły rolniczej warto odwiedzić zabytkowe stajnie).

            Obecnie stacja ta  w pobliżu ma także wielką gorzelnię, niewielkie bloki, „niesłuszną” nazwę (podobno miała uczcić Bieruta) oraz jezioro.  Niestety jest zaniedbana, wala się tu mnóstwo rupieci. Gdyby pojawił się  kiedyś na tej stacji Andrzej Stasiuk, rzekłby zapewne, że to typowo środkowoeuropejski obrazek. Ale nie będziemy na niego czekać, bo na pewno ma ważniejsze sprawy na głowie.

            My też, bo musimy gonić tory, które tymczasem  pobiegły  na północ, łukiem okrążyły Kanadę, czyli przedmieścia Skarszew i razem z linią z Pszczółek zaczynają przechodzić po moście nad Wietcisą. Rzeka, płynąc z zachodu, koło Kamierowa robi zwrot pod kątem prostym na południe. Przed miastem kolej przecięła ją dwoma mostami. Obydwa są jednoprzęsłowymi kratownicami. Starszy most, północny, zbudowany w latach 1884-1885, powstał na linii łączącej Pszczółki i Kościerzynę, a drugi, południowy  (z 1905 roku) wprowadzał od północnego wschodu na końcową stację pociągi ze Starogardu. Ten właśnie znajdziemy na ostatnim polu pocztówki retro z  epoki.

            Gdy patrzę na te kolejowe zdjęcia, uświadamiam sobie, że u progu XX wieku parowóz jest wciąż symbolem nowoczesności i postępu, a praca na kolei źródłem dumy.  Gdybyśmy dzisiaj zamierzali stworzyć odpowiednik tych fotografii retro, na  zdjęciu musiałoby się chyba znaleźć przedstawienie budowy autostrady, lotniska lub przekopu jakiejś mierzei. Ale takie inwestycje w naszej epoce służą niekiedy wyłącznie politycznej propagandzie, bo ich ekonomiczna czy społeczna użyteczność bywa wątpliwa, w przeciwieństwie do sieci kolejowej.

            Widzę też, że kolej była wtedy  instytucją na wskroś nowoczesną (jej znaki to standaryzacja, uniformizacja, racjonalne przekształcanie przestrzeni, wprowadzanie materiałów z tworzyw sztucznych, itd.), a jednocześnie feudalną. Dowodzi tego choćby podział wagonów i poczekalni na klasy oraz hierarchia służbowa. Na zdjęciu kolejarzy ze Skarszew[3] z 1911 roku mamy do czynienia z nietypową sytuacją, bowiem grupa pracowników stacji stoi w jednym szeregu, a zazwyczaj przed fotografem ustawiano najpierw kadrę kierowniczą, natomiast szeregowi pracownicy tworzyli dla niej grupowe tło. Na skarszewskiej fotografii retro kolejarze pokazani są ponadto w strojach roboczych, co także nie jest typowe dla tego medium. W tle mamy natomiast klasyczny pruski parowóz TKh1 przeznaczony do obsługi ruchu lokalnego.

            Gdy opuścimy dworzec, aby zażyć spaceru, zauważymy, że miasto jest przykładem pogranicza kaszubsko-kociewskiego i polsko-niemieckiego. W jego pięknej panoramie dominują dwa kościoły: farny i ewangelicki, wyrastające ponad zabytkowe mury obronne i wsparte przez kilka ocalałych baszt. Ten drugi stoi oczywiście pusty, podobnie jak i kaplica z 1910 roku  pobliżu dworca. Pracują ceglane młyny, ale budynek stacyjny to już niestety przykład fatalnej gospodarki: to ruiny, pustka, rozpad, beznadzieja, melancholia pogranicza, ogólna niemożność i tumiwisizm. W tym roku wywieźli stąd szyny i dla miłośników kolei już nie jest to Schὅneck, czyli Piękny Zakątek.

            Mamy  dużo czasu na rozmyślania, bo nieprędko przyjedzie pociąg powrotny. Ostatni odjazd odgwizdano tutaj siedem lat temu. Przyjrzyjmy się więc jeszcze ocalałym pamiątkom, na przykład kartonowemu  biletowi.  W sierpniu 1994 roku za cztery tysiące złotych uprawniał on do przejazdu ze Skórcza do Skarszew. Czyjaś ręka  skreśliła tę cenę i zapisała nową: dwadzieścia trzy tysiące złotych. To się nazywa galopująca inflacja. Dzisiaj za taką kwotę moglibyśmy objechać pociągiem pół świata. Mam nadzieję, że bilety z naszych czasów nie będą dokumentem podobnych zmian gospodarczych.

            I z tą nadzieją zapraszam na koniec do pamiątkowego zdjęcia z koleją w tle.


[1] Korzystam z książki W. Brzoskowskiego i E. Zimmermanna Skarszewy, Pogódki i Godziszewo na starej pocztówce i fotografii, Pelplin 2002, s. 125.

[2] Informacje zaczerpnąłem z książki Dzieje wsi powiatu starogardzkiego J.Milewskiego, Gdańsk 1968.

[3]  W. Brzoskowski, E. Zimmermann, Skarszewy, Pogódki i Godziszewo na starej pocztówce i fotografii, Pelplin 2002, s. 123.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *